Lśniący Anioł z Łapami – Historia Iry i Lojalnego, Lśniącego Psa, Który Stał się Jej Cichym Obrońcą na Ulicach Warszawy

newsempire24.com 16 godzin temu

Lśniący anioł

Iwona cofała się powoli, ściskając pasek torby, nie spuszczając wzroku z ogromnego psa, który pewnym siebie ruchem usiadł w samym środku warszawskiej ulicy.

Dobry piesek, spokojnie szepnęła niemal bezgłośnie, starając się nie wykonywać nagłych ruchów.

Uf, jak on wyglądał Potężny, przygarbiony, skryty pod kłębami gęstej sierści, która miejscami aż zwisała w strąkach. Jego oczy ciemne, czujne śledziły ją z uwagą. Uszy to drgały, to zastygały, rejestrując każdy dźwięk. Strach ściskał Iwonie wnętrzności. Drżały jej kolana, choć próbowała zachować spokój. Od dziecka bała się psów choćby tych maleńkich pudelków na smyczy, które bezpiecznie drzemały w ramionach przechodniów. Lęk zakorzenił się w niej na dobre.

Miała zaledwie cztery lata, gdy rodzice zabrali ją na wakacje do babci na Mazurach. U sąsiada spędzał tam całe dnie hodowca psów. Iwona była wtedy ciekawska i śmiała, wszystko musiała sprawdzić, dotknąć, zobaczyć z bliska. Nic dziwnego, iż nie mogła się oprzeć rozkosznemu szczeniakowi, który pewnego dnia przybłąkał się na podwórko. Kiedy dorośli zajęli się swoimi sprawami, Iwona po cichu podniosła pieska i ruszyła w stronę domu. Nie zdążyła jednak choćby przekroczyć drzwi, gdy zagrodziła jej drogę olbrzymia suka matka szczeniaka. Groźny cień zawisł nad dziewczynką, odsłonięte kły błyszczały w słońcu. Rzucić się nie rzuciła, ale warknęła głucho i przeciągle, wystarczyło. Chwila lodowatego strachu, poczucie bezradności wspomnienie to już na zawsze zostało pod powiekami.

Minęły lata, a lęk pozostał. I teraz, tuż przed własnym blokiem na Ochocie, Iwona stanęła oko w oko z psim kolosem, który nie zamierzał zejść z chodnika. Zdecydowała nie ryzykować; szerokim łukiem zaczęła go omijać, krocząc ostrożnie. Obserwowała go kątem oka ruszył za nią. Nie przyspieszał, trzymał dystans, ale nie spuszczał jej z oczu.

Ależ mądry z ciebie pies mruknęła pod nosem, odwracając się co kilka kroków. Nie podchodzi za blisko Chyba wie, iż się boję. Ale po co za mną idzie? I gdzie jego właściciel?

Pytania tłoczyły się w głowie, ale odpowiedzi nie było. Dostrzegając w końcu znajomy blok, niemal pobiegła do drzwi. Drżącymi rękoma przyłożyła kartę do domofonu, po czym wbiegła na klatkę schodową. Odwróciła się na moment pies siedział spokojnie na chodniku, obserwując, jak brama zamyka się, oddzielając ją od jego przenikliwego spojrzenia.

W mieszkaniu Iwona opadła ciężko na półkę w przedpokoju, zdjęła buty i nasłuchiwała, czy nie goni jej po schodach raban. Nic jedynie szum miasta w oddali. gwałtownie podeszła do okna w salonie widok był ten sam. Pies siedział pod blokiem, jakby wiedział, iż widzi go z góry. Spojrzał, lekko uniósł łeb, powoli pomachał ogonem i dopiero wtedy ruszył przed siebie, znikając z pola widzenia. Iwona odetchnęła z ulgą. Dziś wreszcie sobie poszedł.

Potem to stało się zwyczajem. Każdego wieczora, gdy wracała z pracy, pies pojawiał się znikąd i bez słowa odprowadzał ją pod sam dom. Na początku trzymał się na bezpiecznym dystansie kilkanaście metrów z tyłu, nigdy nie przyspieszał. Ale każdego dnia podchodził coraz bliżej. Po tygodniu, gdy szła do wejścia, pies szedł ledwie dwa kroki za nią.

Lęk stawał się coraz słabszy. Na początku każdy jego ruch wywoływał u Iwony dreszcz; teraz patrzyła na niego raczej z czujnością niż paniką. Tamten dziecięcy paraliż powoli ustępował miejsca zrozumieniu ten pies nie był agresywny. Po prostu szedł obok.

