Dziennik, 12 października
Dorastałam bez ojca. adekwatnie, tata był, ale gdy miałam cztery lata, już Go zabrakło. Jan Bednarski, mój tata, służył w Państwowej Straży Pożarnej i zginął, pomagając ratować ludzi spod gruzów po trzęsieniu ziemi gdzieś na dalekim Wschodzie. Razem z nim zginęła jego ukochana suka Bajka, owczarek niemiecki, którą tata odchował od szczeniaka.
Moja mama, Zofia, po śmierci taty nie wyszła powtórnie za mąż. Poświęciła się wychowaniu mnie, swojej jedynej córki. W wieku czternastu lat zapisałam się do młodzieżowej sekcji kynologicznej przy klubie hodowców psów w Poznaniu. Mama przyjęła moją decyzję z cichą ulgą, choć widziałam w jej oczach niepokój bała się, iż moja przyszłość będzie równie niebezpieczna jak taty.
Gdy miałam szesnaście lat, przyprowadziłam do domu szczeniaka, owczarka niemieckiego. Przez długi czas nie mogłam zdecydować się na imię. Pewnego popołudnia, kiedy wróciłam ze szkoły, usłyszałam przez uchylone drzwi kuchni, jak mama mówi do rozbrykanego szczeniaka:
Oj, łobuzie mój, znów coś przeskrobałeś!
Uśmiechnęłam się pod nosem. Jako dziecko często słyszałam te słowa, gdy wracałam ze spaceru cała umorusana, wiecznie w czymś broiłam. Wpadłam więc do kuchni i zawołałam:
No to już! Będzie się nazywać Łobuz.
Mijały lata. Łobuz wyrósł na pięknego, silnego psa, posłusznego i mądrego. Byłam z niego bardzo dumna. Zbliżał się czas wojska. Złożyłam wniosek do WKU z prośbą o służbę razem z moim psem. W sekrecie przed mamą przygotowywałam Łobuza do egzaminów, które miały nas czekać. Po szkoleniu trafiliśmy na granicę polsko-białoruską. Na placówce od razu nazwano nas Łobuz i Bieda, bo tak się mówiło w naszym otoczeniu o duecie żołnierz-pies, idących na służbę.
Wszystko układało się spokojnie aż do pewnej tragicznej nocy podczas patrolu. Spotkanie z przemytnikami zakończyło się strzelaniną. Jeden żołnierz został ranny, drugi zginął. A ja po prostu zniknęłam. Łobuz także został postrzelony. Placówka przeszukała cały teren, rozpoczęły się poszukiwania, które trwały bezowocnie przez miesiąc.
Pewnego deszczowego dnia do mamy przyszedł oficer z WKU, przyprowadził ze sobą Łobuza. Mimo iż rana zagoiła się, pies utykał na przednią łapę. Mama łagodnie głaskała go po głowie, a Łobuz wtulił się w jej kolana, szukając ukojenia. Oficer coś mówił o nadziei, o cudach i dalszych poszukiwaniach, ale mama słuchała już tylko psa.
Oj, łobuzie mój, szepnęła łamiącym się głosem.
Od tego czasu ludzie spotykali nas prawie codziennie kobietę w średnim wieku i kulejącego psa wędrujących alejkami Parku Cytadela. Było w tej parze dziwne, niewypowiedziane zrozumienie i spokój, które przyciągały spojrzenia przechodniów. Mama często rozmawiała z Łobuzem. On natomiast zawsze słuchał i nie zmarnował ani jednej komendy.
Łobuzie, dzisiaj upieczemy bułeczki z kapustą i grzybami. Ciasto już rośnie, a jutro pójdziemy nad Wartę. Popływasz sobie, co ty na to?
Minął rok. Przyszli do nas znów z WKU. Przynieśli trochę zakupów i dużą torbę karmy dla psa. Uprzedzili, iż jeżeli w ciągu roku nie będzie wieści o mnie, uznają mnie za zmarłą. Mama wysłuchała wszystkiego spokojnie, podziękowała i z dziwnym uśmiechem zamknęła za nimi drzwi.
Nie przejmuj się, Łobuzie. Jestem pewna, iż żyję. powiedziała do psa.
Pewnego wieczoru w mieszkaniu zadzwonił dzwonek. Przed drzwiami stanął nieznajomy chłopak, a Łobuz zamiast szczekać, o mało nie urwał ogona z radości.
Dobry wieczór, pani Zofio. Jestem Julian Pawłowski, służyłem z pani córką, to znaczy, z Biedą znaczy się, z Alicją wyjaśnił zmieszany chłopak. Hej, Łobuzie, pamiętasz mnie, łobuzie jeden? zaśmiał się, patrząc na psa.
Siedzieli przy herbacie do późna. Julian opowiadał o służbie, mama pokazywała moje dziecięce zdjęcia, wspominając zabawne historie. W pewnej chwili Julian poważnie spoważniał, przygarbił się nieco i ściszonym głosem powiedział:
Tylko proszę nie uznać mnie za wariata Alicja kazała przekazać, iż wróci. Sama prosiła, żebym tu przyszedł.
Mama wybuchnęła płaczem. Łobuz smagnął nosem Juliana w kolano, szczeknął cichutko.
Proszę się nie martwić. Nie widziałem jej, nie wiem, gdzie jest, ale śniła mi się dwa tygodnie temu. Poprosiła, bym dał pani znać.
Mama nie wstydziła się łez, a Łobuz lizał jej dłoń, jakby sam chciał dodać otuchy.
Minął kolejny rok. Znów spotykano parkową parę kobietę i psa, którzy zdawali się żyć tylko dla siebie, nie zauważać reszty świata. Przyszła jesień. Słońce przeciskało się przez złotą koronę drzew, zalewając ludzi światłem, które mrużyło oczy.
Doszły do końca alejki, zawróciły. Z przeciwnej strony nadchodził wysoki mężczyzna, lekko utykający, otulony mgłą październikowego słońca. Łobuz wyczuł go pierwszy, zatrzymał się, zaczął piszczeć, ruszył szybciej. Mama poluzowała smycz, a pies, zapominając o kontuzji, pobiegł w stronę kogoś, na kogo tak długo czekał.
Zatrzymałam się. Ręce bezwładnie zwisły mi przy bokach, łzy spływały po policzkach, a tam daleko, w słońcu mój Łobuz i ja w końcu się odnaleźliśmy.














