Letnie zasady
Gdy pociąg zatrzymał się przy małej, wiejskiej stacyjce, Helena Majewska już stała na samym brzegu peronu, kurczowo ściskając w ramionach płócienną torbę. W środku turlały się jabłka, słoik wiśniowego dżemu i plastikowe pudełko z pierogami. Niby to wszystko nie było dzieciom potrzebne przyjeżdżali najedzeni z miasta, z plecakami i torbami, ale ręce samoistnie rwały się, by coś przygotować.
Pociąg szarpnął, drzwi rozsunęły się, a z wagonu wyskoczyli naraz troje: wysoki, chudy Kuba, jego młodsza siostra Jagna i jeszcze jeden wielki plecak, wyglądający, jakby żył własnym życiem.
Babciu! Jagna dostrzegła ją pierwsza, pomachała tak, iż bransoletki zabrzęczały.
Helena poczuła, jak ciepło ściska jej gardło. Ostrożnie postawiła torbę na ziemi, by jej nie upuścić, i rozłożyła ręce.
Ojej, jacy wy… Chciała powiedzieć „urośliście”, ale w porę się ugryzła w język. I tak o tym wiedzieli.
Kuba podszedł wolniej, objął ją jedną ręką, druga przytrzymywał plecak.
Cześć, babciu.
Był już prawie o głowę wyższy od niej. Lekki zarost na brodzie, chude nadgarstki, z pod koszulki wystawały słuchawki. Helena łapała się na tym, iż szuka w nim tego chłopca, który dawniej biegał po działce w kaloszach, ale wzrok natrafiał na wyraźnie dorosłe szczegóły.
Dziadek czeka na was na dole powiedziała. Chodźcie, bo kotlety mi stygną.
Jeszcze tylko fotka Jagna już wyjęła telefon, cyknęła peronowi, wagonowi i babci. Na InstaStories.
Słowo „stories” przemknęło jej mimo uszu jak ptak. Zimą pytała już córki, co to znaczy, ale wyjaśnienie dawno wyleciało jej z głowy. Najważniejsze, iż wnuczka się uśmiecha.
Zeszli po betonowych schodach. Na dole, przy starym polonezie, czekał Kazimierz Majewski. Podszedł do nich, poklepał Kubę po plecach, objął Jagnę, skinął głową żonie. U niego wszystko było bardziej powściągliwe, ale Helena wiedziała, iż cieszy się wcale nie mniej.
No i co, wakacje? zapytał.
Wakacje przeciągnął Kuba, rzucając plecak do bagażnika.
W drodze do domu dzieci przycichły. Za oknem przesuwały się domki, sady, ogródki, gdzieniegdzie przemknęła koza. Jagna przewijała coś w telefonie, Kuba zaśmiał się, patrząc w ekran, a Helena złapała się na tym, iż przygląda się ich dłoniom, wiecznie zajętym czarnymi prostokącikami.
Nic nie szkodzi powiedziała sobie w myślach. Najważniejsze, żeby w domu było po naszemu. A potem jak chcą.
W domu przywitał ich zapach smażonych kotletów i świeżego koperku. Na werandzie stał stary drewniany stół nakryty ceratą w cytryny. Na kuchence skwierczała patelnia, a w piekarniku dopiekał się kapuśniak.
No, ale uczta powiedział Kuba, wyglądając do kuchni.
To nie uczta, tylko obiad odpowiedziała odruchowo Helena, zaraz jednak się poprawiając: No dobrze, wchodźcie, umyjcie ręce. Tam, przy umywalce.
Jagna już znów wyjęła telefon. Gdy Helena stawiała na stole sałatkę, chleb i kotlety, kątem oka widziała, jak wnuczka robi zdjęcia talerzom, oknu, a choćby kotce Misi, która nieśmiało wyglądała spod krzesła.
Przy stole nie trzymamy telefonów rzuciła niby to od niechcenia, gdy już wszyscy usiedli.
Kuba uniósł głowę.
A bo co?
Bo tak wtrącił Kazimierz. Po obiedzie będzie czas.
Jagna zawahała się przez moment, po czym odłożyła telefon ekranem do dołu obok talerza.
Ja tylko na zdjęcie…
Już zrobiłaś, łagodnie ucięła Helena. Teraz jemy, a potem będziesz wstawiać.
Słowo „wstawiać” brzmiało nieco niepewnie, ale uznała, iż wystarczy.