Dopiero z czasem Iwona zaczęła dostrzegać w nim coś więcej spokój w każdym kroku, łagodność w opuszczonych uszach i w ciemnych, przenikliwych oczach. Pewnego popołudnia, pod budynkiem, złapała się na tym, iż obecność psa przestaje ją niepokoić. Przeciwnie czuła, iż czeka na niego. Uświadomiwszy sobie to, postanowiła nadać mu imię. Zastanawiała się chwilę, aż przyszedł jej na myśl: Boruta wymówiła cicho.

Ku jej zaskoczeniu, na dźwięk nowego imienia pies od razu obrócił głowę, jakby wiedział, iż to już on. Iwona uśmiechnęła się pod nosem taka synchronizacja zaskakiwała.

Pracowała jako specjalistka ds. projektów w niewielkiej agencji reklamowej na Śródmieściu i jej dni były nieustanną gonitwą. Poranne odprawy, spotkania z klientami, poprawki, telefony, e-maile. Wieczorami wracała wyczerpana, marząc tylko o kubku herbaty i serialu na laptopie.

Ale teraz jej droga powrotna miała nowy rytuał. Obecność Boruty wprowadzała w codzienność dziwne ukojenie. Nie szczekał, nie skakał i nie próbował się narzucać. Po prostu szedł obok, tak, jakby dokładnie wiedział, czego potrzebuje spokojnego towarzystwa.

Czasem Iwona celowo zwalniała, pozwalając mu podejść bliżej. Zdarzało się, iż przystanęła, rzucając mu szybkie spojrzenie, które odwzajemniał bez agresji, ale też bez nachalności, jakby rozumiejąc, iż każde zaufanie trzeba budować powoli. Z każdą taką chwilą lęk w niej malał, a jego miejsce zajmowało coś nowego, bliżej niewysłowionego delikatna, coraz mocniejsza więź.

Pewnego wrześniowego wieczoru musiała zostać dłużej w pracy. Kolejne poprawki, e-maile, zmiany w projekcie sprawiły, iż wyszła z biura tuż przed dwudziestą. Szybkim krokiem przemierzała znajomą trasę. Drzewa szumiały, ulica spowita była chłodnym wilgotnym powietrzem. Mimo to, coś nie dawało jej spokoju. Boruty dziś nie było. Zawsze pojawiał się zza rogu, zawsze czekał. Bez niego Warszawa wydała się pustsza i bardziej obca.

Może zachorował? Może w końcu ktoś go zabrał? zastanawiała się, mimowolnie przyspieszając.

Zapadał zmrok. Latarnie jeszcze nie świeciły, cienie na chodnikach były coraz głębsze. Nie lubiła wychodzić sama o tej porze. Bez psa choćby zwykłe szelesty wydawały się groźniejsze.

Dochodziła już do skrzyżowania, kiedy z mrocznego zaułka dobiegł ją drwiący męski głos:

Dobry wieczór, ślicznotko! Co taka sama chodzisz?

Tylko tego brakowało pomyślała. Przyspieszyła, nie pokazując strachu, choć serce waliło jej w piersi jak szalone.

Ej, uciekasz przede mną? Chodź tu do mnie, nie bój się! kroki stały się głośniejsze, mężczyzna szedł za nią.

Miała nadzieję, iż uda się go zignorować, kiedy nagle poczuła silny uścisk na przedramieniu. Zabolało.

Mówię do ciebie! Nadużywasz mojej cierpliwości! rzucił blisko jej ucha.

Szarpnęła się, próbując się wyrwać, ale on ścisnął ją jeszcze mocniej.

Proszę, puść mnie! jej głos był drżący, ale postarała się by zabrzmiał twardo.

Spróbuj krzyknąć odezwał się z uśmiechem. Uniósł dłoń z czymś błyszczącym ostrze noża zamigotało w półmroku.

To był moment, w którym gorzko pożałowała, iż została w pracy tak długo. Gdyby wyszła wcześniej, nie znalazłaby się ani w tej uliczce, ani naprzeciw bandyty. Zaledwie kilka sekund minęło, a ona stała bezradna, zaplątana w swoje myśli: co powinna zrobić? Uciec, szarpnąć się? Każdy ruch mógł ją kosztować życie. Był pijany, zataczał się o dialogu nie było mowy. Przerażenie ścisnęło jej gardło, ale próbowała się nie poddać panice.

Nagle ciszę przeszył donośny, stanowczy szczek. Napastnik obrócił się gwałtownie; jego ręka puściła Iwonę. Chwilę później przewrócił się na chodnik, przygnieciony przez masywną, kudłatą sylwetkę.

Puść mnie, psie cholerny! wykrzyczał przestraszony, próbując oswobodzić dłoń z potężnych szczęk Boruty.

Nóż wypadł mu z dłoni, poleciał gdzieś pod krzewy. Iwona, nie tracąc czasu, kopniakiem odepchnęła ostrze jeszcze dalej.

