Ławka dla dwojga
Śnieg już dawno stopniał, ale ziemia w parku jeszcze była ciemna i wilgotna, a na alejce wciąż leżały cienkie pasma żwiru. Bronisława Zawadzka szła powoli, trzymając torbę z zakupami i uważnie patrząc pod nogi. Już dawno wyrobiła sobie zwyczaj zapamiętywania każdego dołka, każdego kamyka. Nie z ostrożności z natury, ale od kiedy złamała rękę trzy lata temu, strach przed upadkiem na dobre zadomowił się w jej sercu i nie chciał odejść.
Mieszkała sama w dwupokojowym mieszkaniu na parterze, gdzie kiedyś było gwarno od rozmów, woni zupy i trzaskania drzwiami. Teraz panowała tam cisza. Telewizor mruczał w tle, ale często łapała się na tym, iż patrzy tylko na pasek informacyjny, a nie słucha słów. Syn dzwonił w niedzielę przez wideorozmowę szybko, pomiędzy sprawami, ale dzwonił. Wnuk pojawiał się na ekranie, machał jej, pokazywał jakieś zabawki. To ją cieszyło, ale po każdym rozłączeniu czuła, jak mieszkanie znów zastyga w nieruchomym powietrzu.
Miała ustalony rytm. Rano gimnastyka, tabletki, owsianka. Potem krótki spacer do parku i z powrotem, żeby rozruszać krew, jak mawiała doktor z przychodni. W dzień gotowanie, wiadomości, czasem krzyżówka, wieczorem serial i robótki na drutach. Nic wielkiego, ale to trzymało ją w formie, co zawsze powtarzała Stefani, sąsiadce z naprzeciwka na klatce.
Dziś wiatr był przenikliwy, ale suchy. Bronisława doszła do swojej ławki przy placu zabaw i ostrożnie usiadła na brzegu. Postawiła torbę obok, sprawdziła zamek. W pobliżu bawiła się dwójka dzieci w jaskrawych kombinezonach; ich mamy rozmawiały, nie zwracając uwagi na przechodniów. Bronisława pomyślała, iż posiedzi chwilę i wróci do domu.
Od drugiej strony parku do przystanku zbliżał się powoli Tadeusz Domański. On też miał zwyczaj liczenia kroków. Do kiosku z gazetami siedemdziesiąt cztery. Do przychodni sto dwadzieścia dwa. Do tego przystanku dziewięćdziesiąt osiem. Liczyć było łatwiej niż myśleć, iż w domu nie czeka na niego nikt.
Dawniej był ślusarzem w fabryce, jeździł na delegacje, sprzeczał się z majstrami, żartował i narzekał z kolegami w kantynie. Teraz fabryka dawno zamknięta, znajomi się porozjeżdżali lub spoczywają już w alejkach cmentarza. Syn mieszka w Warszawie, wpadał może raz w roku na krótko i ciągle się spieszył. Córka mieszka w sąsiedniej dzielnicy, ale ma dwójkę dzieci i kredyt. Nie miał żalu tak sobie powtarzał. Ale wieczorami, kiedy za oknem było ciemno, a kaloryfery syczały, łapał się na tym, iż przysłuchuje się, czy ktoś nie przekręca klucza w zamku.
Dziś wyszedł po chleb i chciał jeszcze zahaczyć o aptekę. Kupi na zapas opakowanie leków na ciśnienie lekarz mówiła, żeby nie dopuszczać do kryzysu. Szedł z karteczką napisaną dużymi literami w kieszeni. Drżały mu palce, kiedy wyciągał ją, by sprawdzić, czy o niczym nie zapomniał.
Gdy dotarł na przystanek, zobaczył, iż autobus już odjechał. Ludzie się rozchodzili. Na ławce siedziała kobieta w jasnoszarym płaszczu i niebieskiej, wełnianej czapce. Torba stała obok niej. Patrzyła nie na ulicę, tylko na park.
