Lśniąco czysta kuchenka

newskey24.com 3 godzin temu

Czysta kuchenka

Grażynka. Chodź tu.

Ani proszę, ani jak skończysz. Po prostu chodź tu, jakby wołał psa.

Odłożyła mop na ścianę i weszła do kuchni. Andrzej siedział przy stole i gapił się w telefon. Obok, na swoim stałym miejscu przy oknie, siedziała Janina Zdzisławowna. Piła herbatę. W całym mieszkaniu pachniało gotowaną kapustą i jakimiś lekami, które teściowa połykała garściami od rana do nocy.

Mama mówi, iż znowu nie domyłaś kuchenki rzucił Andrzej bez podnoszenia wzroku znad telefonu.

Myłam ją wczoraj.

Słabo myłaś.

Janina Zdzisławowna odstawiła filiżankę na spodeczek z lekkim stukiem.

Ja nie przywykłam do syfu w domu powiedziała tonem, jakim mówi się o czymś oczywistym. U mnie zawsze był porządek. Dwadzieścia lat sama prowadziłam ten dom i nigdy nie było takich bałaganów.

Grażyna miała pięćdziesiąt trzy lata. Stała w kuchni, w rękawiczkach, z mokrymi rękami, i słuchała. Po raz kolejny.

To pokaż, gdzie brud powiedziała spokojnie. Domyję.

No właśnie, pokaż! wtrącił Andrzej. Sama nie widzisz? Czy trzeba ci na kolanach tłumaczyć?

Powiedział to cicho, prawie spokojnie. Zawsze tak mówił: łagodnie, bez krzyku, ale tonem, iż każde słowo trafiało jak trzeba.

Grażyna spojrzała na kuchenkę. Kuchenka błyszczała. Myła ją wieczorem, po kolacji, pół godziny skrobała tłuszcz z palników. I była czysta.

I wtedy coś w niej pękło.

Nie wybuch. Nie łzy. Po prostu spojrzała na tę błyszczącą kuchenkę, potem na Andrzeja z jego telefonem, potem na Janinę Zdzisławowną z herbatą i zrobiło się w środku cicho. Tak cicho, jak bywa tuż przed tym, gdy coś się ostatecznie kończy.

Ściągnęła rękawiczki. Położyła je na stole.

Słyszę to już dwadzieścia osiem lat powiedziała. Dość.

Andrzej podniósł wzrok znad telefonu. Janina Zdzisławowna zamarła z filiżanką.

Co powiedziałaś? spytał Andrzej.

Powiedziałam: dość.

Wyszła z kuchni. W sypialni wyjęła z szafy duży reklamówkowy worek i zaczęła pakować rzeczy. Niewiele. Dokumenty, dwa swetry, bieliznę, ładowarkę do telefonu. Ręce jej nie drżały, co ją samą zdziwiło. Była zupełnie spokojna, jak ktoś, kto wreszcie podjął decyzję, która dojrzewała latami.

Z kuchni dobiegały głosy. Najpierw cicho, potem coraz głośniej.

Andrzej, ty nie słyszysz? Idź ją zatrzymaj!

Sama idź, jak chcesz.

Grażyna założyła kurtkę, chwyciła torbę i wyszła do korytarza. Wciągnęła buty. Otworzyła drzwi.

Grażyna! zawołała Janina Zdzisławowna z kuchni. Wiesz, co robisz? Gdzie ty pójdziesz? Jesteś nikim bez niego! Nikim!

Grażyna zamknęła za sobą drzwi. Cicho, bez trzaśnięcia.

Na klatce schodowej śmierdziało kuwetyą kota od sąsiadów z trzeciego piętra i farbą z pierwszego. Zeszła i wyszła na dwór. Był październik, zimno i wilgotno, liście mokre przyklejały się do asfaltu. Grażyna stanęła przed blokiem i wyciągnęła telefon.

Iwonka odebrała po drugim sygnale.

Iwona powiedziała Grażyna. Wyszłam.

Pauza.

Skąd wyszłaś?

Od Andrzeja. Na dobre. Nie mam gdzie iść.