Kuba, nieco niezadowolony, odłożył swój telefon na krańcu stołu. Twarz miał taką, jakby właśnie kazali mu zdjąć hełm kosmonauty.
U nas tutaj zaczęła ostrożnie, rozlewając kompot obowiązuje rozkład. Obiad o pierwszej, kolacja o siódmej. Rano wstajemy najpóźniej o dziewiątej. Potem możecie sobie robić co chcecie.
Najpóźniej o dziewiątej… przeciągnął Kuba. A jak będę w nocy oglądał film?
W nocy się śpi uciął Kazimierz, nie podnosząc wzroku znad talerza.
Helena poczuła, jak między nimi zapadła cicha nitka napięcia. Pośpiesznie dodała:
To nie koszary, jasne. Ale jak będziecie spać do obiadu, cały dzień wam przepadnie. Mamy rzekę, las, rowery.
Chcę nad rzekę wtrąciła gwałtownie Jagna. I na rower. I z Misią zrobię sobie sesję zdjęciową w ogrodzie.
Słowo „sesja zdjęciowa” już nie brzmiało dziwnie.
Bardzo dobrze kiwnęła Helena głową. Ale najpierw trochę pomożecie. Trzeba odchwaścić ziemniaki, podlać truskawki. Nie jesteście tu na pańskim folwarku.
Ale babciu, przecież mamy wakacje zaczął Kuba, ale Kazimierz spojrzał na niego.
Wakacje, a nie wczasy w sanatorium.
Kuba westchnął, ale nie odpowiedział. Jagna pod stołem dotknęła jego trampka stopą i uśmiechnęła się pod nosem.
Po obiedzie dzieci rozeszły się do swoich pokojów, by rozpakować rzeczy. Helena weszła do nich po pół godzinie. Jagna już rozwiesiła swoje koszulki na oparciu krzesła, poustawiała kosmetyczkę i ładowarkę, na parapecie stały flakony. Kuba siedział na łóżku, oparty o ścianę, palcem przesuwał po ekranie telefonu.
Pościel już wam zmieniłam, powiedziała. Jak będzie coś nie tak, mówcie.
Spoko, babciu odparł Kuba, nie odrywając wzroku od telefonu.
To „spoko” zakłuło ją lekko, ale tylko przytaknęła.
Wieczorem zrobimy grilla powiedziała. A teraz, jak już odpoczniecie, wyjdziecie do ogrodu. Godzinkędwie popracujemy.
Mhm mruknął Kuba.
Wyszła, przymknęła drzwi i chwilę nasłuchiwała na korytarzu. Z pokoju dochodził cichy śmiech Jagny, rozmawiała z kimś przez wideo. Helena poczuła się nagle stara. Nie w plecach, tylko jakby życie tych dzieci płynęło na osobnej, niewidzialnej warstwie, do której ona już nie ma dostępu.
Trudno, mnęła w myślach. Nauczę się. Byle nie naciskać za mocno.
Wieczorem, gdy słońce już opadało, stali wszyscy razem w ogrodzie. Ziemia była ciepła, pod nogami szeleszczała trawa. Kazimierz tłumaczył, gdzie chwast, a gdzie marchewka.
To wyrywaj, a to zostaw, pokazywał Jagnie.
A jak pomylę? Jagna przykucnęła, skrzywiła się.
Nic się nie stanie, wtrąciła Helena. U nas nie kołchoz.
Kuba stał w oddali, oparty o motykę, spoglądał na dom. W oknie jego pokoju mrugał niebieskawy monitor.
Telefonu nie zgubisz? zapytał Kazimierz.
Zostawiłem w pokoju, odburknął Kuba.
To wyznanie ucieszyło Helenę mocniej, niż powinna.
Pierwsze dni upłynęły w równowadze. Rano Helena pukała do ich drzwi, marudzili, przewracali się, ale koło dziewiątej trzydzieści schodzili do kuchni. Śniadanie, trochę pomocy przy domu, potem każde w swoją stronę: Jagna robiła fotki Misi i truskawkom, wrzucała je gdzieś do sieci, Kuba czytał, słuchał muzyki, jeździł rowerem.
Reguły utrzymywały się na drobiazgach. Telefony leżały z boku podczas posiłków. W nocy w domu panowała cisza. Tylko raz, trzeciej nocy, Helena obudziła się od ledwo słyszalnego śmiechu za ścianą. Zerknęła na zegarek wpół do pierwszej.
