Ławka dla dwojga Śnieg już zniknął, ale ziemia w miejskim skwerze wciąż była ciemna i wilgotna, a na alejkach zalegały cienkie paski piasku. Nadzieja Szymonowna szła powoli, podpierając się na torbie z zakupami i patrzyła pod nogi. Miała już w zwyczaju zapamiętywać każdą dziurę, każdy kamyk. Nie z ostrożności, a raczej z obawy, która wprowadziła się do jej klatki piersiowej po złamaniu ręki trzy lata temu i wcale nie chciała odejść. Mieszkała sama w dwupokojowym mieszkaniu na parterze bloku, gdzie kiedyś roiło się od głosów, zapachów jedzenia i trzaskania drzwiami. Teraz było tu cicho. Telewizor brzęczał w tle, ale często łapała się na tym, iż tylko wpatruje się w przesuwający pasek informacji, nie słuchając. Syn dzwonił do niej co niedzielę przez wideo – szybko, w biegu, ale jednak dzwonił. Wnuk mignął na ekranie, pomachał jej ręką, pokazał jakieś zabawki. Cieszyła się, ale po zakończeniu rozmowy czuła zawsze, jak pokój znów wypełnia się nieruchomym powietrzem. Trzymała się swojego rytmu. Rano – gimnastyka, leki, owsianka. Potem krótki spacer do skweru i z powrotem, żeby „rozruszać krew”, jak mówiła jej lekarka rodzinna. W dzień – gotowanie, wiadomości, czasem krzyżówka. Wieczorem – serial i szydełkowanie. W tym rozkładzie nie było nic niezwykłego, ale – jak mawiała sąsiadce z klatki – trzymało ją to w formie. Dziś wiatr był przenikliwy, ale suchy. Nadzieja Szymonowna doszła do swojej ławki przy placu zabaw i ostrożnie usiadła na rogu. Torbę postawiła obok, sprawdziła, czy suwak zamknięty. W pobliżu bawiło się dwoje maluchów w kolorowych kombinezonach, ich mamy rozmawiały, nie zwracając uwagi na przechodniów. Posiedzi chwilkę i pójdzie do domu – tak postanowiła. Od drugiej strony skweru wolno szedł Stefan Piotrowicz. On też miał swój system liczenia kroków. Do kiosku z gazetami – siedemdziesiąt trzy. Do przychodni – sto dwadzieścia. Do tej ławki – dziewięćdziesiąt pięć. Liczenie było łatwiejsze niż myślenie o tym, iż nikt na niego nie czeka w domu. Kiedyś pracował jako ślusarz w fabryce, jeździł na delegacje, kłócił się z majstrami, śmiał się z kumplami podczas przerwy. Fabrykę już dawno zamknęli, kolegów widywał coraz rzadziej. Jedni wyjechali do dzieci, innych już nie było. Syn mieszkał w innym mieście, przyjeżdżał raz w roku, na trzy dni, wiecznie gdzieś pędził. Córka mieszkała w sąsiedniej dzielnicy, ale miała własne życie, dwoje dzieci, kredyt. Nie miał pretensji – powtarzał sobie. Ale czasem, wieczorami, kiedy za oknem było ciemno, a grzejniki syczały, łapał się na tym, iż nasłuchuje, czy nie skrzypnie zamek w drzwiach. Dziś wyszedł po chleb i przy okazji chciał wstąpić do apteki. Kupi na wszelki wypadek kolejne opakowanie tabletek na ciśnienie. Lekarka mówiła, iż lepiej nie dopuszczać do ataku. Szedł, trzymając w kieszeni kartkę zapisaną dużymi literami. Palce lekko mu drżały, kiedy ją wyjmował, żeby sprawdzić, czy czegoś nie zapomniał. Podchodząc do przystanku, zobaczył, iż autobus właśnie odjechał. Ludzie już się rozchodzili. Na ławce siedziała kobieta w jasnoszarym płaszczu i