Ciotka mojego męża pozostawiła mu w spadku mieszkanie w centrum Warszawy. Lokal jest niewielki, ale świetnie zlokalizowany. Mamy z mężem troje dzieci. Najstarsza córka, Oliwia, ma dziewiętnaście lat i studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. Najstarszy syn, Bartosz, ma dwanaście lat, a najmłodszy, Filip, pięć. Mieszkamy w dużym mieszkaniu na Żoliborzu są trzy sypialnie, więc każde z dzieci ma swój kąt.
W ostatnich dniach pokłóciliśmy się z mężem o to odziedziczone mieszkanie. Zasugerowałam, żeby zamieszkała tam Oliwia. To już dorosła kobieta, prawdopodobnie niedługo zacznie układać sobie życie i może wyjdzie za mąż. Jednak mój mąż uważa, iż byłoby to niesprawiedliwe wobec Bartosza i Filipa. Zaproponował, iż lepiej byłoby sprzedać mieszkanie i podzielić równo pieniądze złotówki pomiędzy trójkę dzieci.
Uważam, iż to zupełnie nietrafiony pomysł, ponieważ za te pieniądze nie kupią choćby kawalerki, a ich wartość tylko się rozmyje. W przypadku podziału środków na trzy części można by co najwyżej kupić dla starszej córki używany samochód, a synowie musieliby czekać aż ukończą osiemnaście lat, żeby móc skorzystać z pieniędzy, które będzie leżały na ich kontach.
Według mnie lepiej zabezpieczyć przyszłość przynajmniej jednego dziecka. jeżeli Oliwia dostałaby mieszkanie, to byłaby spokojniejsza o swoją przyszłość, a kwestię chłopców rozwiązalibyśmy, gdy podrosną może wówczas sytuacja mieszkaniowa będzie łatwiejsza do uregulowania.
Mój mąż natomiast uważa, iż jeżeli przydzielimy lokum Oliwii, popsujemy relacje pomiędzy rodzeństwem i zapanuje niezgoda. Ja natomiast sądzę, iż nasi synowie są zbyt młodzi, by w pełni zrozumieć, o co chodzi i mamy jeszcze dużo czasu w podjęcie adekwatnej decyzji.
Nie powiedzieliśmy jeszcze nic Oliwii, bo uznaliśmy, iż najpierw powinniśmy wszystko przemyśleć sami. Problem w tym, iż mieszkanie po cioci wymaga gruntownego remontu w tej chwili nie da się tam mieszkać, a na razie nie mamy środków, żeby je wyremontować.
Cały czas zastanawiam się, kto z nas ma rację ja czy mój mąż. Czy powinnam dalej obstawać przy swoim, czy lepiej posłuchać jego argumentów? A może ktoś z czytelników zobaczy rozwiązanie, na które jeszcze nie wpadliśmy?