Wytrzymać czy wstać? myślała, leżąc w ciemności.
Znów usłyszała śmiech i znajomy dźwięk wiadomości głosowej. Westchnęła, narzuciła szlafrok i cicho zapukała.
Kubuś, nie śpisz?
Śmiech natychmiast ucichł.
Już! padł szept.
Drzwi się uchyliły, oczy Kuby były czerwone, włosy sterczały, w dłoni trzymał telefon.
Czemu nie śpisz? zapytała spokojnie.
Oglądam film.
O tej godzinie?
Umówiłem się z chłopakami, iż oglądamy razem i komentujemy
Wyobraziła sobie, jak gdzieś w mieście podobni nastolatkowie siedzą po ciemku i piszą do siebie o tym samym filmie.
To słuchaj, powiedziała. Nie żałuję ci filmu. Ale jak w nocy nie śpisz, rano jesteś nie do życia. I nie wywlekę cię wtedy na grządkę. Umawiamy się tak: do północy okej. Po północy koniec.
Skrzywił się.
Ale oni
Oni są w mieście, a ty u nas. Mamy swoje zasady. I nie mówię przecież, żeby o dziewiątej zasypiać.
Pomyślał chwilę, podrapał się w głowę.
Dobra, zgodził się. Do dwunastej.
I drzwi zamykaj, żeby światło nie świeciło na korytarz. I ścisz dźwięk.
Wracając do łóżka zastanawiała się, czy nie jest za miękka. Może powinna była być bardziej stanowcza, jak kiedyś z własną córką. Ale coś w niej się sprzeciwiało. Czasy inne.
Zaczęli się ścierać o drobiazgi. Pewnego upalnego dnia Helena poprosiła Kubę, by pomógł Kazimierzowi przenieść deski do szopy.
Zaraz, rzucił choćby nie odrywając wzroku od ekranu.
Dziesięć minut później wciąż siedział na werandzie, a deski leżały nietknięte.
Kuba, dziadek już sam nosi powiedziała ze stalą w głosie.
Zaraz skończę i pójdę, odburknął.
Co ty tam wciągle piszesz? Jakby się świat bez ciebie zawalił.
Podniósł głowę.
To ważne, rzucił ostro. Gramy drużynowo w turnieju.
Jakim turnieju?
W grze. Jak teraz wyjdę, koledzy przegrają.
Chciała powiedzieć, iż są ważniejsze rzeczy niż gry, ale widząc napięte ramiona i zaciśnięte usta, zapytała tylko:
Ile to potrwa?
Dwadzieścia minut.
W porządku. Za dwadzieścia minut masz być na placu. Zgoda?
Kiwnął głową, wbił wzrok w telefon. Po dwudziestu minutach wyszła na werandę. Już zakładał trampki.
Idę, idę, rzucił, zanim zdołała coś powiedzieć.
Takie drobne kompromisy dawały nadzieję, iż panują nad sytuacją. Ale nie zawsze.
To było mniej więcej w połowie lipca. Od rana zbierali się na targ po rozsadę i zakupy. Kazimierz prosił wieczorem o pomoc przy torbach, samochód też nie powinien stać zbyt długo bez opieki.
Kubuś, jutro z dziadkiem pojedziecie powiedziała Helena przy kolacji. Ja z Jagną zostaniemy, będziemy kręcić dżem.
Nie mogę uciął od razu.
Dlaczego?
Umówiłem się z kolegami do miasta. Jakiś festiwal, koncerty, foodtrucki szukał wzrokiem wsparcia u Jagny, ale ta tylko wzruszyła ramionami. Przecież mówiłem.
Nie pamiętała tego. Może rzeczywiście wspominał, ale umknęło jej to. Wszystkiego było tak dużo ostatnio.
Do jakiego miasta? skrzywił się Kazimierz.
No naszego. Na pociąg, to rzut beretem od stacji.
„Rzut beretem” ewidentnie nie przekonał Kazimierza.
Znasz trasę?
Wszyscy jadą. Mam już szesnaście lat.
To „szesnaście” brzmiało jak tarcza przeciw wszelkim zakazom.
Umawialiśmy się z twoim ojcem, iż sam się nie wybierasz powiedział Kazimierz.
Nie sam, z kolegami.
Tym lepiej.
Helena poczuła narastające napięcie. Jagna skończyła ostatniego makaronu, cicho odsunęła talerz.