Zawahał się. Stać mu było niewygodnie, bolały plecy. Ławka była do połowy pusta, ale zawsze miał opory, żeby siadać przy nieznajomych kobietach. Jeszcze coś sobie pomyślą. Ale wiatr był przejmujący, więc w końcu się zdecydował.
Czy mogę przysiąść? zapytał lekko pochylając się do przodu.
Kobieta odwróciła głowę. Miała jasne oczy, wokół których zbierały się drobniutkie zmarszczki.
Oczywiście, proszę, odpowiedziała, przesuwając torbę.
Usiadł, oparł się ostrożnie o ławkę. Milczeli. Przejechał samochód, zostawiając za sobą zapach spalin.
Autobusy chodzą ostatnio jak chcą, powiedział, by przerwać ciszę. Człowiek się na sekundę odwróci i już go nie ma.
Ano, kiwnęła głową. Wczoraj stałam pół godziny, dobrze chociaż, iż nie padało.
Przyjrzał się jej uważniej. Twarz nie wydawała się znajoma, ale w okolicy sporo nowych ludzi, pobudowali bloki.
Tu pani mieszka? ostrożnie spytał.
Tam, za sklepem, wskazała ręką na pięciopiętrowe bloki. Pierwsza klatka. A pan?
Tam dalej, w dziewięciopiętrowcu, odpowiedział. Niedaleko.
Znowu cisza. Bronisława uznała, iż rozmowa na przystanku to nic niezwykłego: parę słów, autobus, zapomina się. Ale ten mężczyzna wyglądał na zmęczonego i nieco zagubionego, choć starał się trzymać prosto.
Do przychodni? skinęła głową na jego siatkę z logo apteki.
Tak, po lekarstwo, podniósł reklamówkę. Ciśnienie, to wie pani
Ja do sklepu, odpowiedziała. Parę drobiazgów. No i wyjść trzeba, bo przecież człowiek by się zasiedział w domu.
Zabrzmiało to zbyt pusto. Słowo dom nagle ukłuło ją w środku.
Autobus pojawił się zza zakrętu. Ludzie ruszyli do krawężnika. Mężczyzna podniósł się, zawahał.
Tadeusz jestem, wyciągnął dłoń, przełamując wewnętrzną barierę. Domański.
Bronisława Zawadzka, odpowiedziała, stając obok. Miło mi.
Wsiedli do autobusu, tłum porwał ich w dwie różne strony. Przy drzwiach było ciasno, Bronisława złapała się poręczy, czując szarpnięcia na wybojach. W pewnym momencie złapała spojrzenie Tadeusza przez głowy innych skinął do niej, odpowiedziała mu tym samym.
Kilka dni później znów się spotkali już w parku. Bronisława siedziała na tej samej ławce, gdy dostrzegła znajomą sylwetkę. Tadeusz szedł oparty na lasce. Wcześniej nie miał laski, pewnie teraz wolał się zabezpieczyć.
O, sąsiadka z przystanku, uśmiechnął się, podchodząc bliżej. Można się przysiąść?
Oczywiście, odpowiedziała, czując zaskakującą radość.
Usiadł obok, położył laskę między sobą a końcem ławki.
Dobrze tu, rozejrzał się. Drzewa, dzieci. A w domu ściany aż przygniatają.
Pan też sam mieszka? zapytała, czując, iż to naturalny temat.
Sam, kiwnął głową. Żona nie żyje od siedmiu lat. Dzieci w świecie. A u pani?
Też sama, westchnęła. Mąż dawno zmarł. Syn z rodziną we Wrocławiu. Dzwonią, owszem, ale
Wzruszyła ramionami. On ze zrozumieniem skinął głową.
Telefony to dobrze, powiedział. Ale wieczorem telefon milczy, a człowiek leży i myśli.