Cisza trwała trzy sekundy. Potem Iwona powiedziała:

Masz adres? Dwadzieścia minut i jestem w domu. Stój przed blokiem, podam ci kod do domofonu.

***

Iwona mieszkała w kawalerce na Sadowniczej. Małej, ale własnej, którą kupiła sama siedem lat wcześniej, kiedy pracowała jako recepcjonistka w hotelu i odkładała każdy grosz. Mieszkanie całe zawalone półeczkami, wszędzie kwiatki, w kuchni tablica z magnesami z różnych miast. Pachniało kawą i czymś słodkim, chyba cynamonem.

Grażyna siedziała na kanapie z kubkiem herbaty, a Iwona naprzeciwko, skulona z nogami pod sobą i patrzyła w nią uważnie, nie przerywając.

Opowiadaj rzuciła Iwona.

Sama kilka jest do opowiadania wzruszyła ramionami Grażyna. Ciągle to samo. Kuchenka brudna, zupa nieosolona, podłogi źle umyte. I takie spojrzenia jakby patrzyli na sprzęt gospodarstwa domowego co się zepsuł.

Grażynka, ale to zawsze tak było. To czemu akurat dziś?

Grażyna się zamyśliła.

Bo dziś spojrzałam na czyściutką kuchenkę i pomyślałam: jeżeli nie odejdę teraz, to nie odejdę nigdy. Że tam umrę. Któregoś dnia się położę, nie wstanę i oni powiedzą, iż źle o siebie dbałam.

Iwona kiwnęła głową. Nic nie powiedziała. Po prostu dolała herbaty.

W nocy Grażyna leżała na kanapie u Iwony, opatulen kocem, i słuchała ciszy. Takiej prawdziwej ciszy. Zero telewizora z drugiego pokoju, zero kaszlu Janiny Zdzisławowny zza ściany. Żadnego poczucia, iż trzeba zrywać się i coś robić.

Nie spała do trzeciej. Nie z niepokoju, tylko dlatego, iż nie znała tego uczucia: leżeć i za nic nie odpowiadać.

Potem jednak zasnęła.

***

Telefon milczał dwa dni. Trzeciego dnia Andrzej wysłał SMS: Kiedy wrócisz? Żadnego przepraszam. Żadnego musimy pogadać. Po prostu kiedy wrócisz, jakby wyjechała służbowo.

Grażyna przeczytała i schowała telefon do kieszeni.

I dobrze skomentowała Iwona, która wszystko widziała. Nie odpisuj. Niech się głowi.

On i tak nie ma się nad czym głowić powiedziała Grażyna. On myśli, iż się opamiętam i wrócę. Zawsze tak myślał. Że nie mam dokąd.

A masz dokąd?

Grażyna spojrzała w okno. Za oknem szary październikowy podwórz, mokre auta, nagie drzewa.

Mam odparła. Jeszcze nie wiem gdzie, ale mam.

Pierwsze tygodnie były dziwne. Grażyna nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Całe życie wstawała o siódmej, bo trzeba było zrobić śniadanie, posprzątać, zrobić pranie, pobiec po leki dla Janiny Zdzisławowny, do sklepu, znów gotować, znów sprzątać. Od rana do nocy. I zawsze za mało, źle.

Teraz budziła się i dzień był pusty. Nic nie musiała robić. Było to prawie nie do zniesienia.

Iwona powiedziała któregoś ranka, gdy Iwona już szykowała się do pracy muszę coś robić, bo oszaleję.

Szukaj roboty.

Jakiej? Dwadzieścia osiem lat siedziałam w domu.

Przecież jesteś malarką.

Grażyna się roześmiała. Krótko, bez radości.

Byłam. Kiedyś. Po studiach dwa lata pracowałam w jednym wydawnictwie, potem wyszłam za Andrzeja, a on stwierdził, iż nie muszę, bo on zarabia. A mama dorzuciła, iż porządne kobiety to dom prowadzą, a nie po biurach się szwendają.

I ty się zgodziłaś.

Zgodziłam. Miałam dwadzieścia pięć lat, myślałam, iż to miłość. Że się o mnie dba.

Iwona zamilkła, zakładając płaszcz.

