Dzień dobereł, dzisiaj ciąg dalszy filmów oskarowych 87′. Australijski „Dundee” startował w konkursie na najlepszy oryginalny scenariusz i na szczęście – przegrał z „Hannah i jej siostrami”. Dlaczego na szczęście? Cóż – ja uważam ten film za zwyczajną komedię, która realistycznie przedstawia Australię. I nic więcej xD.
Natomiast chciałabym Was zaprosić do tekstu, który był pisany przed erą fanpeja, na prywatnym. Także nie zdziwcie się, jeżeli będzie on nieco inny od obecnych
.
Miłego czytania! ![]()
– interesujący przypadek „Krokodyla Dundee-go” – tak można by opisać kwestię tej australijskiej komedii. Ale od początku.
* * *
Pewna dziennikarka przebywając w Australii znajduje historię rodem z „miejskiej legendy”. Zainspirowana nią, postanawia odszukać buszmena. Po ilku dniach wspólnej imprezy ona nagle stwierdza, iż Dundee musi pojechać z nią do Nowego Jorku.
Tak czy inaczej, film ma dwa ważne elementy – klimat i bycie komedią. Naprawdę miło mi się przy tym bawiło, bo to było takie… lekkie. Ach, to se ne vrati. A jednak, miałam wrażenie, iż tamten klimat, swoboda żartów w jakiś sposób wróciła. Naprawdę miły seansik na odprężenie.
Jest w nim parę ciekawszych uwag, ale znowu – tu już musiałabym wejść w spojlery. Bo ogólnie film w wersji ogólnoświatowej trwa tylko 1,5 h, więc nie ma tu za wiele rozciągniętych scen. Tak, jest wersja australijska.
Nie zmienia to faktu, iż „Krokodyl Dundee” stał się ogromnym hitem kasowym. Ktoś zapyta: „ale jak to? Przecież w tym filmie nic nie gra”.
No, nie – gra klimat.
Jednak z punktu widzenia scenopisarstwa, to film jest z kategorii „doceniam starania, milordzie”. Otóż, w każdym filmie musi być jakiś konflikt. W „Krokodylu Dundee” niby on jest, ale jego nie ma.
W ogóle to oglądamy film, śledzimy wesołe poczynania Paula Hogana i… nagle się budzimy „a czekaj, ale gdzie tu kryzys? Gdzie konflikt?”. Co ciekawe, nie można powiedzieć: „eh, ci dwoje bohaterowie tak ni z tego, ni z owego się spiknęli”. Wcześniejsze sceny dają znać, iż lecą na siebie, ale jakoś tak… nie bardzo to pokazali. Miałam trochę wrażenie, jakby Dundee (Paul Hogan) i Sue Chariton (Linda Kozlowski) zamienili się trochę energetycznie rolami. To ona chce go poderwać, on czeka, ale z drugiej strony… przecież widzi, iż jest w związku, więc pewnie nie chce psuć jej zabawy. Ciekawe. Dobra, sprawa do przemyślenia, zresztą biorąc pod uwagę sam film, to kwestia ta nie jest aż tak ważna.
„Krokodyl Dundee” uzyskał nominację do Oskara i Złoty Glob dla Hogana.
No cóż – powiedzmy, iż jeżeli chcemy spędzić miło czas, z uśmiechem na twarzy, to „Krokodyl Dundee” jest dobrym wyborem.
Powstały do tego jeszcze dwie części, które nie powtórzyły sukcesu jedynki, ale mimo wszystko chciałabym je poznać. Może się uda