Najprostsze słowa, a poczuła, jakby dotknęły jej najgłębszej samotności. Jeszcze chwilę rozmawiali o pogodzie, o cenach w sklepach, o tym, iż w przychodni znowu zmienił się lekarz prowadzący. Rozeszli się, ale następnego dnia oboje wybrali dokładnie tę samą godzinę na spacer.
Tak zaczęły się ich regularne spotkania. Najpierw na przystanku i w parku, potem w sklepie, potem pod przychodnią. Bronisława sama zorientowała się w końcu, iż przekłada śniadanie albo wstrzymuje wyjście z domu, by spotkać Tadeusza. Nie przyznawała się choćby przed sobą. Ot, przypadek.
Razem szli do przychodni, narzekając na skierowania, na kolejki online, z którymi Bronisława zupełnie nie mogła sobie poradzić.
Trzeba przez Internet, tłumaczyła młoda dziewczyna w rejestracji. Przez platformę rządową.
Jaki Internet, mruczała Bronisława, wychodząc do korytarza. Telefon mam na przyciski, ledwo żyje.
Tadeusz słuchał, chrząkał.
To może razem popatrzymy, zaproponował w końcu. Dzieci mi kupiły tablet. Czasem się przyda. Może damy radę.
Początkowo się wzbraniała, potem jednak się zgodziła. Siedzieli na ławce przed przychodnią, on marszczył czoło, przesuwał palcem po ekranie, raz po raz klikając nie w te miejsca, co trzeba. Gderał cicho pod nosem, a ona śmiała się lekko, jakby całe życie umiała się śmiać właśnie tak.
O, patrz pani, znalezione. Wybiera się termin i lekarza. Tylko hasło trzeba spamiętać.
Hasło sobie zapiszę. Mam zeszyt od haseł, odparła z dumą.
Kiedy indziej pomagała mu połapać się w rachunkach za czynsz. Przynosił z poczty całą stertę kartek, układał na stole i wzdychał ciężko.
Kiedyś szło się do kasy, wszystko załatwione. A teraz te kody, paski, terminale, można zwariować.
Spokojnie, odpowiadała Bronisława. Tu za prąd, to za wodę. Najważniejsze nie pomylić, bo później do nich człowiek tłumacz.
Popijali herbatę w jej kuchni. Wyciągała domowe powidła z czarnej porzeczki, on przynosił obwarzanki. Za oknem dzieci jeździły na rowerach. Lubiła patrzeć, jak Tadeusz starannie układa kartki w stos, pyta ją o radę, czasem się droczy.
Daj spokój, nie będę ci kasować za siebie, burknął raz, gdy proponowała pomoc przy wpłacie, bo on sam nie dawał sobie rady.
Ale przecież to twoje pieniądze, ja tylko przykładam kartę, co ty, dziecko czy co?
Zawstydził się, ale w końcu zgodził. Wewnątrz czuł dziwną mieszankę wdzięczności i zażenowania nie lubił być niczyim dłużnikiem, choćby w drobiazgach.
Bywało, iż się sprzeczali. Nie głośno, ale było w tym coś urażonego. Wrócili kiedyś z rynku i rozmawiali o dzieciach.
Syn proponuje, mówił Tadeusz, żebym sprzedał mieszkanie i przeprowadził się do nich. Ale ja co, na tapczanie będę siedział? Im ciasno. A tu moje kąty
A mój syn też od dawna prosi, jęknęła Bronisława, żebym przyjechała, pokój dadzą. Duży dom mają, ale ja odwlekam. Tu grób męża, tu koleżanki, przywykłam
Przestań, zdenerwował się on. Tam nikomu nie będziesz potrzebna. Pracują, zabiegani, dzieci nauka, zajęcia. Siedzisz pod ścianą i ledwo cię zauważą.
A tu jestem komu potrzebna? spokojnie spytała.
Zamilkł. Uderzyło go to tu, jakby i do niego się to odnosiło. Poczuł ukłucie złości.