Grażynka, mam w szafie akwarelki, zostały po mojej siostrzenicy. I papier jest. Spróbuj.

Po co?

Bo ręce pamiętają usłyszała odpowiedź. Spróbuj.

***

Kredki znalazła w dolnej szufladzie szafy, owinięte w gazetę. Dziecięce, tanie, plastikowe pudełko z rysunkiem wiewiórki. Kartki akwarelowe były tamże, sztuk kilka. Grażyna usiadła przy kuchennym stole i długo patrzyła na pustą kartkę.

Wreszcie chwyciła pędzel.

Na początek nic nie wychodziło. Farbka nie rozprowadzała się jak trzeba, ręka drżała, proporcje szalone. Zmarnowała trzy kartki. Potem się uspokoiła i zaczęła po prostu mazać farbą, bez planu, bez pomysłu. Sam kolor. Sama plama.

Po godzinie na stole leżał mały akwarelowy szkic: jesienne podwórko, widziane z okna Iwony. Mokre drzewa, szare niebo z różową smugą na horyzoncie.

Patrzyła na to i myślała: to. Ja to zrobiłam.

Nie zupa, nie czysta kuchenka. To.

Wieczorem Iwona wróciła z pracy, zobaczyła rysunek i przystanęła.

Grażyna, to ty malowałaś?

Ja.

Fajne. Naprawdę fajne.

Krzywe wszystko.

Ale żywe powiedziała Iwona. Przechodziłam sto razy przez takie podwórka, ale to jest jak prawdziwe. Czuć je.

Grażyna nic nie odrzekła. Ale szkicu nie wyrzuciła.

***

W mieszkaniu Andrzeja Aleksandrowicza Wójcika tymczasem działo się coś, czego się nie spodziewał.

Pierwsze trzy dni czekał, aż Grażyna wróci. To było tak oczywiste: gdzie pójdzie? Przecież nic nie potrafi. Pieniędzy nie ma, pracy nie ma, mieszkania nie ma. Wróci, nie ma wyjścia.

Nie wróciła.

Czwartego dnia zorientował się, iż w lodówce pustka. Absolutna. Rano otworzył, spojrzał na samotny karton kefiru, zamknął. Wyszedł do pracy głodny.

Wieczorem matka siedziała w kuchni i patrzyła na niego z miną osoby, która dawno wszystko wie, tylko dotąd milczała z uprzejmości.

Jadłeś coś?

Nie.

Ja też nie. Przyniosłeś coś z Biedronki?

Nie, nie zdążyłem.

No to świetnie skwitowała Janina Zdzisławowna. Siedemdziesiąt osiem lat żyję i takich rzeczy nie widziałam, żeby w domu chleba nie było.

Mamo, idź sama do sklepu.

Pauza była długa.

Ja, powiedziała powoli Janina Zdzisławowna mam siedemdziesiąt osiem lat. Bolą mnie nogi. Ciśnienie mam. Laskę mam. A ty mi mówisz idź sama.

Mamo, nie miałem czasu, byłem w pracy.

A Grażyna miała? Od rana do nocy na was harowała, a ty ją przegoniłeś.

Andrzej podniósł głowę.

Ja przegoniłem? Sama poszła!

Boś ją zamęczył! głos matki podniósł się. Ile razy ci mówiłam: trochę delikatniej z ludźmi. Ale oczywiście, wszystko najlepiej wiesz.

A ty co? Codziennie jej dokuczałaś! Kuchenka brudna, zupa zła, podłoga źle umyta!

To tylko słuszne uwagi! Moje prawo, mój dom!

Mój dom, mamo! To moje mieszkanie!

Patrzyli na siebie pierwszy raz od lat. Grażyny nie było już między nimi, tej amortyzującej poduszki na ciosy.

Andrzej wstał, założył kurtkę i wyszedł. Trzasnął drzwiami.

Janina Zdzisławowna została sama w kuchni. Za oknem ciemno. Wstała, włączyła światło, otworzyła lodówkę. Spojrzała na kefir. Zamknęła.

Usiadła z powrotem. Taka cisza nie zdarzała się, jeżeli Grażyna mieszkała w domu.