niebieskiej, robionej na drutach czapce. Obok leżała jej torba. Patrzyła nie na drogę, a w stronę skweru. Zastanawiał się chwilę. Stać mu było niewygodnie, bolały plecy. Ławka była w połowie wolna, ale zawsze krępował się siadać przy nieznanych kobietach. Co sobie pomyślą. Ale wiatr przeszywał do kości, więc jednak podszedł. – Przepraszam, można się przysiąść? – spytał, lekko się pochylając. Kobieta odwróciła głowę. Miała jasne oczy z drobnymi zmarszczkami w kącikach. – Oczywiście, niech pan siada – powiedziała, przesuwając lekko torbę. Usiadł, oparł się ostrożnie dłońmi o brzeg ławki. Pomilczeli chwilę. Przejechał samochód, zostawiając woń spalin. – Te autobusy teraz jak chcą jeżdżą – odezwał się, łamiąc ciszę. – Wystarczy się odwrócić – już nie ma. – Może pan to powiedzieć głośno – przytaknęła. – Wczoraj czekałam pół godziny. Dobrze, iż nie padało. Przyjrzał się jej uważniej. Twarz nie wydała się znajoma, ale ostatnio w okolicy pełno nowych ludzi, bloki ciągle dobudowują. – Pani tu mieszka w pobliżu? – zapytał ostrożnie. – Tam, przez ulicę – wskazała pięciopiętrowy blok za sklepem. – Pierwsza klatka. A pan? – Za skwerem, w wieżowcu – odpowiedział. – Też niedaleko. Znów zamilkli. Nadzieja Szymonowna pomyślała, iż rozmowa na przystanku to rzecz normalna: wymienią kilka słów, pojadą i zapomną. Ale mężczyzna wyglądał na zmęczonego i jakby zagubionego, choć starał się trzymać wyprostowaną postawę. – Do przychodni? – spytała, spoglądając na torbę z aptecznym logo. – Tak, po lekarstwo – podniósł siatkę. – Ciśnienie wariuje. A pani? – Do sklepu – odpowiedziała. – Drobiazgi. No i wyjść trzeba, bo inaczej człowiek zasiedzi się w domu. Wypowiadając te słowa, poczuła nagle ukłucie w piersi. „Dom” zabrzmiało zbyt pusto. Autobus pojawił się zza zakrętu. Ludzie poruszyli się, ustawili bliżej krawędzi chodnika. Mężczyzna wstał, chwilę się wahał. – Ja w ogóle jestem Stefan – powiedział, jakby podjęcie decyzji kosztowało sporo nerwów. – Piotrowicz. – Nadzieja Szymonowna – odpowiedziała, wstając. – Miło poznać. Wsiedli do autobusu i tłum ludzi rozdzielił ich w różnych kierunkach. Przy drzwiach było ciasno, Nadzieja Szymonowna złapała się poręczy i czuła, jak autobus szarpie na wybojach. Przez moment złapała wzrok Stefana Piotrowicza ponad głowami pasażerów. Skinął jej lekko głową, odwzajemniła gest. Kilka dni później spotkali się znowu — już w skwerze. Nadzieja Szymonowna siedziała na swojej ławce, gdy zauważyła znajomą sylwetkę. Stefan Piotrowicz szedł, opierając się na lasce. Kiedyś jej nie miał, ale widocznie wolał uważać. – O, sąsiadka z przystanku – uśmiechnął się, podchodząc. – Mogę się przysiąść? – Pewnie – powiedziała, choćby trochę zadowolona. Usiadł obok, laskę położył między sobą a brzegiem ławki. – Tutaj jest dobrze – rozejrzał się. – Drzewa, dzieci biegają. W domu tylko ściany ciążą. – A pan sam mieszka? – zapytała, czując, iż to odpowiedni moment. – Sam – przytaknął. – Żona zmarła siedem lat temu. Dzieci w swoich kątach. A pani? – Też sama – odpowiedziała. – Mąż dawno nie żyje. Syn z rodziną w innym