Przepraszam, rzucił mrukliwie. Myślałem, iż już no, wie pani
Nie dokończył. Słowo przyjaciele ugrzęzło mu w gardle. W ich wieku takie rzeczy brzmiały zbyt górnolotnie.
Nie o pana chodzi, powiedziała cicho, widząc, iż się zamknął w sobie. Po prostu czasem myślę, iż jakbym pojechała, to wszystko tu by się ucięło. Aż strach.
Pokiwał głową, ale resztę drogi milczeli. Pod blokiem pożegnał się chłodno, a wieczorem długo kręcił się w łóżku. Dręczyło go poczucie, iż wszystko zepsuł.
Przez kilka dni się nie widzieli. Pogoda się zepsuła, spadł mokry śnieg. Bronisława i tak wychodziła na krótkie spacery, ale Tadeusza nie spotkała. Starała się nie myśleć, mówiła sobie, iż może miał sprawy, może chory ale niepokój nie odpuszczał.
Czwartego dnia, wracając z piekarni, znalazła w skrzynce karteczkę. Dużymi literami: Dla Bronisławy Zawadzkiej. Jestem w szpitalu. Tadeusz D. Ani adresu, ani numeru sali. Tylko tyle.
Drżały jej ręce. Weszła do mieszkania, postawiła torbę na stołku i usiadła przy stole wpatrując się w kartkę. W głowie kłębiły się pytania: serce? udar? kto mu pomógł? Czemu nie zadzwonił?
Przypomniała sobie, iż kiedyś wspominał o oddziale kardiologicznym w szpitalu miejskim. Znalazła numer do rejestracji, wykręciła i długo czekała aż ktoś odbierze. Wreszcie odebrała znużona pielęgniarka.
Szukam pacjenta, powiedziała Bronisława, starając się mówić wyraźnie. Nazwisko to i to, imię to i to. Trafił pewnie niedawno.
Przerzucali ją między stanowiskami, kazali czekać. W końcu podali numer sali i zgodzili się na odwiedziny w wyznaczonych godzinach.
Bronisława nie cierpiała szpitali, tego zapachu środków do dezynfekcji i lekarstw. Ale nazajutrz punktualnie stanęła w drzwiach oddziału. Po drodze kupiła jabłka i herbatniki. Wahała się może niepotrzebnie, jeżeli nie może słodkiego.
Sala była na trzy osoby. Przy oknie leżał starszy pan, przy drzwiach młody chłopak z ręką w gipsie. Tadeusz był na środkowym łóżku, z poduszką pod plecami i gazetą na kolanach. Z początku zaskoczenie malowało się na jego twarzy, potem ulga.
Bronisławo, powiedział, odkładając gazetę. Jak pani mnie znalazła?
Po nitce, odparła, kładąc reklamówkę na szafce. Co się stało?
Serce. W nocy. Karetka mnie zabrała. Trochę tu poleżę, westchnął.
Patrzyła na niego uważnie był bledszy niż zwykle, cienie pod oczami, ale w oczach ten sam błysk.
A dzieci? spytała. Wiedzą?
Córka już była, powiedział. Przyniosła rosół. Synowi nie mówiłem, nie chcę martwić.
Był spokojny, choć Bronisława słyszała napięcie w głosie. Po chwili dodał:
Córka w ogóle pytała, kim pani jest. Powiedziałem, iż sąsiadka, pomaga czasem w rachunkach…
Coś zakuło ją w środku. „Sąsiadka pomaga w rachunkach” zabrzmiało obco. Usiadła na krześle.
No i dobrze. Jestem przecież sąsiadką i w rachunkach też pomagam, powiedziała opanowanym głosem.
Zrozumiał nagle, jak głupio zabrzmiały jego słowa. Spuścił wzrok.
Nie tak chciałem powiedzieć, rzucił szybko. Po prostu tak pytała dziwnie. Gdybym powiedział, iż przyjaciółka, zaraz by zaczęła: tata, tobie już nie osiemnaście! Myślą, iż starzy ludzie tracą rozum.