***

Listopad przyniósł mrozy i pierwszy śnieg. Grażyna od trzech tygodni mieszkała u Iwony i powoli dochodziła do siebie, jak ktoś trzymany długo w zamknięciu, a nagle wypuszczony na powietrze. Na początku oślepia. Potem przechodzi.

Malowała codziennie. Sprawiła sobie prawdziwe akwarele, nie dziecięce. Iwona znalazła w internecie ogłoszenie: mała pracownia do wynajęcia na ulicy Rzecznej, blisko parku. Pokój może dwadzieścia metrów, z ogromnym oknem na północ, drewniane podłogi. Tanie, bo bez remontu, odpadający tynk.

Grażyna przyszła obejrzeć i od razu wiedziała: to to.

Bierze pani? spytała właścicielka, starsza pani w wełnianej czapce.

Biorę.

Prawie nie miała pieniędzy. Sprzedała złote kolczyki, które dostała od rodziców na ślub. Trochę z bólem, przecież pamiątka. Ale potem pomyślała: jaka pamiątka? Po czym?

Pracownia stała się jej miejscem. Przychodziła rano, otwierała okno, wpuszczała zimne, śnieżne powietrze. Pachniało farbą, lnianym olejem, drewnem. Rozstawiała słoiczki, rozwijała kartki albo płótno i po prostu pracowała. Godzinami. Czasem zapominała zjeść.

Malowała różne rzeczy: pejzaże, podwórka, martwe natury z tego, co miała pod ręką kubek, jabłko, stary pantofel. Coraz lepiej jej szło. Ręce naprawdę pamiętały.

W grudniu Iwona zadzwoniła prosto do pracowni.

Grażyna, w hotelu chcą zrobić wystawę lokalnych artystów. Niewielką, w holu. Wspomniałam o tobie. Dasz coś?

Iwona, ja nie jestem już żadną artystką. Dopiero zaczęłam znowu.

Trzy dekady powtarzasz, iż tylko i po prostu. Daj spokój. Dasz?

Grażyna chwilę pomyślała.

Dobra zgodziła się.

***

Tam właśnie poznała Franciszka Jerzego.

Przyszedł na otwarcie wystawy nie dlatego, iż interesowała go sztuka, tylko przez przypadek miał rezerwację w hotelu i znalazł się tam o adekwatnej porze. Wysoki, w kraciastej koszuli, siwiejące skronie, spokojne szare oczy. Stał przed jedną z prac Grażyny: zimowy park, ławka i ślady na śniegu.

Podeszła, żeby poprawić ramkę. Usłyszała, jak sam do siebie mówi cicho:

No proszę, tak bywa. Przyszli, posiedzieli, rozeszli się.

To o tych śladach? spytała.

Odwrócił się. Nie zmieszał się wcale.

Tak. Patrzę i myślę: przyszło dwoje. Posiedzieli, poszli w różne strony. Czy dobrze się bawili, czy się pokłócili nie wiadomo.

Ja myślałam, iż to jeden człowiek powiedziała Grażyna. Przyszedł, posiedział i wrócił do domu.

Sam do domu tak nie zygzakuje odrzekł serio. Widać, ślady kręcą. To byli dwoje.

Spojrzała na obraz inaczej.

Może i dwoje przyznała.

Potem rozmawiali jeszcze z dwadzieścia minut. Okazało się, iż przyjechał z sąsiedniego miasta miał tam brata, któremu pomagał w remoncie. Sam Franciszek był złotą rączką: stolarka, hydraulika, prąd, wszystko. Wdowiec, dorosłe dzieci. Mało mówił, za to słuchał na to Grażyna zwróciła uwagę. Nie przerywał, nie zerkał na telefon. Patrzył, gdy mówiła.

Było to tak nowe, iż nie wiedziała co z sobą zrobić.

Na odchodnym spytał:

Ma pani wizytówkę?

Nie, nigdy nie robiłam.

To może numer telefonu?

Dała mu. Potem myślała: po co? Może będzie chciał kupić obraz?

Za trzy dni napisał: Dobry wieczór. Tu Franciszek, rozmawialiśmy o śladach na śniegu. Chciałbym kupić ten obraz, jeżeli nie sprzedany.