mieście. Dzwonią, ale… Wzruszyła ramionami. On skinął ze zrozumieniem. – Telefony dobre są – powiedział. – Ale jak się wieczorem kładzie spać, telefon milczy. Proste słowa, a jakoś ją rozgrzały. Pogadali jeszcze o pogodzie, cenach i zmianach lekarza w przychodni. Rozeszli się, ale następnego dnia oboje jakoś tak ustawili sobie dzień, by znów się spotkać. Tak zaczęły się ich regularne spotkania. Najpierw na przystanku i w skwerze, potem pod sklepem czy przy wejściu do przychodni. Nadzieja Szymonowna złapała się na tym, iż dostosowuje swoje sprawy do czasu, kiedy można spotkać Stefana Piotrowicza. Nie chciała się przed sobą do tego przyznać: po prostu raz szybciej robiła owsiankę, innym razem zwlekała z wyjściem. Chodzili razem do przychodni, rozmawiali o badaniach, narzekali na kolejki elektroniczne, które Nadzieja Szymonowna wciąż miała za nic. – To trzeba przez Internet – tłumaczyła dziewczyna na rejestracji. – Zarejestrować się przez gov.pl. – Jaki Internet – mruczała Nadzieja Szymonowna. – Mam telefon na guziki i ledwo działa. Stefan Piotrowicz tylko kiwał głową. – Pomogę pani – zaproponował kiedyś. – Syn dał mi stary tablet. Tam można się zapisać. Razem skumamy. Początkowo się wzbraniała, potem zgodziła. Siedzieli na ławce przy przychodni, on mrużył oczy, szukał palcem odpowiedniej strony. Czasem trafiał nie tam i klnął pod nosem. Nadzieja Szymonowna śmiała się, jej śmiech brzmiał lekko, bez skrępowania. – Widzicie? – ucieszył się wreszcie. – Można wybrać lekarza i termin. Tylko hasło trzeba zapamiętać. – Zapiszę w zeszycie – zapewniła. Innym razem ona pomagała mu z rachunkami za media. Stefan Piotrowicz przynosił stertę papierów, układał na stole i wzdychał. – Kiedyś do kasy się szło, płaciło, koniec – narzekał. – Teraz kody, paski, automaty. Głowa boli. – Spokojnie, po kolei – mówiła. – To za prąd, to za wodę. Tylko nie pomieszaj. Siedzieli u niej w kuchni, pili herbatę. Ona przynosiła domową porzeczkową konfiturę, on bułki. Przez okno widać było dzieci na rowerach. Nadzieja Szymonowna myślała, iż miło słuchać, jak Stefan Piotrowicz układa papiery, pyta o radę, czasem się sprzecza. – Nie musisz za mnie płacić! – oburzył się raz, gdy zaproponowała, żeby przelać pieniądze przez automat, bo jemu nie szło. – Przecież to nie za ciebie, tylko ci pomagam – odparła. – Co się gapisz jak dziecko. Skrępowany, ale uległ. W środku odezwała się dziwna mieszanina wdzięczności i niezręczności – nie lubił być nikomu winny. Bywało, iż się pokłócili. Nie głośno, ale z przykrością. Wracając kiedyś ze sklepu, rozmawiali o dzieciach. – Syn mi mówi: „Tato, sprzedaj mieszkanie, przyjedź do nas. Po co masz sam siedzieć?” Ale co ja? Mam u nich na kanapie spać? U nich i tak ciasno. Tutaj mam swoje. – Mój też powtarza: „Mamo, przeprowadzaj się, pokój damy.” Dom mają duży. Ale zwlekam. Tutaj jest grób męża, koleżanki. Choć czasem sobie myślę – może powinnam… – Co pani mówi. Tam pani niepotrzebna. Oni mają swoje życie. Z pracy przychodzą, dzieci, zadania… Pani będzie siedziała w kącie. Widziałem już takie historie. – A tutaj komu