No bo nie mamy po osiemnaście lat, zaśmiała się. Ale człowiek to człowiek.
Skinął głową. Zapadło milczenie. Sąsiad przy oknie odwrócił się na bok, udając, iż śpi.
Wie pani, czego się bałem? zaczął szeptem. Wcale nie śmierci. Tego, iż zabiorą mnie tak nagle, nikt się nie dowie. Leżysz, patrzysz w sufit i nie masz komu zadzwonić. Dzieci daleko, swoje sprawy. Wtedy pomyślałem o pani. Uspokoiłem się. Ktoś będzie wiedział, gdzie jestem.
Bronisława poczuła wzruszenie, ścisk w gardle. Spojrzała za okno, gdzie na parapecie stał plastikowy kubek z przywiędłą stokrotką.
Ja też się boję, powiedziała cicho. Tylko zawsze udaję, iż nie. Przed synem, przed sąsiadkami. A jak zostaję wieczorem sama, liczę tabletki. Śmieszne, prawda?
Wcale nie. Ja też liczę.
Uśmiechnęli się równocześnie. Tyle było w tej krótkiej wymianie.
W tym momencie do sali weszła kobieta około czterdziestki z torbą. Podobna do Tadeusza te same oczy, ta sama broda.
Tato, przyniosłam ci zupę, powiedziała, stawiając siatkę na stole. A to kto?
Zmierzyła Bronisławę wzrokiem, uważnie, ale bez złośliwości.
To Bronisława Zawadzka, odpowiedział spokojnie Tadeusz. Dobra znajoma. Pomaga mi w rachunkach i lekarzach.
Dziękuję pani, kiwnęła głową córka. Bo on wszystko sam chce robić.
My tylko chodzimy razem na spacery, odparła Bronisława.
Skinęła głową, ale w spojrzeniu wciąż pozostawało lekkie zdziwienie. Rozłożyła jedzenie, poprawiała koc, zadawała ojcu pytania. Bronisława poczuła się zbędna i niebawem się pożegnała.
Jeszcze zajrzę, powiedziała przy drzwiach.
Będzie mi miło, odpowiedział.
Nie problem, rzuciła i zamknęła za sobą drzwi.
W domu długo myślała nad tym, co usłyszała. Dobra znajoma brzmiało to zwyczajnie, może tak właśnie trzeba. W ich wieku wielkie słowa były niepotrzebne. Ważne, iż to o niej pomyślał, gdy się przestraszył.
Tadeusz leżał w szpitalu ponad dwa tygodnie. Bronisława odwiedzała go co kilka dni, przynosiła owoce, czyste skarpetki, świeżą prasę. Czasem po prostu siedzieli w milczeniu, słuchając turkotu szpitalnych wózków na korytarzu. Czasem wspominali młodość, opowiadali anegdoty o fabryce, szkole, działkach, które dawno sprzedali.
Córka Tadeusza przyzwyczaiła się z czasem do jej obecności. Raz, odprowadzając Bronisławę do windy, powiedziała:
Dziękuję pani. Pracuję, nie zawsze mogę być z tatą. Dobrze, iż ktoś z nim rozmawia. Ale proszę nie brać wszystkiego na siebie. jeżeli coś poważnego proszę dzwonić.
Proszę się nie martwić, spokojnie odpowiedziała Bronisława. Każdy ma swoje życie. Ale jeżeli mogę pomóc pomogę.
Tadeusz został wypisany pod koniec kwietnia. Lekarz przykazał: więcej spacerować, unikać stresu, regularnie brać leki. Córka odwieźła go autem, pomogła z zakupami. Następnego dnia Tadeusz wyszedł oparty na lasce, minął plac i ruszył do parku.
Bronisława już czekała na ławce. Kiedy go zobaczyła, wstała.