Nie był. Przyjechał, odebrał obraz, owinął starannie w reklamówkę, którą przyniósł. Zapytał, czy może jeszcze zobaczyć inne prace.

Przyszli do pracowni. Oglądał powoli i długo. Kupił jeszcze dwa małe pejzaże.

Dobrze pani maluje powiedział.

Długo nie malowałam odparła.

Czemu?

Wzruszyła ramionami. Nie tłumaczyła.

Życie.

Pokiwał głową i nie pytał więcej.

***

Andrzej zadzwonił w styczniu. Grażyna już od kilku miesięcy mieszkała na przemian u Iwony i w pracowni. przez cały czas formalnie byli małżeństwem, dokumentów jeszcze nie złożyła.

Dzwonił wieczorem, gdy kończyła pracę: duży zimowy martwa natura, świerkowe gałązki w szklanym wazonie, szyszki, świeca.

Grażyna powiedział.

Tak?

No… jak tam u ciebie?

Dobrze.

Cisza.

Mama chora dodał.

Przykro mi.

Nie mogłabyś czasem wpaść? Chociaż raz w tygodniu. Pomóc w domu.

Odłożyła pędzel.

Andrzej powiedziała spokojnie. Ja odeszłam. Mieszkam osobno. Nie będę przyjeżdżać sprzątać.

Jesteś jeszcze moją żoną.

Jeszcze tak. Ale to chwilowe.

Grażyna, nie wygłupiaj się. Wróć po prostu do domu. Pogadamy.

My nigdy nie gadaliśmy, Andrzej. Przez dwadzieścia osiem lat tylko ty i twoja mama. Ja tylko słuchałam i robiłam co kazaliście.

Przesadzasz.

Może. Ale nie wrócę.

Odłożyła słuchawkę. Ręce miała stałe jak skała. Sama była zdziwiona.

Potem zamyśliła się: historia jak z gazety żona opuściła męża. Nic wielkiego. Tylko iż od środka wcale to nie jest proste. Uczyć się chodzić od nowa, codziennie.

***

Stosunki z pieniędzmi układała powoli. Obrazy kupowano nieczęsto i nie za fortunę. Czasem ktoś zamówił kartkę, czasem mały pejzaż w prezencie. Z pomocą Iwony założyła profil w internecie, wrzucała prace. Pojawiło się parę osób obserwujących, czasem się odzywali.

Na życie starczało równo: pracownia, coś do jedzenia, ubranie. Bez luksusów, ale wystarczało.

Nie spodziewała się, iż poczuje się jak bogaczka. A jednak tak było.

Franciszek wpadał raz na dwa-trzy tygodnie. Zawsze po sprawach, zawsze zajrzał. Pili kawę w maleńkiej kawiarni przy parku albo chodzili po zasypanych śniegiem ulicach i gadali. On opowiadał o pracy, o synach jeden się właśnie ożenił, miał mieć dziecko. Ona o obrazach, o tym, iż chciałaby spróbować malować olejem, nie tylko akwarelą.

Nigdy nie poganiał. Nigdy nie naciskał. Pewnego dnia odkryła, iż czeka na jego przyjazdy. Jak go nie było, w pracowni robiło się trochę ciszej.

Iwona powiedziała kiedyś. Franciszek… Ja nie wiem.

Czego nie wiesz?

On jest tak porządny. I mnie to przeraża.

Czemu dobre rzeczy mają przerażać?

Bo nauczyłam się, iż jak coś dobre, to zaraz potem będzie nieszczęście.

Iwona długo na nią patrzyła.

Może nie u każdego coś się ukrywa za rogiem?

Grażyna myślała o tym dobrych kilka dni.

Potem napisała do Franciszka jako pierwsza: Nie chciałby pan wpaść w sobotę? Zaczęłam nową dużą pracę, chciałam pokazać.

Przyjechał w sobotę. Obejrzał obraz. Powiedział, iż dobry. Poszli znów do kawiarni, i tam zaproponował:

Grażyna, chciałaby pani pojechać gdzieś na weekend? Jest tu klasztor, godzina drogi. Mówią, iż zimą bardzo pięknie.

