Zuzanna Borowik wiedziała, iż to on, jeszcze przed otwarciem transportera. Trzy razy w ciągu dwudziestu miesięcy wracał ten sam rudy kot, zawsze z inną rodziną, zawsze z tą samą kartką w teczce: „niezaadaptowany". Fundacja „Pazurek" w Bydgoszczy, przy ulicy Gdańskiej, miała go teraz z powrotem, i Zuzanna już wiedziała, iż tym razem musi dociec, dlaczego.
Transporter postawiła na linoleum w korytarzu, tam gdzie zawsze pachniało środkiem do dezynfekcji i mokrą karimatą. Za oknem październik, a radiowęzeł w budynku puszczał coś z Zenka Martyniuka, ledwo słyszalnie, przez ściankę z pomieszczenia socjalnego. Rudzielec — nazywał się Kajtek, choć imię i tak nikomu nie przychodziło łatwo na usta — wyszedł z klatki bez pośpiechu. Obwąchał rogi, przeszedł obok miski z wodą, usiadł tyłem do drzwiczek. Sześć kilo upartego milczenia.
— No co, Kajtek. Witaj znowu.
Ucho choćby nie drgnęło.
Następnego dnia Zuzanna wyłożyła na biurko trzy formularze zwrotu. Pierwsza rodzina — małżeństwo z Fordoniu, kawalerka po remoncie, balkon z widokiem na parking Biedronki. Powód: „agresywny, chowa się, nie wchodzi w kontakt". Wytrzymali dwa tygodnie. Druga — kobieta po czterdziestce, mieszkanie na Wyżynach. Sformułowanie: „nie zaadaptował się, sykał, chował się pod wannę". Dziesięć dni. Trzecia — mężczyzna z ośmioletnią córką, blok na Szwederowie. Powód: „dziecko się załamuje, kot nie chce się bawić, siedzi w kącie". Tydzień.
Zuzanna przeczytała wszystkie trzy kartki po raz drugi, potem trzeci. Papier pachniał tonerem i cudzymi mieszkaniami, a formułki brzmiały niemal identycznie, jakby ktoś je kalkował. I to właśnie było nie w porządku — jak drzazga pod paznokciem, której nie widać, ale czuć przy każdym dotknięciu.
Do pokoju zajrzał Rysiek. Chudy, w rozciągniętym szarym swetrze, okulary zjechały mu na sam koniec nosa. Oparł się ramieniem o framugę.
— No i… znowu Kajtek?
— Mhm.
— Może on po prostu taki jest, Zuzka. Są tacy koty.
— Jaki taki?
Rysiek wzruszył ramionami, przeciągając samogłoski jak zawsze:
— No… niefortunny.
Słowo zawisło w powietrzu między nimi. Zuzanna ścisnęła plastikowy kubek z kawą tak mocno, iż trzasnął i wgniótł się do środka. Odstawiła go na skraj biurka, a brązowa kropla popłynęła w stronę formularza.
Do drugiej rodziny zadzwoniła w porze obiadu. Odebrano po szóstym sygnale.
— Halo? Tak, pamiętam. Rudy. Kajtek. Nie, u nas bez niego wszystko w porządku, dziękuję.
Głos kobiety był równy, znudzony, uprzejmy na siłę. W tle telewizor, śmiech publiczności z jakiegoś programu rozrywkowego — i przez to wydawało się, iż tam, w tamtym mieszkaniu, życie toczy się dalej bez najmniejszych wyrzutów.
— Proszę powiedzieć, jak się zachowywał pierwszego dnia?
— Pierwszego? Wlazł pod wannę i tam siedział. Wołaliśmy go. Wyciągaliśmy. Karmę podsuwaliśmy mu prawie pod pysk. Sykał.
— A potem?
— Potem spróbowałam go pogłaskać. Podrapał mi rękę do krwi.
— I co dalej?
— I dalej uznałam, iż jeżeli kot nie chce żyć z ludźmi, to po co go męczyć.
Zuzanna zapisała w notesie: „wyciągali spod wanny". Podkreśliła dwa razy.
— A próbowali państwo dać mu czas? Zostawić samego, bez prób kontaktu?
Cisza w słuchawce. Szelest, jakby telefon przełożono z ręki do ręki.
— A po co brać kota, jeżeli nie można go dotykać?