potrzebna jestem? – spokojnie zapytała. Zamilkł, zabolało go to „tutaj”. Poczuł irytację. – No, przepraszam – mruknął. – Myślałem, iż już… Nie dokończył. Słowo „przyjaciele” ugrzęzło w gardle. – Nie o pana chodzi – powiedziała łagodnie, zauważając, iż się spiął. – Tak ogólnie. Myślę czasem, iż jakbym wyjechała – tu wszystko by się zerwało. Strach. Pokiwał głową. Resztę drogi przeszli w milczeniu. Pod klatką pożegnał się oschle, wieczorem długo nie mógł zasnąć. Męczyło go, iż sam wszystko zepsuł. Kilka dni się nie widzieli. Pogoda się popsuła, spadł mokry śnieg. Nadzieja Szymonowna wychodziła mimo to na krótkie spacery, ale Stefana Piotrowicza nie spotykała. Próbowała się nie zamartwiać, tłumaczyła, iż mógł mieć własne sprawy, może zasłabł. Jednak niepokój tkwił w niej. Czwartego dnia, wracając ze sklepu, znalazła w skrzynce karteczkę: „Dla Nadziei Szymonowny. Jestem w szpitalu. Stefan P.” Bez adresu, numeru sali. Tylko tyle. Ręce jej zadrżały. Weszła do mieszkania, postawiła torbę na stołku, usiadła i patrzyła w kartkę. Myśli kotłowały się w głowie. Co się stało? Zawał? Udar? Kto pomógł? Czemu nie zadzwonił? Przypomniała sobie, iż wspominał kiedyś oddział kardiologiczny w szpitalu rejonowym. Znalazła numer do rejestracji, który miała zapisany. Długo czekała, aż w końcu podali numer sali i pozwolili odwiedzać w wyznaczonych godzinach. Nie lubiła szpitali, zapach lekarstw i chloru wywoływał dreszcze. Ale następnego dnia, ledwo wybiła godzina odwiedzin, była już pod drzwiami oddziału. Kupiła po drodze jabłka i ciasteczka. Zastanawiała się, czy czegoś nie przesadziła – a jeżeli lekarz mu nie pozwoli na słodycze? Sala była na trzy osoby. Przy oknie leżał starszy mężczyzna, przy drzwiach młody człowiek z ręką na temblaku. Stefan Piotrowicz był pośrodku. Leżał z gazetą, podkładając pod plecy poduszkę. Gdy ją zobaczył, najpierw się zdziwił, potem na twarzy pojawiła się ulga. – Nadziejo Szymonowno – odłożył gazetę. – Jak pani mnie znalazła? – Po nitce do kłębka – postawiła siatkę na stoliku. – Co się stało? – Serce – westchnął. – W nocy. Pogotowie zabrało. Trochę poleżę. Spojrzała na niego uważnie. Twarz bladziejsza, pod oczami cienie. Ale w oczach znany ognik. – Dzieci wiedzą? – zapytała. – Córka była. Przyniosła zupę. Synowi nie mówiłem jeszcze. Nie chcę go martwić. Mówił spokojnie, ale w tonie wyczuwała napięcie. Po chwili dodał: – Córka, przy okazji, pytała o panią. Kto, mówi, ta kobieta, co zostawiła notkę? Powiedziałem, iż sąsiadka pomaga mi załatwić różne sprawy. Nadzieja Szymonowna poczuła ukłucie. „Sąsiadka, co pomaga z papierami” – brzmiało obco, oschle. Usiadła na krześle. – W sumie sąsiadka – powiedziała, starając się brzmieć neutralnie. – Pomagam. Popatrzył na nią i nagle uświadomił sobie, jak głupio zabrzmiały jego słowa. Zrobiło mu się wstyd. – Nie tak miałem na myśli – gwałtownie dodał. – Córka jakoś tak podejrzliwie pytała… Jak powiem, iż przyjaciółka, od razu: „Tatuś, nie masz już osiemnastu lat!” Myślą, iż już z nami coś nie tak. – W końcu nie mamy osiemnastu – uśmiechnęła się. – Ale nie