Chciała.

***

O tym, co się działo w mieszkaniu na ulicy Mickiewicza, Grażyna dowiadywała się od czasu do czasu od sąsiadki Marii Stanisławowny z czwartego piętra, z którą nieraz rozmawiała na schodach.

Grażynka, jak się masz? pytała Maria Stanisławowna. U nich tam koszmar. Słychać przez ścianę, jak się drą. Janina Zdzisławowna codziennie truje Andrzejowi, iż cię nie zatrzymał. On jej coś odburknie. Wczoraj tak się darli, iż chciałam wzywać dzielnicowego.

Grażyna słuchała i czuła tylko dziwne, oddalone współczucie. Nie triumf. Nie satysfakcję. Po prostu: tak bywa.

Nie było im źle bez Grażyny dlatego, iż za nią tęsknili. Było im źle, bo nie było komu przejmować ciosów. Całe życie strzelali w jedną stronę, a teraz tamta strona odeszła i trafiają w siebie.

W lutym Maria Stanisławowna doniosła, iż Janinę Zdzisławownę zabrała karetka. Ciśnienie, serce. Andrzej sam w szpitalu, naburmuszony jak wieża ciśnień.

Grażyna nastawiła czajnik i myślała: powinnam zadzwonić. W końcu prawie trzy dekady. W końcu człowiek.

Pomyślała jeszcze raz i postanowiła: nie, nie muszę. Całe życie robiłam, co trzeba. Teraz niech oni sami.

***

W marcu przyszła odwilż i zapach topniejącego śniegu. Grażyna szła przez bazarek z lnianą torbą, wybierała coś na śniadanie. Zatrzymała się przy stoisku z pierwszymi szklarniowymi warzywami, brała pomidory, myślała, iż kiedyś namaluje taki wiosenny targ: kolory, hałas, ludzie.

I wtedy zobaczyła Andrzeja.

Szedł przez targ z siatką, gapił się w telefon, nie zauważył jej. Postarzał się, pomyślała. Może tylko wcześniej nie patrzyła na niego z boku. Ramiona opadłe, kurtka pognieciona, twarz szara.

Stała i czekała na uczucie. Strach? Złość? Uciekać, żeby nie zauważył?

Nic z tego.

Andrzej podniósł głowę, zobaczył ją. Przystanął.

Patrzyli na siebie przez trzy stragany.

Grażyna powiedział.

Głos miał cichy jak zawsze, ale coś nowego w nim było. Zagubienie?

Andrzej odpowiedziała.

Podszedł bliżej. Sprzedawczyni udawała, iż bardzo ją zajmują jabłka.

Jak ci? spytał.

Dobrze.

Schudłaś.

Może.

Mama w szpitalu. Serce.

Wiem. Przykro mi.

Cisza. Przełożył siatkę z ręki do ręki.

Nie wrócisz już na serio?

Grażyna spojrzała na niego spokojnie. Ani złość, ani litość. Po prostu patrzyła.

Nie wrócę, Andrzej.

Ale jakoś trzeba żyć…

Tobie trzeba. Ja już żyję.

Nie znalazł słów. Zgarnęła pomidory, zapłaciła i poszła dalej.

Serce biło równiutko. Na tym polegało jej zwycięstwo na tym równym biciu. Nie na odejściu. Nie na tym, iż nie wróciła. Na tym, iż stała przed nim i nie bała się. Nie kuliła się. Nie powtarzała w głowie: bądź grzeczna, nie mów za dużo, może on ma rację, może przesadzasz. Po prostu rozmawiała z obcym facetem. Niemal obcym.

Wybrała jeszcze natki, kupiła świeży chleb i poszła do domu. Do domu, czyli do pracowni. Już od dawna ta pracownia była domem.

***

Po rozwód poszła w kwietniu. Wszystko sama, bez adwokata, zgłosiła się, wypełniła papierki. Andrzej nie protestował. Spotkali się jeszcze u notariusza, podpisali i tyle.

