W Wałbrzychu, na Dolnym Śląsku, każdy znał doktora Mariana Przybylskiego, choćby ci, którzy nigdy nie przekroczyli progu jego przychodni na ulicy Słowackiego. Nazywano go „lekarzem dla biednych" – przezwiskiem, którego nienawidził, ale którego nigdy nie zdołał się otrząsnąć.
Tego styczniowego ranka pani Halina Wyrwicz wyszła z przychodni, zapinając płaszcz przed wiatrem gnającym ulicą Słowackiego. W klatce piersiowej miała ten świst, który niepokoił ją od trzech tygodni, a w kieszeni – teraz – złożony na czworo pięćdziesięciozłotowy banknot, którego sama tam nie wkładała. Zatrzymała się w pół kroku na chodniku, zacisnęła rękę na materiale i odwróciła się w stronę drzwi przychodni. Przybylski już wrócił do swojej kozy, tej, co źle ciągnęła w dni z wielkim wiatrem, jakby nic się nie stało.
— Doktorze! Doktorze, pomylił się pan, mam w kieszeni jakiś banknot…
Ale drzwi już się zamknęły. Pani Wyrwicz postała chwilę na miejscu, po czym przeszła przez ulicę do apteki pani Kowalczyk, która zobaczyła, jak klientka obmacuje kieszeń z wytrzeszczonymi oczami, jeszcze zanim ta zdążyła zapytać o lekarstwa.
— Znowu ktoś, mruknęła pani Kowalczyk z uśmiechem do koleżanki za ladą.
Przychodnia Przybylskiego zajmowała dwa pomieszczenia nad dawnym sklepem pasmanteryjnym, z poczekalnią umeblowaną krzesłami z odzysku, każde inne. Wizyta kosztowała trzydzieści złotych. Często mniej. Czasem nic, kiedy po twarzy pacjenta widział, iż portfel jest pusty na długo przed końcem miesiąca. Przybylski wiedział coś, o czym wielu lekarzy woli nie myśleć: recepta nikogo nie wyleczy, jeżeli trafi na dno szuflady, bo nie ma pieniędzy na leki. Przyjął więc ten zwyczaj – przy każdym uścisku ręki w drzwiach wsuwał pięćdziesiąt, czasem sto złotych, bez słowa, bez spojrzenia, które zmieniłoby gest w jałmużnę.
Historia mogłaby zostać lokalna, znana tylko stałym pacjentom z osiedla Podzamcze, gdyby nie pewne zdarzenie, które obiegło miasto z ust do ust, a potem trafiło na regionalne media społecznościowe. Przedsiębiorca z Wrocławia, Krzysztof Dębski, zbił fortunę na imporcie maszyn do uprawy ziemi. Jako dziecko był leczony bezpłatnie przez Przybylskiego tej zimy, gdy jego ojciec stracił pracę w pobliskiej fabryce porcelany. Lata później, będąc w Wałbrzychu w sprawach biznesowych, wpadł do przychodni z czystej ciekawości, niemal dla zabawy. Zastał tę samą kozę, co źle ciągnęła, ten sam zapach drewna i spirytusu, postarzałego, ale rozpoznawalnego lekarza za biurkiem zawalonym kartotekami.
— Pewnie pan mnie nie pamięta, powiedział Dębski.
— Owszem, odpowiedział Przybylski, nie podnosząc wzroku od zamykanej teczki. Mały Dębski. Kaszlał pan jak suchotnik i bał się zastrzyków.
Dębski wybuchnął śmiechem, został godzinę, rozmawiając o starym osiedlu, i wyszedł, nie mówiąc nic o swoich zamiarach. Tydzień później do przychodni przyszła przesyłka: pięćdziesiąt tysięcy złotych w gotówce i kluczyki do nowej Skody Octavii, zaparkowanej przed kamienicą, z silnikiem jeszcze ciepłym po odbiorze z salonu.
W barze na Rynku zastanawiano się, co doktor zrobi z takimi pieniędzmi. Wycieczkę statkiem? Remont mieszkania bez żadnych wygód? Niektórzy już go widzieli za kierownicą octavii, trąbiącego pod apteką pani Kowalczyk.