przestajemy być ludźmi. Kiwał głową. Zapadła cisza. Sąsiad z okna przewrócił się na bok, udając, iż śpi. – Wie pani, w nocy tu leżałem i pomyślałem… najbardziej boję się nie śmierci. Boję się, iż mnie zabiorą, a nikt nie będzie wiedział. Leżysz, patrzysz w sufit i choćby nie ma do kogo zadzwonić. Dzieci daleko, mają swoje życie. A wtedy pomyślałem o pani. I zrobiło się spokojniej – chociaż ktoś się dowie, gdzie jestem. Poczuła ścisk w gardle. Spojrzała na parapet, gdzie stał zwiędły kwiatek w kubku. – Ja też się boję – mówiła cicho. – Ale cały czas udaję, iż nie. Przed synem, przed sąsiadkami. Ale kiedy wieczorem siedzę sama, zaczynam liczyć, ile jeszcze mam tabletek. Śmieszne? – Nie śmieszne – odpowiedział. – Ja też liczę. Popatrzyli na siebie i równocześnie uśmiechnęli się. Przez ten uśmiech przeszło zrozumienie. W tej chwili do sali weszła dorosła kobieta z torbą. Przypominała Stefana Piotrowicza – te same oczy, ta sama linia brody. – Tato – postawiła torbę przy łóżku. – Przyniosłam ci zupę. A to kto? Spojrzała na Nadzieję Szymonowną, oceniająco, choć nie niegrzecznie. – To Nadzieja Szymonowna – spokojnie odpowiedział Stefan Piotrowicz. – Moja… dobra znajoma. Załatwiamy razem sprawy, pomaga mi z zapisami, rachunkami. – Dzień dobry – kobieta uprzejmie. – Dziękuję, iż pani pomaga. Tata uparciuch, wszystko sam. – Dzień dobry – odpowiedziała Nadzieja Szymonowna. – Czasem sobie razem spacerujemy. Kobieta kiwnęła głową, ale w jej oczach była lekka niepewność. Zaczęła wyjmować jedzenie, poprawiać kołdrę, wypytywać ojca. Nadzieja Szymonowna poczuła się zbędna i pożegnała się. – Jeszcze zajrzę – powiedziała przy drzwiach. – Proszę przychodzić, jeżeli nie kłopot – odparł. – Żaden – odpowiedziała i wyszła. W domu długo rozmyślała o tym, co usłyszała. „Dobra znajoma” – skromne, może tak trzeba. W ich wieku wielkie słowa wydają się nie na miejscu. Najważniejsze, iż o niej pomyślał, gdy zrobiło się strasznie. Stefan Piotrowicz leżał w szpitalu dwa tygodnie. Nadzieja Szymonowna odwiedzała go co drugi dzień, przynosiła owoce, czyste skarpetki, świeże gazety. Czasem tylko milczeli razem, słuchając stukotu wózków w korytarzu. Czasem wspominali młodość – o fabryce, szkole, ogródkach, których już nie ma. Córka Stefana Piotrowicza z wolna przywykła do jej obecności. Kiedyś, odprowadzając ją do windy, powiedziała: – Dziękuję pani. Pracuję, nie mogę zawsze przychodzić. Dobrze, iż tata ma z kim pogadać. Tylko niech pani nie bierze wszystkiego na siebie. Jak coś się poważnego dzieje, proszę dzwonić. – Nie zamierzam brać – spokojnie odpowiedziała Nadzieja Szymonowna. – Ma pani swoje życie, ja swoje. Ale jeżeli mogę – pomogę. Stefana Piotrowicza wypisali pod koniec kwietnia. Lekarz nakazał dużo spacerować, nie denerwować się i regularnie brać leki. Córka zabrała go do domu autem, pomogła rozpakować rzeczy. Następnego dnia, opierając się na lasce, poszedł na podwórko, a potem do skweru. Nadzieja Szymonowna już czekała na ławce. Gdy go zobaczyła, wstała. – Jak się pan czuje? – spytała, przyglądając się twarzy. – Żyję – uśmiechnął