Może zrobimy inaczej wtrąciła ostrożnie. Wy pojedziecie dziś po zakupy, a jutro on pójdzie ze swoimi?
Targ tylko jutro uciął Kazimierz. Potrzebuję kogoś do pomocy.
Ja mogę niespodziewanie odezwała się Jagna.
Masz być z babcią odruchowo rzucił dziadek.
Poradzę sobie sama odparła Helena. Dżem poczeka. Jagna pojedzie z tobą.
Kazimierz spojrzał na nią. Dostrzegła w jego wzroku i zdziwienie, i wdzięczność, i coś jeszcze upornego.
A ten pan najbardziej wolny? wskazał na Kubę.
Ja przecież… zaczął.
Rozumiesz, iż to nie miasto? Tu nie tak prosto. My za ciebie odpowiadamy.
Zawsze ktoś za mnie odpowiada! Nie mogę choć raz sam decydować?!
Po tych słowach zapadła cisza. Helenie ścisnęło się serce. Chciała mu powiedzieć, iż go rozumie. Ale usłyszała własny, chłodny głos:
Dopóki jesteś u nas, żyjesz według naszych zasad.
Gwałtownie odsunął krzesło.
W porządku rzucił. Nigdzie nie pójdę.
Wyszedł, zatrzaskując drzwi. Po chwili z góry dobiegł głuchy odgłos może rzucił plecak, może usiadł na łóżku.
Wieczór minął w napięciu. Jagna próbowała żartować, wspomniała o jakiejś influencerce, ale śmiech nie kleił się nikomu. Kazimierz milczał, patrząc w talerz. Helena zmywała i myślała o tym, co powiedziała. Słowa o „naszych zasadach” brzmiały w niej jak brzęcząca łyżka o szklankę.
Tej nocy obudziła się od ciszy, która wydawała się nienaturalna. Na ogół dom żył: skrzypiały deski, czasem coś szeleściło pod podłogą, za oknem przejeżdżał samochód. Tym razem nic. Zerknęła pod drzwi do pokoju Kuby ciemno.
Może się wyśpi, pomyślała, przewracając się na bok.
Rano, schodząc do kuchni, zobaczyła, iż jest za piętnaście dziewiąta. Jagna już ziewała przy stole. Kazimierz czytał gazetę i pił herbatę.
A Kuba? spytała.
Śpi chyba odparła Jagna.
Helena weszła na górę, zapukała.
Kuba, wstawaj.
Odpowiedzi nie było. Otworzyła drzwi. Łóżko byle jak pościelone, jak zwykle, gdy się mu nie chciało. Ale Kuby nie było. Na krześle leżała bluza, na stole ładowarka. Telefon zniknął.
Coś w niej się zapadło.
Nie ma go powiedziała, schodząc.
Jak to nie ma? Kazimierz poderwał się.
Pokój pusty. Telefon zabrał.
Może na podwórku wtrąciła Jagna.
Obeszli cały dom. W szopie go nie było, w ogrodzie też nie. Rower stał w miejscu.
Pociąg o ósmej czterdzieści powiedział cicho Kazimierz.
Helenie zlodowaciały palce.
Może poszedł do dzieci z podwórka
Jakich? Tu nikogo nie zna.
Jagna wyjęła swój telefon.
Napiszę do niego.
Jej palce przebiegały po ekranie. Po chwili spojrzała na babcię.
Nic nie czyta. Jedna fajka.
Słowa „jedna fajka” kilka mówiły Helenie, ale z miny wnuczki wiedziała, iż to nie jest dobrze.
Co teraz? spytała Kazimierza.
Zastanawiał się chwilę.
Pojadę na dworzec, może ktoś go widział.
Może nie trzeba? Może tylko wyszeptała.
Wyszedł nie mówiąc słowa przerwał. To nie jest nic.
Szybko się ubrał, złapał kluczyki.
Zostań powiedział do Heleny. Może wróci. Jagna, jak coś napisze albo zadzwoni, informuj od razu.
Gdy auto wyjechało za bramę, Helena została na werandzie, ściskając szmatkę w rękach. Przez głowę przelatywały jej obrazy: Kuba stojący na peronie, Kuba wsiadający do pociągu, ktoś go popycha, gubi telefon, Odgoniła te myśli.
Spokojnie. Już nie jest mały. Nie jest głupi.
Minęła godzina, potem kolejna. Jagna co chwila sprawdzała telefon, przecząco kręciła głową.