Mieszkania nie miała. Andrzej został u siebie. O podziale majątku choćby nie myślała za długo, za ciężko. Iwona mówiła, iż głupio, bo mogłaby wywalczyć część. Grażyna tylko kręciła głową.

Nie chcę tego mieszkania, Iwona. Ja chcę żyć dalej.

A pieniądze by się przydały.

Pieniądze będą odpowiadała Grażyna. Inne. Własne.

Latem widywała się z Franciszkiem co tydzień. Czasem jechała do niego, czasem on do niej. Miał nieduży domek z ogrodem na cichym przedmieściu rosły tam porzeczki i stara jabłoń. Kiedy przyjechała pierwszy raz w maju, stała długo w sadzie i patrzyła na kwitnącą jabłoń.

Ładnie powiedziała.

Żona posadziła powiedział spokojnie. Osiem lat jej nie ma, a jabłoń kwitnie.

Stali tak razem, patrząc na drzewo.

Franciszek, nie boi się pan? Znów…

Blisko z kimś być?

No… tak.

Zastanowił się.

Boję się przyznał. Ale panią lubię. I myślę, iż strach nie jest powodem, by nie żyć.

Roześmiała się. Ku własnemu zdziwieniu.

Mądre.

Po prostu gwoździe zawsze wbijam prosto.

***

Jesienią, równo rok od tamtego październikowego dnia, gdy Grażyna wzięła worek i wyszła z mieszkania przy Mickiewicza, siedzieli z Franciszkiem w kuchni, późnym wieczorem. On naprawiał szufladę, która nie chciała się domykać, ona siedziała z kubkiem kawy i robiła szkic w zeszycie.

Było ciepło. Cicho. Pachniało drewnem i kawą.

Grażyna odezwał się Franciszek bez odwracania się przeprowadzisz się?

Podniosła wzrok.

Gdzie?

Tu. Do mnie.

Zamilkła. On milczał też, majstrując przy szufladzie.

Mam pracownię tam powiedziała.

Wiem. Tu też jest pokój, wielkie okno na wschód. Rankiem słońce. Mówiłem?

Mówiłeś.

Więc co?

Patrzyła na szkicownik. Kuchnia, facet ze śrubokrętem, kobieta z kubkiem. Okno. Za oknem sad.

Muszę pomyśleć powiedziała.

Myśl.

Nie będziesz popędzał?

Nie.

Czemu?

Odłożył śrubokręt, sprawdził szufladę. Zamknęła się idealnie.

Bo mam czas powiedział. I popędzanie dorosłego to strata czasu.

Grażyna jeszcze raz spojrzała na rysunek.

Dobrze powiedziała.

Dobrze, iż pomyślisz, czy dobrze, iż się przeprowadzisz?

Dobrze, iż się przeprowadzę.

Kiwnął głową. Usiadł obok, wziął swoją herbatę. Siedzieli w ciszy, a cisza była dobra.

***

Minęło jeszcze pół roku.

Grażyna mieszkała z Franciszkiem, ale pracownię na Rzecznej zostawiła. Chodziła tam trzy razy w tygodniu, malowała. Pokój z wschodnim oknem u Franciszka był jej drugą strefą: tam robiła szkice z rana, kiedy on wychodził do pracy.

Jej obrazy sprzedawały się trochę lepiej. Nie, nie była sławną malarką ale miała swoich ludzi, którzy zamawiali właśnie jej rzeczy. Bez rozgłosu, ale własnym tempem. Jej.

O Andrzeju czasem słyszała Maria Stanisławowna czasem dzwoniła. Janina Zdzisławowna po szpitalu ledwo chodziła, prawie nie opuszczała pokoju. Andrzej wynajął kogoś do pomocy. Chodził do pracy, wieczorem wracał. Żył jak żył.

Grażyna słuchała tych historii i myślała, iż kiedyś ten człowiek był całym jej niebem. Jego humor jej pogoda. Jego słowa jej prawo. Tylko iż ta dobra rodzina od środka wyglądała jak małe więzienie bez klucza bo najgorzej, gdy sama trzymasz drzwi zamknięte od środka.

Teraz niebo było inne.