Zuzanna nic nie odpowiedziała. Pożegnała się, odłożyła telefon i jeszcze długo siedziała, podpierając podbródek dłonią. Za oknem padało, równo, bez przerwy, jakby ktoś puścił deszcz na automatycznym powtarzaniu. Na sąsiedniej stronie notesu znalazła starą notatkę, zrobioną kilka miesięcy wcześniej, dotyczącą pierwszej rodziny: „próbowali brać na ręce od pierwszego dnia". Postawiła przy niej znak zapytania i zamknęła zeszyt.
Pytanie jednak nie dało się tak łatwo zamknąć.
W sobotę Rysiek został po godzinach. Zuzanna wyszła z biura przypadkiem akurat wtedy, miała odbierać pizzę zamówioną na telefon i zapomniała portfela. Światło w korytarzu świeciło tylko w głębi, tam gdzie stały klatki długoterminowego pobytu. Rysiek siedział w kucki przed klatką Kajtka. Nic nie mówił. Po prostu siedział i wpatrywał się w podłogę.
A kot za siatką robił swoje zwyczajne: siedział tyłem do drzwiczek, ogon owinięty wokół łap, uszy odchylone do tyłu.
Zuzanna już miała zawołać Ryśka, ale przystanęła. Bo usłyszała dźwięk.
Kajtek mruczał. Bardzo cicho, na granicy słyszalności. Równomiernie, niskim tonem, jakby gdzieś w środku pracował mały, miękki silnik. Ten silnik włączał się tylko w ciszy — tylko wtedy, kiedy nikt do niego nie wyciągał rąk, nie próbował zaglądać w oczy i nie podsuwał karmy prosto pod pysk.
Zuzanna oparła się o ściankę korytarza i patrzyła, jak Rysiek powoli, bardzo powoli, wyjmuje z kieszeni swetra kawałek suszonego kurczaka i kładzie go nie przy klatce, a po prostu obok siebie na podłodze, na odległość ręki od siatki. Potem wstał i odszedł, nie czekając, nie odwracając się, nie sprawdzając, czy kot podejdzie.
Dopiero teraz Zuzanna zrozumiała, czego szukała w tych trzech formularzach. We wszystkich trzech domach ktoś próbował Kajtka pokochać na siłę — wołał, wyciągał, podsuwał, dotykał w pierwszym dniu, jakby miłość była czymś, co można wmusić w kota siłą ramion. A Rysiek nigdy niczego nie wymuszał. Przychodził, siadał, czekał. I odchodził bez pytania o rezultat.
W poniedziałek Zuzanna napisała w aktach Kajtka nową notatkę, zamiast kolejnego ogłoszenia o adopcji: „niewskazane umieszczanie w rodzinach z dziećmi lub osobami oczekującymi szybkiego kontaktu fizycznego. Potrzebuje opiekuna, który akceptuje dystans jako formę zaufania". Pokazała ją Ryśkowi.
Przeczytał, zdjął okulary, przetarł je rąbkiem swetra.
— To znaczy co, iż mam go zabrać?
— To znaczy, iż jesteś jedynym człowiekiem, przy którym on w ogóle mruczy.
Rysiek milczał chwilę, patrząc przez okno na mokry parking, gdzie stał jego stary Fiat Punto z wgniecionym błotnikiem.
— Mam jednoosobowe mieszkanie na Bielawach. Trzydzieści dwa metry. Nikt go tam nie będzie wyciągał spod wanny.
— Czynsz za pobyt w fundacji i tak nie zostanie ci zwrócony za te dziesięć dni formalności — powiedziała Zuzanna, podając mu teczkę z dokumentami adopcyjnymi. — Ale to jedyny koszt.
Podpisał umowę przy biurku, nie siadając, stojąc, jak ktoś, kto się boi, iż jeżeli usiądzie, to się rozmyśli. Zuzanna wypisała zaświadczenie o adopcji, przystawiła pieczątkę fundacji, oddała mu kopię do ręki.
Trzy tygodnie później przyszła do niego z wizytą, bo akurat przejeżdżała przez Bielawy po zmianie karmy dla innego podopiecznego. Kajtek leżał na oknie, w pasie słońca, i mruczał głośno, swobodnie, bez tego dawnego, przyduszonego tonu na granicy słuchu. Rysiek siedział przy stole z laptopem, nie dotykając kota, nie patrząc choćby w jego stronę — a kot sam, bez wołania, przeszedł przez cały pokój i położył się mu na butach.