Nic mówiła. choćby się nie pojawia.
Przed jedenastą wrócił Kazimierz. Twarz miał zmęczoną.
Nigdzie go nie widzieli. Byłem i przy dworcu
Nie dokończył. Helena wiedziała, iż i tam nic nie znaleźli.
Może jednak pojechał do miasta, powiedziała cicho. Na ten festiwal.
Bez pieniędzy, bez niczego? skrzywił się Kazimierz.
Ma kartę wtrąciła Jagna. W telefonie przecież.
Spojrzeli na siebie. Dla nich pieniądze to był portfel, dla dzieci coś w chmurze.
Może zadzwonić do ojca? zaproponowała Helena.
Dzwoń skinął głową Kazimierz. I tak się dowie.
Rozmowa była ciężka. Syn najpierw milczał, potem się zirytował, w końcu spytał, czemu nie dopilnowali. Helena czuła, jak z każdą minutą narasta w niej zmęczenie. Po telefonie usiadła i ukryła twarz w dłoniach.
Babciu odezwała się cicho Jagna przecież nie przepadł. Naprawdę. Tylko się obraził.
Obraził i po prostu sobie poszedł Jakbyśmy byli jego wrogami.
Dzień się ciągnął. Próbowali zająć się domem: Jagna pomagała robić dżem, Kazimierz grzebał w szopie, ale nic nie szło od serca. Telefon Jagny milczał.
Wieczorem, gdy słońce już muskało dachy, na werandzie coś zaszurało. Helena, która piła właśnie herbatę, aż podskoczyła. Skrzypnęła brama. W przejściu stanął Kuba.
Miał na sobie tę samą koszulkę, dżinsy przykurzone, plecak na ramieniu. Twarz zmęczona, ale cała.
Cześć rzucił cicho.
Helena wstała. Przez chwilę chciała rzucić się, przytulić go, ale coś ją powstrzymało. Zapytała tylko:
Gdzie byłeś?
W mieście spuścił wzrok. Na festiwalu.
Sam?
Z kolegami. Prawie sam. Z chłopakami z sąsiedniej wsi. Umówiliśmy się.
Kazimierz też wyszedł, wycierając ręce w szmatę.
Masz pojęcie, co my tu przeżyliśmy zaczął, ale głos mu się załamał.
Pisałem, rzucił Kuba. Straciłem zasięg. Potem rozładował mi się telefon. Ładowarki zapomniałem.
Jagna stała obok, ściskając telefon.
Pół dnia do ciebie piszę, cały czas jedna fajka.
Nie chciałem, popatrzył po nich. Po prostu… Myślałem, iż jak zapytam, nie pozwolicie. Już się umówiłem i…
Zaciął się.
Więc lepiej nie pytać, dokończył za niego Kazimierz.
Znów zapadło milczenie. Ale tym razem było w nim zmęczenie, nie gniew.
Najpierw zjedz, powiedziała Helena.
Posłusznie przeszedł do kuchni, siadł przy stole. Postawiła przed nim talerz z zupą, chleb, nalała kompotu. Jadł łapczywie, jakby nic przez cały dzień nie miał w ustach.
Tam wszystko drogie mruknął. Te wasze foodtrucki.
Słowo wasze zabrzmiało dziwnie, ale już nie komentowała.
Po posiłku wrócili na werandę. Słońce chowało się już za dachami, powietrze chłodniało.
Słuchaj odezwał się Kazimierz, siadając na ławce. Chcesz wolności, rozumiem. Ale my za ciebie odpowiadamy. Póki tu jesteś, nie możemy udawać, iż nam wszystko jedno, gdzie jesteś.
Kuba uparcie milczał.
Jak chcesz gdzieś wyjść dokończył Kazimierz mówisz nam dzień wcześniej. Siadamy, omawiamy, jak dojechać, wrócić, kto cię odbierze. Zgadzamy się? Jedziesz. Nie? To nie. Ale znikać tak po prostu nie możesz.
A jeżeli nie pozwolicie? padło z ust Kuby.
Wtedy się złościsz, ale zostajesz wtrąciła Helena. My też się złościmy, ale ciągniemy cię na zakupy.
Spojrzał na nią. W jego oczach była i uraza, i zmieszanie.
Nie chciałem, żebyście się martwili wyszeptał. Chciałem sam podjąć decyzję.
To dobrze umieć decydować odpowiedziała Helena. Ale odpowiadać to nie tylko wybór miejsca. To też odpowiedzialność za tych, którzy się o ciebie troszczą.