W grudniowy wtorek przyszła do pracowni wcześnie, jeszcze przed świtem. Włączyła światło, nastawiła czajnik. Za oknem sypał miękki, ślamazarny śnieg.

Zadzwoniła Iwona.

Grażynka, hej! Jak się masz?

Dobrze. Pracuję.

Słuchaj, jest sprawa. Znajoma mówiła, iż galeria w centrum szuka malarzy na wiosenną wystawę. Prawdziwa galeria, nie jakiś domek kultury. Widzieli twoje prace w internecie, chcą porozmawiać. Daję numer.

Grażyna zapisała numer.

Iwona, oni pewnie chcą czegoś poważnego. Ja nie mam żadnego nazwiska ani dorobku.

Grażyna, pięć lat nie malowałaś. Teraz masz ponad sto prac. Jak nie poważnie?

No…

Dzwoń. Po prostu zadzwoń.

Dobrze.

Odłożyła telefon. Popatrzyła na zapisany numer. Zerknęła za okno śnieg sypał, wielkie płatki, podwórze było białe, czyste jak nowa kartka.

Nalała sobie herbaty, chwyciła pędzel i zaczęła malować. Zadzwoni później. Najpierw ten śnieg trzeba złapać.

***

Wieczorem po nią przyjechał Franciszek. Zapukał, wszedł, zobaczył nad sztalugą.

Gotowa?

Jeszcze pięć minut.

Usiadł na stołku przy ścianie i czekał, żadnego poganiania. Patrzył jak maluje. Czasem łapała jego spojrzenie spokojne, uważne. Tak patrzy się na to, co się kocha.

Po pięciu minutach odłożyła pędzle, zamknęła farby.

Już powiedziała.

Ładnie wyszło kiwnął na obraz.

Nie wiem. Śnieg ciężko malować. Wydaje się biały, a jest niebieski, szary, różowy, wszystko, tylko nie biały.

interesujące powiedział bardzo serio. Nie powiedziałbym nigdy.

Właśnie. A wydaje się, iż śnieg to po prostu biały. Patrzysz i nie widzisz.

Wyszli z pracowni. Na dworze mróz i cisza, śnieg już nie padał, powietrze tak czyste, iż aż chciało się oddychać na zapas.

Franciszku powiedziała w ciemności dzwoniła galeria w centrum. Chcą mnie na wystawę.

I co?

Myślę: iść czy nie.

A chcesz?

Chwila ciszy.

Chcę. Ale się boję.

Czego?

Że powiedzą, iż to nie to, nie tak. Że nie jestem prawdziwą malarką. Że to wszystko dziecięce.

Franciszek szedł obok, ręce w kieszeniach, patrzył przed siebie.

Grażyna powiedział. Wiesz, iż już nie ma czego się bać?

Jak to?

W sensie: już najstraszniejsze za tobą. Żyłaś gdzieś, gdzie codziennie słyszałaś, iż jesteś nikim. Dwadzieścia osiem lat. I wyszłaś tylko z reklamówką. To było straszne. Galeria? Najwyżej powiedzą nie. I co z tego?

Zatrzymała się.

Ty to potrafisz człowiekowi przetłumaczyć powiedziała. Gwoździami prosto.

Staram się.

Roześmiała się. On też się uśmiechnął, lekko, w światło latarni.

Chodź, zimno powiedział.

Ruszyli dalej. Śnieg skrzypiał pod butami. W kałużach cienki lód, w oddali światła domów.

Franciszku…

No?

Dziękuję.

Za co?

Za to, iż nigdy nie mówisz mi musisz i powinnaś.

Zamyślił się.

Dorosły sam wie, co musi odrzekł. Można mu tylko czasami przypomnieć. I tyle.

Podeszli do domu. Otworzył drzwi, wpuścił ją przodem. W sieni pachniało drewnem i trochę jabłkami trzymał je w piwniczce od jesieni.

Grażyna weszła do kuchni, zdjęła buty. Otworzyła zeszyt ze szkicami na stronie kuchnia, facet ze śrubokrętem, kobieta z kubkiem, okno, a za oknem sad.

Teraz tylko trzeba dorysować śnieg.

Chwyciła ołówek.

Idź do oryginalnego materiału