Jak się pan czuje? spojrzała mu w twarz.
Żyję, uśmiechnął się. To już coś.
Usiedli razem. Przez jakiś czas słuchali odgłosów podwórka. Potem powiedział:
Dużo myślałem w szpitalu. Wie pani, nie chcę być dla pani ciężarem. Miło mi, iż pani przychodziła, ale zarazem wstyd. Może zaniedbywała pani przez to swoje sprawy.
Jakie tam sprawy, odparła Bronisława. Sklep, przychodnia, seriale.
A jednak, uparł się. Nie chcę, żeby miała pani poczucie obowiązku, by się mną opiekować. Jestem dorosłym facetem.
Spojrzała na niego uważnie.
Myśli pan, iż ja chcę być dla kogoś ciężarem? zapytała. Ja też wszystkiego się boję. Dlatego robię wszystko sama. Ale wie pan, zrozumiałam jedno: można siedzieć i bać się, iż komuś się będzie przeszkadzać. A można się po prostu umówić. Bez obietnic niemożliwych do dotrzymania. Po prostu być w miarę możliwości obok.
Milczał, ważąc jej słowa.
Jak to? spytał.
Po prostu, zaczęła wymieniać na palcach. Pan mi nie dzwoni w środku nocy, bo śniła się głupota. Nie jestem pogotowiem. Ale do przychodni, jeżeli pan chce, możemy iść razem. Z rachunkami przyjść, owszem. Ale jak się nie chce iść do sklepu to już sam pan idzie. Nie jestem zakupowym asystentem.
Zaśmiał się cicho.
Surowo.
Do bólu szczerze, uśmiechnęła się. I odwzajemniam oczekiwania. Jak mi źle, zadzwonię. Nie będę wymagać, by pan rzucał wszystko. Ma pan rodzinę, wnuki. Ja mam syna. Wzajemny szacunek to najważniejsze.
Kiwnął głową. Poczuł, jakby spadł mu z pleców jakiś ciężar. Nie musiał już udawać ani bohatera, ani ofiary.
Zgoda. Będziemy sobie pomagać, ale nie udawać pielęgniarki i sanitariusza.
O to chodzi, uśmiechnęła się.
Od tej pory ich przyjaźń była spokojna i harmonijna. przez cały czas spotykali się w parku, chodzili razem do przychodni, czasem wpadali do siebie na herbatę. Każdy wiedział jednak, gdzie leży granica.
Gdy Bronisławie popsuł się kran, zadzwoniła do Tadeusza.
Mógłby pan zerknąć? zapytała. Bo boję się, iż zaleje całą kuchnię.
Zerknąć mogę, odparł. Jak poważniej, to zadzwonimy po fachowca. Już nie te ręce, żebym majstrował.
Przyszedł, zobaczył, pomógł zadzwonić po hydraulika. Czekając, pili kawę, wspominali młodość, kiedy Tadeusz potrafił rozkręcić każdy zegar lub rower. Bronisława słuchała i myślała, iż starość to też umiejętność przyjmowania pomocy.
Czasem razem wyprawiali się na targ. Tam było głośno, sprzedawcy nawoływali, zachwalali ziemniaki i kurczaki. W drodze powrotnej narzekali na ceny, ale oboje wiedzieli, iż bez wspólnego wyjścia dzień miałby pustą ciszę.
Ich dzieci różnie reagowały na tę zażyłość. Syn Bronisławy zadzwonił któregoś wieczora, ostrożnie pytając:
Mamo, często mówisz o jakimś Tadeuszu… To kto?
Sąsiad. Czasem wychodzimy na spacer, pomaga mi z internetem, ja jemu z rachunkami.
Uważaj z pieniędzmi i dokumentami, upomniał. Różne rzeczy dziś się dzieją.
Uśmiechnęła się pod nosem.
Synku, nie jestem naiwna. Poradzę sobie.
Córka Tadeusza podobnie trochę się niepokoiła.