Zdziwiła się własnym słowom. Nie brzmiały jak morał, raczej jak oczywistość.
Kuba odetchnął ciężko.
Dobrze. Zrozumiałem.
Jeszcze jedno dodał Kazimierz. jeżeli padnie ci telefon, szukaj miejsca, gdzie podładować. Bar, dworzec, sklep. I pierwsze, co robisz, to piszesz do nas lub dzwonisz. choćby jeżeli będziemy wściekli.
Zgoda przytaknął Kuba.
Posiedzieli jeszcze chwilę w ciszy. Gdzieś za płotem zaszczekał pies. W ogrodzie zamiauczała leniwie Misia.
To jak tam festiwal? niespodziewanie spytała Jagna.
Było okej odpowiedział Kuba. Muzyka taka sobie, ale jedzenie spoko.
Pokażesz fotki?
Telefon padł.
No to super roześmiała się Jagna. Nie ma dowodów, nie ma contentu.
Uśmiechnął się półgębkiem.
Po tym dniu jakby coś się w domu przesunęło. Zasady wciąż były, ale stały się miększe, bardziej elastyczne. Wieczorem Helena i Kazimierz usiedli i spisali najważniejsze punkty: pobudka do dziesiątej, dwie godziny pomocy w domu, każda wycieczka zgłoszona wcześniej, telefony z dala od stołu. Przyczepili kartkę na lodówkę.
Jak w harcerstwie żartował Kuba.
Tylko obóz rodzinny uśmiechnęła się Helena.
Jagna zaproponowała swoje poprawki.
A wy do mnie nie dzwońcie co pięć minut, jak nad rzekę pójdę rzuciła. I nie wchodźcie bez pukania do pokoju.
Przecież nie wchodzimy Helena się zdziwiła.
Ale niech to będzie na papierze dorzucił Kuba. Dla równości.
Dopisali dwie linijki. Kazimierz pomarudził, ale podpisał.
Z czasem wspólne zajęcia przestały być obowiązkiem. Raz Jagna przyniosła z werandy starą planszówkę, prezent od rodziców.
Zagrajmy wieczorem zaproponowała.
W to grałem, jak byłem mały ożywił się Kuba.
Kazimierz protestował, iż ma coś do zrobienia w garażu, ale usiadł do stołu. Okazało się, iż najlepiej pamięta zasady. Śmiali się, kłócili, podrzucali sobie pionki. Telefony leżały obok, zapomniane.
Drugim wspólnym zajęciem stało się gotowanie. Pewnej soboty Helena już zmęczona ciągłym co na kolację? zaproponowała:
W sobotę gotujecie wy. Ja tylko podpowiem, gdzie co jest.
My? powtórzyli Kuba i Jagna.
Wy. Może być makaron z sosem, byle się dało zjeść.
Podeszli do zadania z zaskakującą powagą. Jagna znalazła w telefonie jakiś hipsterski przepis, Kuba kroił warzywa i się z nią spierał. W domu pachniało smażoną cebulą i przyprawami, na blacie sterta brudnych naczyń, ale atmosfera była lekka, wręcz świąteczna.
Byleście się nie obrazili, jak potem kolejka do łazienki mruknął Kazimierz, ale zjadł do ostatniego okruszka.
W ogrodzie też znaleźli kompromis. Zamiast zmuszać dzieci do codziennego plewienia, Helena zaproponowała, by dali im własne grządki.
Ten pasek Jagna, to twój. Pokazała na truskawki. Ten pasek Kubuś, to twoja marchewka. Co chcecie, to róbcie. Ale nie płaczcie potem, jak nie urośnie.
Eksperyment naukowy rzucił Kuba.
Kontrola i eksperyment potwierdziła Jagna.
Jagna niemal codziennie doglądała truskawek, fotografowała je, wrzucała do sieci z podpisem mój ogród. Kuba parę razy podlał marchew, a potem zapomniał. Pod koniec lata Jagna zebrała pełen koszyk, a Kuba smętną garść korzonków.
I co, wyciągnęliśmy wnioski? spytała Helena.
Tak odparł Kuba poważnie. Marchewka to nie moja bajka.
Roześmiali się beztrosko.