się. – To już coś. Usiedli razem. Przez chwilę milczeli, wsłuchując się w odgłosy podwórka. – Dużo myślałem w szpitalu – zaczął. – Nie chcę być dla pani ciężarem. Miłe, iż pani przychodziła, ale też wstyd – może przez mnie zaniedbała pani swoje sprawy. – Jakie sprawy – westchnęła. – Zakupy, przychodnia, serial w tv. Bez przesady. – I tak nie chcę, żeby pani czuła, iż musi się mną opiekować. Jestem dorosły, nie dziecko. Patrzyła na niego poważnie. – A pan myśli, iż ja chcę być dla kogokolwiek ciężarem? – zapytała. – Też tego się boję. Dlatego wszystko sama. Ale jedno zrozumiałam: Można siedzieć samemu i bać się, iż się komuś przeszkadza. A można się umówić. Nie obiecywać cudów, tylko po prostu… być obok, jak się da. Przetrawił słowa. – To znaczy jak? – Na przykład nie dzwoni pan do mnie w nocy, jak się panu nudzi. Nie jestem pogotowiem. Ale jeżeli w przychodni pan się boi – niech pan dzwoni. jeżeli rachunki trzeba ogarnąć – proszę wpadać. Jak pan nie idzie do sklepu, nie dzwoni pan do mnie – idzie sam. Nie jestem kurierem. Zaśmiał się. – Surowo. – Uczciwie – poprawiła. – I to samo tyczy się mnie. Jak mi będzie źle, zadzwonię do pana. Ale nie będę żądać, żeby rzucał pan wszystko. Ma pan dzieci, wnuki. Ja to rozumiem. I pan też proszę zrozumieć – mam syna, też się martwi. Kiwa głową. W tych prostych słowach było coś wyzwalającego. Nie musiał udawać bohatera ani ofiary. – Umowa stoi – powiedział. – Pomagamy sobie, bez wygłupów i przeginania. – Tak jest – uśmiechnęła się. Od tej pory ich przyjaźń była spokojniejsza. Wciąż spotykali się w skwerze, chodzili razem do przychodni, czasem na herbatę. Ale każde wiedziało, gdzie są granice. Gdy zepsuł się kran w kuchni Nadziei Szymonowny, zadzwoniła do Stefana Piotrowicza. – Mógłby pan zerknąć? – zapytała. – Boję się, iż zaleje kuchnię. – Zerknę, ale jak poważnie, wołamy hydraulika. Nie te lata, abym się wspinał pod zlew. Przyszedł, sprawdził, pomógł zamówić fachowca. Czekając, pili herbatę. Opowiadał, jak kiedyś mógł naprawić każdy mechanizm, teraz już nie te ręce. Myślała, iż starość to nie tylko choroby, ale też umiejętność poproszenia o pomoc. Czasem razem jeździli na bazar. Stefan Piotrowicz targował się o ziemniaki, Nadzieja Szymonowna wybierała kurczaka. W drodze powrotnej narzekali na ceny, ale wiedzieli, iż bez tych wypadów dzień byłby pusty. Dzieci reagowały na ich znajomość różnie. Syn Nadziei Szymonowny raz zapytał: – Mamo, często wspominasz Stefana Piotrowicza. Kto to? – Sąsiad. Pomaga mi z tabletem, ja jemu z rachunkami, razem chodzimy na spacery. – Tylko uważaj na pieniądze i dokumenty – ostrzegał syn. – Teraz różnie bywa. Uśmiechnęła się. – Nie jestem naiwna. Poradzę sobie. Córka Stefana Piotrowicza mówiła: – Tato, z tą sąsiadką nie przesadzaj. Nie jest twoją opiekunką. I ogólnie – ma swoje życie. – Umowa – odpowiadał spokojnie. – Nikt nikogo nie wykorzystuje. – Jaką umowę? – dziwiła się. – Staruszkową – żartował. Lato przyszło niepostrzeżenie. Drzewa w parku zakwitły, na ławkach zrobiło się tłoczniej. Młode mamy, młodzież ze telefonami, starsi