Pamiętam, iż kiedyś los wyciągnął mi rękę.
Miała się wydawać dobra rodzina: ojciec Jan, matka Maria, dom pełen ciepła. Już w szóstej klasie zaczęłam dostrzegać, iż coś w naszym domu pęka, iż wszystko kręci się w nieznane. Powodem była alkoholowa pułapka, najpierw wciągnął Jana, a potem i Marię. Pod koniec szkoły zrozumiałam, iż nie ma już drogi wyjścia z tego bagno i iż rodzice coraz głębiej toną w dno.
Gdy oboje wymierzali się nawzajem, ja, mała Ewa, stawałam się ofiarą ich gniewu.
Po co mi to wszystko? płakałam, chowając się za dużą szafą w kącie, skąd rodzice nie mogli mnie zobaczyć, a jedynie wyładowywali na mnie swoją złość.
Idź do sklepu po paragon! wściekle wołał Jan wieczorem, grożąc, iż uderzy, jeżeli nie pobiegnę w ciemnościach.
Zapytaj Weronikę, sąsiadkę, o pieniądze, nie wracaj z niczym! krzyczała Maria przy drzwiach.
Z wiekiem zaczęłam unikać domu, kiedy rodzice pili. W dziesiątej klasie nie bałam się już ciemności; szukałam schronienia w opuszczonym domu na skraju wsi, a o świcie wracałam do domu, chwytałam zeszyty i biegłam do szkoły.
Pewnego dnia postanowiłam:
Po ukończeniu szkoły zdobędę świadectwo i ucieknę z wioski, pojadę do miasta, może wstąpię na studia. Muszę tylko zbierać po groszach i złotówkach, odkładać małe sumy. tak zaczęłam potajemnie gromadzić pieniądze, choć nie było to łatwe.
Kiedy w końcu otrzymałam świadectwo z przeciętnymi ocenami, schowałam w plecaku mały portfel z oszczędnościami i wyruszyłam do powiatu, nie mówiąc rodzicom nic. Marzyłam o wykształceniu, o normalnym życiu, o rodzinie, a nie o przetrwaniu.
Miasto przywitało mnie chłodno. Znalazłam kolegium i chciałam złożyć dokumenty, ale powiedziano mi, iż jest wielu kandydatów i przy takich ocenach nie mam szans. A na płatne studia nie miałam pieniędzy. Zrozpaczona usiadłam na ławce przy przystanku i obserwowałam pośpiesznych przechodniów.
Każdy ma swój cel myślałam wszyscy biegną do swoich spraw, a ja nie wiem, dokąd iść. Nie mam prawie nic, ale nie mogę wrócić do domu, bo tam czeka mnie kolejny kieliszek wódki i kolejny upadek. Nie ma tu miejsca dla mnie.
Kiedy już zaczęło się ściemniać, podeszła do mnie starsza kobieta z torbą.
Dziewczynko, po co tak siedzisz? Widzę cię od sklepu, a potem znów tu. Coś się stało? zapytała.
Nie mam dokąd pójść. Przyleciałam z wsi, myślałam, iż wstąpię do kolegium, ale odrzucili mój wniosek, oceny słabe, a pieniędzy nie mam łzy spłynęły po mojej twarzy.
Nie masz nikogo? dopytała.
Nie. Nie chcę wracać do domu, bo tam tylko picie i obawa, iż sam się stłukę.
Nie płacz. Rozumiem cię, bo sama kiedyś musiałam opuścić dom. Idź ze mną, nie będziesz musiała spać na ulicy. Nazywam się Halina Kowalska, ale wszyscy mówią po prostu Kowalska.
Z wahaniem wstałam, nie wiedząc, co mnie czeka.
Nie bój się, kochana dodała ja też nie miałam domu. Moja córka Tadeuszka pracowała jako konduktorka, poznała jakiegoś przedsiębiorcę i poprosiła mnie o pieniądze na wspólny biznes. Sprzedałam mój dom w wsi, zostawiłam sobie trochę na czarny dzień, ale ten człowiek mnie oszukał, a córka zniknęła. Zostałam sprzątaczką na dworcu, a w hostelu dostałam łóżko. I od razu wyczułam, iż coś jest nie tak.