Pod koniec wakacji dom żył swoim stałym rytmem. Rano wspólne śniadanie, potem każdy za swoimi sprawami, wieczorem znów razem przy stole. Kuba czasem zasiadywał w telefonie do późna, ale o północy sam gasił światło i Helena, przechodząc korytarzem, słyszała tylko spokojny oddech. Jagna mogła wyjść z koleżanką z sąsiedztwa nad rzekę, ale zawsze pisała, gdzie jest i kiedy wraca.
Były jeszcze kłótnie. O muzykę, ilość soli w zupie, zmywanie naczyń. Ale to już nie były wojny pokoleń. Raczej zwykłe ścieranie się ludzi życiających pod jednym dachem.
Ostatniego wieczora przed wyjazdem Helena upiekła szarlotkę. W domu pachniało słodko, do środka wpadał wieczorny wiatr. Na stole leżały już spakowane plecaki.
Zróbmy zdjęcie powiedziała Jagna, gdy pokroiła ciasto.
Znów do tych… zaczął Kazimierz, ale urwał.
Tylko dla nas uściśliła Jagna. Nie musi nigdzie iść.
Wyszli do ogrodu. Słońce chyliło się za dachami, świecąc w czubki jabłoni. Jagna postawiła telefon na donicy, włączyła czas i podbiegła do nich.
Babcia w środku! rozporządziła. Dziadek z prawej, Kuba z lewej.
Ustawili się trochę niezręcznie, ramię w ramię. Helena poczuła, jak Kuba lekko dotyka jej łokcia. Kazimierz także przysunął się bliżej. Jagna objęła ich w pasie.
Uśmiech! zawołała.
Pstryk. I drugi raz.
Gotowe, Jagna podbiegła do telefonu i uśmiechnęła się. Super.
Pokaż poprosiła Helena.
Na ekraniku wyglądali nieco komicznie: ona w fartuchu, Kazimierz w starej koszuli, Kuba z rozczochranymi włosami, Jagna w kolorowej bluzce. Ale było w nich coś wspólnego, znajomego.
Mogę ją wydrukować? spytała Helena.
Jasne, potwierdziła Jagna. Wyślę ci.
Ale jak wydrukuję, skoro jest w telefonie? zmartwiła się Helena.
Ja ci pomogę przerwał Kuba. Wpadniesz do nas, razem zrobimy. Albo przywiozę jesienią.
Przytaknęła. W środku poczuła ciepło. Nie dlatego, iż nagle zaczęli się idealnie rozumieć. Pewnie jeszcze się nie raz pokłócą. Ale czuła, jak gdzieś między zasadami i wolnością powstała ścieżka, którą można już iść w obie strony.
Późnym wieczorem, gdy dzieci leżały już w łóżkach, Helena wyszła na werandę. Niebo było ciemne, nad dachami migotały gwiazdy. W domu panowała cisza. Usiadła na schodku, obejmując kolana.
Kazimierz dosiadł się.
Jutro wyjadą powiedział.
Wyjadą odpowiedziała.
Milczeli chwilę.
Widzisz odezwał się nic złego się nie stało.
Nic się nie stało potwierdziła. Może choćby się czegoś nauczyliśmy.
Kto od kogo? zaśmiał się.
Uśmiechnęła się także. W oknie pokoju Kuby panowała ciemność. W Jagninym też. Pewnie gdzieś przy łóżku, telefon leżał podłączony do ładowarki, zbierając siły na kolejny dzień.
Helena przeszła przez kuchnię, zatrzymała wzrok na kartce z zasadami na lodówce. Rogi były już nieco pozagiępane, a długopis, którym podpisywali, leżał obok. Przesunęła po nim palcem i pomyślała, iż przyszłego lata pewnie spiszą nowe zasady. Coś dopiszą, coś wykreślą. Najważniejsze pozostanie.
Zgasiła światło i poszła spać, czując, jak dom oddycha spokojnie, nosząc w sobie wspomnienia tego lata, a jednocześnie zostawiając miejsce na zupełnie nowy rozdział.
Bo czasem, by jakoś wspólnie żyć, trzeba nie tylko narzucać zasady, ale również nauczyć się ich od siebie wzajemnie.






![Studio 34. Finału WOŚP na błoniach PGE Narodowego prawie gotowe. Jurek Owsiak: „Razem można robić rzeczy niezwykłe” [ZDJĘCIA, FILM]](https://magazyninformacyjny.pl/wp-content/uploads/2026/01/Fot.-Maciej-Kasprzak-Wielkopolskamagazyn.pl-1-300x200.jpg)