Tato, nie przesadzaj z tą sąsiadką, mówiła. To nie opiekunka. Nigdy nie wiadomo, może ma swoje sprawy, nie wykorzystuj jej.
My mamy umowę, odpowiadał spokojnie. Nie wykorzystujemy się wzajemnie.
Jaką umowę? dziwiła się.
Staruszkową, rzucał z uśmiechem.
Nagle nadeszło lato. W parku rozrosły się drzewa, na ławkach robiło się tłoczniej. Młode matki, młodzież ze słuchawkami, podobni do nich seniorzy. Ale oni mieli swoją prywatną ławkę pod kasztanem zawsze te same miejsca, jakby chcieli w ten sposób zadbać o porządek świata.
Pewnego wieczoru, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, usiedli razem i patrzyli, jak grupka chłopaków gra w piłkę. Powietrze pachniało kurzem i świeżą trawą. Tadeusz poprawił laskę, oparł ją o bok ławki.
Wie pani, co zrozumiałem, powiedział, patrząc na dzieciaki. Myślałem, iż starość to już tylko koniec. Praca, znajomi, wszystko znika. Zostają pigułki i telewizor. Teraz wiem, iż zawsze coś może się zacząć. Na swój sposób.
To o nas? mrugnęła z lekkością.
I o nas, przytaknął. Nie wiem, jak to nazwać. Przyjaźń, koleżeństwo, wspólne stanie w kolejkach. Ale z panią… jest spokojniej. Nie boję się tak bardzo.
Spojrzała na jego spracowane dłonie, pomarszczone, silne mimo wieku. Potem na swoje były podobne.
Ja też się tego nie boję, przyznała cicho. Kiedyś wieczorem myślałam: jeżeli umrę, czy ktoś zauważy? Teraz wiem, iż choćby jedna osoba się zdziwi, iż mnie do parku nie ma.
Zaśmiał się cicho.
Nie tylko się zdziwię, powiedział. Rozniosę alarm po całym bloku.
I bardzo dobrze, odparła.
Posiedzieli jeszcze trochę, wstali. Wracali wolno, każdy swoją stroną chodnika. Przy skrzyżowaniu zatrzymali się.
Jutro do przychodni? spytał.
Tak. Morfologia. Pójdzie pan ze mną?
Pójdę, zgodził się. Ale tylko pod drzwi zabiegowego. Dalej dam pani spokój, bo jeszcze wyciągnę z pani całą krew gadaniem.
Uśmiechnęła się.
Umowa stoi.
Pożegnali się i rozeszli do własnych klatek. Bronisława wspięła się po schodach, otworzyła drzwi, przeszła do kuchni, wstawiła czajnik. Gdy woda grzała się, podeszła do okna i spojrzała na podwórko.
Na dole Tadeusz majstrował przy zamku. W pewnym momencie podniósł głowę, jakby wyczuł jej spojrzenie, i zamachał do niej ręką. Pomachała w odpowiedzi.
Czajnik zagwizdał. Zaparzyła sobie herbatę, wyjęła kromkę chleba. Na przeciwległym krześle leżał jej robótkowy szal. Ułożyła na nim dłoń i poczuła, iż w tej domowej ciszy pojawiło się coś nowego. Nie jest już taka głucha, ta cisza. Gdzieś niedaleko, za placem, pośród innych mieszkań, jest ktoś, kto jutro pójdzie z nią do przychodni, posiedzi razem w kolejce, ponarzeka na lekarzy i zapyta, jak się czuje.
Starość pozostała tam, gdzie była bolały kolana, tabletki czekały w pudełku, ceny szybowały w górę. Ale pojawiło się coś jeszcze: drobne oparcie, nie cud ani ratunek. Po prostu kolejna ławka w życiu, na której można przysiąść we dwoje, odetchnąć i ruszyć dalej. Każde swoim krokiem, ale obok.