Minęło sześć miesięcy. Dębski, przejeżdżając przez Wałbrzych z dostawą, zaparkował na Rynku i szukał wzrokiem skody przed kamienicą. Nic. Wszedł po schodach, otworzył drzwi przychodni – i zastał Przybylskiego, który właśnie odstawiał rower pod ścianę korytarza, łańcuch jeszcze lśniący od świeżego smaru, zardzewiały dzwonek stukający o kierownicę.
— To… to ten sam rower co dawniej, powiedział Dębski, teczka z nagła zrobiła się ciężka na jego ramieniu.
— Ten sam, tak. Piętnaście lat w tym roku.
— A samochód? Pieniądze?
Przybylski wytarł ręce w ścierkę wiszącą koło drzwi, zanim odpowiedział.
— Samochód sprzedałem w komisie na Piaskowej Górze. Za to, co dostałem, kupiłem porządny aparat do mierzenia ciśnienia i defibrylator z drugiej ręki – mój psuł się na zmianę. A co do pieniędzy, była pani Zalewska, która nie miała czym płacić za ogrzewanie z trójką dzieci na karku, był pan Krawczyk, który czekał na operację zaćmy osiem miesięcy, bo nie mógł dopłacić swojej części, i mały terminator od rzeźnika, wyrzucony z kawalerki z dnia na dzień.
Dębski stał chwilę bez słowa, z teczką zwisającą u ramienia, patrząc na rower oparty o ścianę. Potem odwrócił się do wyjścia – nie powiedział już nic więcej. Zszedł po schodach, wsiadł do swojej dostawczej furgonetki i odjechał do Wrocławia, bez słowa wyrzutu czy pochwały.
Nie był to pierwszy raz, kiedy Przybylski w ten sposób przekierowywał gest wdzięczności. Kiedy proponowano mu większe darowizny – a zdarzało się to, zwłaszcza od byłych pacjentów, którzy stali się notariuszami albo przedsiębiorcami we Wrocławiu czy w Jeleniej Górze – prosił niemal zawsze, by pieniądze przekazano bezpośrednio zainteresowanym rodzinom, nigdy przez jego ręce. Prowadził mały, poplamiony kawą zeszyt w spirali, w którym ołówkiem zapisywał nazwiska osób do pomocy i rozdane kwoty. Zeszyt, do którego nikt, oprócz jego rejestratorki, pani Ansel, nie miał wstępu.
Przez ponad trzydzieści lat ludzie, którzy nigdzie indziej nie mieliby za co zapłacić za wizytę, przekraczali drzwi tej przychodni z obłażącymi zielonymi okiennicami. Jednego dnia pacjentka długo zwlekała, zanim otworzyła przed nim portmonetkę, licząc i przeliczając monety na rogu biurka, by wiedzieć, czy wystarczy jej jeszcze na obiady w szkolnej stołówce dla dzieci w tym miesiącu. Przybylski zamknął portmonetkę bez słowa, odsunął monety w jej stronę i zapisał coś w zeszycie.
Doktor Przybylski umarł w lutym 2019 roku, pewnego zimowego ranka, w niewielkim mieszkaniu nad przychodnią – tym samym od zawsze, ogrzewanym drewnem, bez żadnych luksusów. Nie zostawił po sobie ani znacznego majątku, ani skomplikowanego testamentu.
W barze na Rynku do dziś wspomina się, iż powtarzał młodym stażystom, przychodzącym na pierwsze dyżury przy jego boku, jedną zdanie:
— Bądź najpierw dobrym człowiekiem. Dobry lekarz przyjdzie sam.
Dwa lata po jego śmierci, przy opróżnianiu przychodni dla młodego lekarza rodzinnego, który chciał się osiedlić w Wałbrzychu, pani Ansel znalazła ów zeszyt w zamkniętej na kluczyk szufladzie. Na ostatniej stronie lista siedmiu nazwisk rodzin nigdy nie została przekreślona – pomoc zaplanowana, nigdy przekazana, której doktor nie zdążył rozdać przed zimą, która go zabrała. Pani Ansel przepisała siedem adresów do nowego notesu, włożyła płaszcz i poszła, jeden po drugim, zapukać do tych drzwi, z kopertą w ręku, aż lista nie została całkiem puste.