ludzie jak oni. Ale Nadzieja Szymonowna i Stefan Piotrowicz mieli swoją ławkę, niemal „zajętą na stałe”. Siedzieli na tych samych miejscach, jakby to trzymało świat w porządku. Pewnego wieczoru, kiedy słońce zniżało się nad horyzont, a wciąż było jasno, siedzieli i patrzyli, jak chłopcy grają w piłkę. Powietrze było ciepłe, pachniało kurzem i świeżą trawą. Stefan Piotrowicz poprawił laskę. – Wie pani, co zrozumiałem? – nie odrywając wzroku od dzieci. – Myślałem, iż starość to już koniec. Praca, przyjaciele, miłość, pasje – wszystko się kończy. Zostają tylko pigułki i telewizor. A teraz wiem, iż coś może się zacząć. Nie tak jak dawniej, ale po swojemu. – O nas pan mówi? – uśmiechnęła się. – Także o nas – skinął głową. – Nie wiem, jak to się adekwatnie nazywa. Przyjaźń, towarzystwo, drużyna od kolejek. Ale z panią… mniej się boję. Spokojniej. Patrzyła na jego ręce, zmarszczki, wyraźne żyły. Potem na swoje. Były podobne. – Ja też – powiedziała. – Kiedyś, gdy kładłam się wieczorem, myślałam: a jak nie wstanę, kto zauważy? Teraz wiem, iż przynajmniej jedna osoba się zdziwi, czemu mnie nie ma w skwerze. Zaśmiał się cicho. – Ja nie tylko się zdziwię. Zbiorę cały blok. – No to dobrze. Posiedzieli jeszcze chwilę, potem wstali. Szli powoli, każde po swojej stronie alejki. Przy skrzyżowaniu przystanęli. – Jutro do przychodni? – spytał. – Tak – potwierdziła. – Oddaję krew. Pójdzie pan ze mną? – Z panią – powiedział. – Ale tylko do gabinetu. Dalej pani sama, bo wypiję całą krew gadaniem. Uśmiechnęła się. – Umowa stoi. Pożegnali się i poszli do swoich klatek. Nadzieja Szymonowna weszła na piętro, otworzyła drzwi, weszła do cichego mieszkania. Odstawiła zakupy, zajrzała do kuchni, wstawiła czajnik. Gdy woda się grzała, podeszła do okna i spojrzała na podwórko. Na dole, przy swoim bloku, Stefan Piotrowicz mocował się z zamkiem. Potem podniósł głowę, jakby poczuł jej spojrzenie, i pomachał. Odmachała. Czajnik zagwizdał. Nastawiła herbatę, odkroiła bułkę, usiadła przy stole. Na stołku obok leżała jej robiona na drutach chusta. Położyła na niej dłoń i poczuła, iż w tej ciszy jest coś nowego. Nie taka to do końca martwa cisza. Gdzieś przez podwórko, za ścianą innego mieszkania jest ktoś, kto jutro pójdzie z nią do przychodni, posiedzi w kolejce, ponarzeka na lekarzy i zapyta, jak się czuje. Myśl, iż starość nie zniknie zupełnie, pozostała. Stawy bolały, tabletki trzeba było łykać, ceny rosły. Ale w tym wszystkim pojawiło się nowe oparcie. Nie cud i nie wybawienie. Po prostu jeszcze jedna ławka w życiu, na której można usiąść razem, złapać oddech i potem iść dalej – własnym tempem, ale obok siebie.

naszkraj.online 13 godzin temu
Ławka dla dwojga Śnieg już dawno zniknął, ale ziemia w miejskim parku była jeszcze ciemna i wilgotna, a na alejkach ciągnęły się wąskie pasy piasku. Jadwiga Kwiatkowska szła powoli, ściskając torbę z zakupami i patrzyła pod nogi. Już dawno wyrobiła sobie nawyk zapamiętywania każdej dziury i każdego kamyczka. Nie z przesadnej ostrożności, ale po złamaniu […]
Idź do oryginalnego materiału