Trzymaj go, Boruta, nie pozwól mu uciec! powiedziała drżącym głosem. Już dzwonię po policję.

Boruta trzymał bandytę pod kontrolą, nie pozwalał mu się podnieść. Gdy tamten próbował się poruszyć, pies demonstrował kły i ryczał groźnie. W jego oczach była siła i nieugiętość. Bandyta już nie próbował więcej.

Po kilku minutach na miejscu pojawił się patrol. Policjanci gwałtownie skuli napastnika i zabrali go. Dopiero po ich wyjściu Boruta podszedł do Iwony, która skulona siedziała na krawężniku.

Pies podszedł ostrożnie i położył głowę na jej kolanach, cicho wzdychając. W tym gestcie było tyle czułości i troski, iż Iwona wreszcie pozwoliła sobie odpocząć. Łzy pociekły jej po policzkach, ręce drżały, ale mimo to objęła psa z wdzięcznością.

Dziękuję ci, dziękuję szeptała, wtulając dłoń w jego splątaną sierść.

Od tego wieczoru wszystko się zmieniło. Nie wyobrażała już sobie życia bez Boruty. Zabrała go do mieszkania i odtąd był już tylko jej. Każdego dnia czekał na nią przy drzwiach, kręcił się po pokojach, a gdy gdzieś odchodziła, pilnował. Stał się nie tylko towarzyszem, ale niemal strażnikiem, który zawsze wiedział, kiedy jej potrzeba wsparcia.

Od tamtej pory, choćby jeżeli czasami wciąż miała lęk przy gwałtownych hałasach, już nigdy nie czuła się samotna. Wiedziała, iż obok jest ten, kto bez wahania stanie w jej obronie.

***

Pierwsze dni pod dachem były niełatwe dla Boruty. Weszedł do mieszkania nieśmiało, z podkulonym ogonem, wdychając każde nieznane źródło zapachu płyn do podłóg, stare ściany, kuchenne przyprawy. Krążył, zaglądał w kąty, węszył wokół drzwi i ram. Czasem stawał bez ruchu, nasłuchując odgłosów dobiegających z klatki schodowej czy sąsiednich lokali. Iwona pozwoliła mu na wszystko, nie poganiała, mówiła łagodnie i czekała, aż się przyzwyczai.

Z czasem pies wybrał swoje ulubione miejsca: najpierw pod drzwiami, później przy oknie w salonie, skąd obserwował ulicę ludzi, samochody, zmieniające się cienie na asfalcie. Widok ten wyraźnie go uspokajał.

Iwona zadbała, by niczego mu nie brakowało kupiła miękkie legowisko z wysokim brzegiem, mocną misę na wodę i jedzenie, kilka zabawek: piłkę, gumową kostkę, pluszowego królika. Boruta początkowo nie ufając, wąchał je, dotykał łapą, ale gwałtownie zaczął się nimi interesować.

Z każdym kolejnym dniem pies czuł się coraz swobodniej. Ułożył rytuały: leżał przy oknie, czekał na Iwonę, a gdy usłyszał jej kroki na schodach, natychmiast podnosił głowę, przygotowując się do radosnego powitania.

Wieczorami chodzili razem do pobliskiego parku. Iwona spacerowała wolno, Boruta trzymał się jej boku, czasem podbiegał powąchać przechodzące psy czy nadsłuchiwał śpiewu ptaków. Te wspólne spacery stały się ich codziennością. Była zdumiona, iż przestała się bać psów a raczej, przestała bać się właśnie Boruty. Jego obecność dodawała jej odwagi, czuła, iż nie jest już sama. Boruta nie był tylko psem stał się jej cichym, wiernym strażnikiem.

Jego oddanie ogrzewało ją jak wełniany szal w zimowe poranki. Czasami, gdy zmęczona po pracy opadała na kanapę, Boruta kładł głowę na jej kolanach. W takich chwilach Iwona wiedziała, jak bardzo się do niego przywiązała.

Pewnego ranka, przed wyjściem do firmy, Iwona zauważyła, iż Boruta nie wygląda dobrze. Zwykle witał ją energicznym machnięciem ogona, a tym razem z trudem podniósł się z legowiska i odszedł powoli do kąta obok miski. Nie chciał choćby pić.

Zaniepokojona, uklękła przy psie i spojrzała mu w oczy były smutne, sierść straciła blask, ruchy stały się ociężałe.

Co się stało, Boruta? zapytała delikatnie, głaszcząc go miękką dłonią.

Pies westchnął cicho i opuścił głowę. Iwona chwyciła za telefon i natychmiast zadzwoniła do weterynarza.

