Mam sześćdziesiątkę na karku. Nie mam już złudzeń, iż w moim mieszkaniu pojawią się jeszcze tłumy znajomych czy dalekiej rodziny.
Większość moich bliskich twierdzi, iż jestem za bardzo wyniosła, ale szczerze mówiąc, ich opinie obchodzą mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg. Moje życie, moje reguły.
Największy powód, dla którego przestałam wpuszczać gości do domu, to zwykła, zdrowa niechęć do sprzątania. Udręką było dla mnie ustawiczne odkurzanie i szykowanie talerzyków z sernikiem, żeby potem usłyszeć, iż ktoś nie może jeść glutenu. Dziś nie mam już ani grosza na zbyciu, ani siły, ani ochoty, by się w to bawić. Mamy w końcu kawiarnie! Kto wymyślił, iż trzeba siedzieć w salonie nad herbatą, skoro można wyjść i zamówić sobie latte za dwadzieścia złotych?
Drugim powodem jest energia taka paskudna, lepka, co się przyczepia po niektórych znajomych. Nie każdy przychodzi z miłym słowem i dobrym humorem. Po takich wizytach zostawałam z wieczornym kacem emocjonalnym i tylko liczyłam, ile jeszcze minie, zanim wrócą do mnie dobre sny. Odkąd zamknęłam drzwi przed niezapowiedzianymi gośćmi, śpię jak suseł, a sny mam kolorowe.
Zresztą, jestem już na emeryturze i naprawdę nie mam ochoty kisić się w domu. Wolę wyjść, kręcić się po mieście, spróbować nowej jagodzianki w cukierni czy pospacerować po Plantach. Po co ciągnąć wszystkich na własny tapczan? Potem tylko zostaje sprzątanie i główkowanie, czy przypadkiem nie zapomniało się podać komuś herbaty z cytryną.
Kraków ma tyle fantastycznych knajpek i miejscówek, iż aż żal siedzieć w kapciach przed telewizorem. Dziś pierogi jem na rynku, urodziny obchodzę w restauracji z koleżankami, a imieniny zapominam, bo i tak nikt już o nich nie pamięta.
Dom stał się moją bezpieczną przystanią. Nie ma tu ludzi, których nie chcę widzieć. Powiedzą, iż zrobiłam się samotniczką i egoistką, ale ja tam wiem swoje wreszcie odpoczywam po sześćdziesięciu latach sprzątania po innych.
A Ty? Masz podobne spojrzenie na sprawę?