Dotarłyśmy do hostelu, małego pokoju, w którym mieszkała Kowalska. Byłam zmęczona, zjadłam bez apetytu, a ona rzekła:
Rano zaniosę cię do dyrektora knajp przy dworcu. Zawsze brakuje im obsługi, a ty jesteś młoda, zdrowa i piękna dodała ze śmiechem. Myślę, iż Antona przyjmie cię, a wtedy będziesz mogła dalej mieszkać w hostelu. Może los się do ciebie uśmiechnie, a spotkasz dobrego chłopaka.
Podziękowałam Kowalskiej i gwałtownie zasnęłam.
Nie znałam jeszcze żadnego mężczyzny, ale już przy pierwszym spojrzeniu zakochałam się w dyrektorskim Antonim. Był młody, uśmiechnięty, przystojny, zadawał pytania, a ja odpowiadałam. Stała się dla mnie jedyną ostoją.
Antoni przyjął mnie jako kelnerkę, przydzielił pokój w hostelu i codziennie przynosił małe prezenty szminkę, tusz, tanie perfumy. Pewnego wieczoru po pracy zaproponował podwóz:
Ewo, wsiądź do samochodu, podwożę cię, jesteś zmęczona.
Zarumieniłam się, czując, iż w końcu przychodzi mi szczęście.
W hostelu przychodził często Maciej, kierowca ciężarówki, który też pochodził ze wsi. Pewnego weekendu zatrzymał się przy drzwiach:
Cześć, mieszkasz tutaj? zapytał.
Tak, na drugim piętrze.
Ja też jestem tutaj, nazywam się Maciej. Pracuję w transporcie, ale wrócę do wsi, bo miasto nie jest dla mnie.
Rozmawialiśmy, on opowiadał o podróżach, o małych miasteczkach, a ja słuchałam, choć serce już należało do Antoniego. Z czasem przyjaźniliśmy się, a Maciej wiedział, iż w moim sercu jest inny.
Antoni w końcu wyznał:
Kocham cię, ale jestem żonaty. Nie będziesz musiała o nic nie martwić, a latem zabiorę cię nad morze.
Zanurzyłam się w tej obietnicy, zapominając o jego rodzinie. Po kilku miesiącach odkryłam, iż jestem w ciąży. Z euforią chcęłem podzielić się wiadomością z Antonim, ale on przyjął to zimno:
Powiedziałem ci, iż mam rodzinę i dwoje dzieci. Nie potrzebuję kolejnego dziecka. rzucił, wyrzucając paczkę pieniędzy na stół i grożąc, iż w trzy dni zostawi mnie samą.
Wtedy przypomniałam sobie słowa Kowalskiej: Wiele osób przyjeżdża do miasta w poszukiwaniu szczęścia, ale rzadko je znajdują.
Zebrałam rzeczy, wyrzuciłam klucz do skrzynki pocztowej i wróciłam do hostelu. Kowalska uspokoiła mnie herbatą:
Nie płacz, dziewczyno. Mężczyźni wiele obiecują, ale nie liczą się z twoim losem. Dziecko przyjdzie, a los wystawi ci rękę pomocy.
Po nocy w hostelu usłyszałam, jak pod drzwiami puka Maciej.
Ewo, wróciłeś? zapytał z uśmiechem.
Zostałem przyjęta z ciepłem, a Maciej przyniósł torby z jedzeniem i słodyczami. Rozmawialiśmy, a ja opowiedziałam mu o Antonim i jego zdradzie. On pocieszył mnie:
Nie martw się, kochanie. Zadbam o ciebie i dziecko. Zostaniemy razem, a niedługo wrócę do wsi, gdzie już czeka dom.
Czas mijał. Zamieszkaliśmy razem w jego rodzinnej wsi, odnowiliśmy dom, wybudowaliśmy drugi piętr. Nasza córeczka niedługo miała przyjść, a syn, już trzyletni, był szczęśliwy. Żyliśmy spokojnie, otoczeni przyjaciółmi i rodziną, i choć los kiedyś wystawił mnie na próbę, w końcu podał mi pomocną dłoń.
Tak wspominam tamte dni, gdy los najpierw ciągnął mnie w przepaść, a potem, po wielu cierpieniach, podsunął nową drogę, pełną miłości i spokoju.