Lekarz zjawił się jeszcze tego dnia. Długo badał Borutę, sprawdzał temperaturę, słuchał bicia serca, mierzył puls.

To lekka infekcja, pewnie po tym, jak żył na ulicy stwierdził w końcu. Potrzeba trochę leków i dobrej karmy. Codziennie podać tabletkę, obserwować, dużo wody. Za tydzień będzie zdrowy.

Iwona skrupulatnie spełniała wszystkie zalecenia, karmiła Borutę małymi porcjami, podgrzewała jedzenie, ukrywała tabletki w plasterku sera. Pilnowała, by nigdy nie brakło czystej wody, a na zachętę głaskała go po łbie, namawiając do jedzenia.

Pies jakby rozumiał troskę po posiłku czy dawce leków, lizał jej dłoń i patrzył w oczy, jakby szeptał: “Dziękuję, już mi lepiej”.

Z każdym dniem nabierał sił. Najpierw zainteresował się piłeczką, później nabrał ochoty na krótkie spacery, aż wreszcie po tygodniu znowu energicznie witał Iwonę przy progu, popiskując z radości. Iwona uśmiechała się do niego z prawdziwą ulgą miała pewność, iż Boruta jest bezpieczny i szczęśliwy.

Ich życie powoli nabrało rytmu: regularne posiłki, spacery, zabawy, chwile odpoczynku. Iwona nauczyła się, jak układać menu psa, jak przyrządzić zdrową “psią” kolację. W weekendy ćwiczyła z Borutą podstawowe komendy zapisała się choćby na trening do profesjonalnej szkoły na Bielanach. Pies okazał się bystry i chętny do współpracy: już po pierwszych zajęciach rozumiał “siad”, “leżeć”, “do mnie”. Trener wielokrotnie wychwalał jego uwagę i pracowitość.

Każdy weekend spędzali w parku. Boruta szalał za piłką, biegał, ganiał się z innymi psami, zerkał co chwilę na Iwonę, szukając jej wzroku i aprobaty. Chętnie bawił się z nowymi znajomymi, cieszył się prostymi sprawami a Iwona czuła, jak ogarnia ją domowe ciepło i spokój.

Jednak pewnego dnia codzienność zadrżała w posadach. Po wyjątkowo ciężkim dniu Iwona wracała do domu zmęczona i zamyślona. Słońce już zaszło, ulica była szaro-sina, a latarnie dopiero migotały ciepłym światłem. Przy wejściu do bloku czekał na nią nieznajomy mężczyzna.

Oparty o ścianę, wpatrywał się w nią z nieodgadnionym wzrokiem. Gdy podeszła bliżej, podszedł.

Dobry wieczór, pani Iwono powiedział cicho, lekko się uśmiechając. Chyba poznałem panią…

Zatrzymała się.

Tak. A pan to?

Nazywam się Łukasz. To ja jestem właścicielem tego psa.

Cisza zawisła w powietrzu, a Iwona próbowała zrozumieć sens jego słów.

To pana pies? zapytała z trudem. Dlaczego był na ulicy?

Łukasz westchnął, przetarł czoło.

Musiałem wyjechać. Pracuję na budowie za granicą. Zostawiłem psa u kolegi. Niestety, nie poradził sobie. Oddał psa na ulicę, bo nie dawał rady. Kiedy wróciłem… już go nie było.

Przesuwając wzrokiem po jej twarzy, mówił dalej:

Szukałem Boruty długo, rozwieszałem ogłoszenia, pytałem ludzi. Bez skutku. Aż pewnego wieczoru zobaczyłem go z panią. Był spokojny, szczęśliwy. Nie mogłem uwierzyć.

W myślach Iwony kłębiły się uczucia. Rozumiała żal Łukasza każdy z nich postąpił z pewnością najlepiej, jak potrafił.

Chciałby pan go zabrać? zapytała, zbierając się na odwagę.

Łukasz spojrzał na nią; w oczach miał cień wyrzutów.

Myślałem o tym Ale Boruta chyba już jest tu szczęśliwy. Widzę, jak się cieszy, jak pani o niego dba Nie chcę go znowu zabierać. Chciałem tylko wiedzieć, iż jest cały i zdrowy.

Iwona skinęła głową. Poczuła ulgę i wdzięczność.

Dziękuję, iż pan przyszedł i wszystko opowiedział… odpowiedziała. Proszę się nie martwić, Boruta ma tu dom.

Łukasz kiwnął jej, pożegnał się bez słów i zniknął za rogiem. Iwona przez chwilę patrzyła w jego ślad, po czym weszła do klatki. Z mieszkania już dobiegał znajomy, serdeczny szczek. Boruta czekał.

I to właśnie on od tej chwili był już tylko jej.

Idź do oryginalnego materiału