Nazywam się Beata, mam pięćdziesiąt sześć lat i od jedenastu pracuję jako pielęgniarka środowiskowa w przychodni na wrocławskim Krzykach. Chodzę po domach, mierzę ciśnienie starszym pacjentom, robię zastrzyki, czasem po prostu siedzę pięć minut dłużej, bo ktoś chce pogadać. Państwo Zarembowie byli u mnie na liście od dawna — Henryk miał cukrzycę, ja przychodziłam do niego co tydzień z glukometrem i strzykawkami. To dzięki temu poznałam ich córkę, Martę, i całą tę historię, o której teraz opowiem, choć widziałam z niej tylko fragmenty — resztę zszywałam sama, jak zawsze.
Mieszkanie Zarembów stało przy Grunwaldzkiej, w bloku z lat siedemdziesiątych, z windą, która jeździła jak w zwolnionym tempie i skrzypiała na każdym piętrze. W kuchni zawsze pachniało smażonym boczkiem, na parapecie stał kaktus, który nikt nie podlewał, a mimo to rósł. Henryk miał firmę meblarską pod Oleśnicą — zaczynał w dziewięćdziesiątym drugim od małego warsztatu z dwoma stolarzami, a skończył na hali produkcyjnej, sklepie firmowym i trzech kamienicach, które wynajmował. Rodzina długo mieszkała skromnie, dzieci uczono liczyć każdą złotówkę.
Byłam u niego akurat na wizycie, kiedy przyszła Marta. Miała wtedy trzydzieści cztery lata, dwie córeczki, mąż inżynier w firmie produkującej pompy ciepła pod Wrocławiem. Usiadła przy stole, matka — pani Krystyna — postawiła przed nią talerz z plackami ziemniaczanymi, ja mierzyłam Henrykowi ciśnienie i słyszałam wszystko, bo w tej kuchni akustyka jest taka, iż choćby szept dociera do łazienki.
— Tato, powiedz szczerze — zaczęła Marta — czy ty kiedykolwiek komuś po prostu pomogłeś? Nie pożyczyłeś, nie dałeś pod warunkiem, iż oddadzą co do grosza, tylko powiedziałeś: masz, akurat teraz ci się przyda?
Henryk nie odrywał wzroku od telewizora, gdzie leciały wiadomości sportowe.
— Twój brat dostał samochód po dwudziestce.
— Bo pracował u mnie — mruknął, nie patrząc.
— Dwa dni w tygodniu po parę godzin.
— Uczył się zawodu.
Pani Krystyna poprawiła serwetkę i powiedziała cicho:
— Martusiu, znowu zaczynasz.
— Ja tylko pytam.
Henryk odłożył pilota.
— Przyszłaś tu liczyć, co komu dałem?
— Przyszłam do mamy na placki.
— To jedz placki.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko aparat do mierzenia ciśnienia i telewizor. Ja udawałam, iż jestem zajęta mankietem, choć w środku aż mnie skręcało — bo znałam tę rodzinę na tyle, żeby wiedzieć, jak to się zwykle kończy.
Brat Marty, Kacper, faktycznie miał inne życie. Kiedy potrzebował laptopa — zamawiali od razu. Kiedy chciał spróbować pracy u ojca — przyjmowano go od jutra. Kiedy oświadczył się swojej dziewczynie — Henryk sam załatwił mieszkanie na Muchoborze Wielkim, dwa pokoje, wykończone, umeblowane. Starsza siostra, Ola, dawno machnęła na to ręką — mąż zarabiał dobrze, miała swoje mieszkanie na Krzykach, dzieci w liceum, po co się kłócić z ojcem.
Marta wyszła za Tomasza, inżyniera, dziesięć lat temu. Mieli małe, czterdziestometrowe mieszkanie na Kozanowie, stary polonez zamieniony potem na używaną octavię, i dwie córki — Zosię i Helenkę. Mieszkanie zrobiło się ciasne: rowerek na balkonie ledwo się mieścił między pudłami, w salonie stał składany stolik do rysowania, a szafy pękały od dziecięcych ubranek.
Widziałam Tomasza może z pięć razy, ale zapamiętałam go dobrze — spokojny, mówił mało, ale konkretnie. Kiedyś, gdy przyszedł odebrać Martę po wizycie u ojca, usłyszałam, jak mówi jej w progu:
— Oglądałem dziś mieszkania.
— I?
— Jest dobra oferta na Jagodnie. Nowe budownictwo, trzy pokoje, porządna kuchnia.
— Ile?
Podał kwotę — coś koło ośmiuset tysięcy złotych za całość, z czego brakowało im jakichś trzystu.
Marta się roześmiała, tak jak się śmieje człowiek, któremu wcale nie jest do śmiechu.
— To musimy sprzedać to mieszkanie, wziąć gigantyczny kredyt i jeszcze załatwić kotu etat.
— Kota zostaw, on i tak trzyma tę rodzinę psychicznie.
— Poważnie, Tomek. Brakuje nam naprawdę dużo.
— A może porozmawiasz z ojcem? — powiedział wtedy, a ja właśnie wychodziłam z mieszkania Henryka i słyszałam to na klatce schodowej, bo drzwi były uchylone. — Ma przecież te kamienice. Jedną wynajmuje, druga stoi prawie cały czas pusta.
— Właśnie dlatego będzie stała pusta jeszcze dziesięć lat.
— Marta, nie prosimy, żeby nam coś podarował. Może pożyczyłby część. Oddamy.
Milczała długo. Potem westchnęła.
— Dobrze. Zapytam raz. I więcej do tego nie wracamy.
Tę rozmowę, o której teraz opowiem, znam już z relacji pani Krystyny — dzwoniła do mnie później, bo akurat miałam przyjść z zastrzykiem, i chciała odwołać wizytę, bo, jak powiedziała, „u nas dziś ciężko". W sobotę Marta przyjechała sama. Henryk grzebał przy garażu, zobaczył ją i zdziwił się:
— A dzieci gdzie?
— Z Tomkiem zostały.
— Wchodź, matka pierogi lepi.
Przy stole Marta długo nie mogła przejść do rzeczy. Matka opowiadała o sąsiadce z parteru, ojciec pokazywał zdjęcia nowej hali produkcyjnej. W końcu Marta odstawiła filiżankę.
— Tato, chcę porozmawiać.
— Słucham.
— Szukamy większego mieszkania.
— I dobrze, dawno wam ciasno.
Ożywiła się.
— Znaleźliśmy trzy pokoje na Jagodnie. choćby jak sprzedamy nasze, zabraknie sporej kwoty. Chciałam cię prosić o pożyczkę części pieniędzy. Zrobimy harmonogram, będziemy spłacać co miesiąc.
Henryk przestał się uśmiechać.
— Ile?
Podała sumę — sto pięćdziesiąt tysięcy złotych.
— Nie.
— To wszystko? — spytała, czekając na jakieś wyjaśnienie.
— A co jeszcze?
— choćby nie skończyłam mówić.
— A co tu mówić. Duża kwota. Z firmy nie będę wyciągał.
— Nie prosiłam z firmy. Masz oszczędności.
Podniósł wzrok gwałtownie.
— Skąd wiesz, iż mam?
— Tato, masz kilka nieruchomości.
— To moja sprawa.
— Dobrze. To może pozwolisz nam pomieszkać w tej kamienicy przy Kamiennej? Ona teraz stoi pusta. Wynajmiemy swoje, szybciej zbierzemy resztę.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo dziś pomieszkacie, jutro zrobicie remont, pojutrze uznacie, iż to już wasze.
Marta patrzyła na niego bez słowa. Pani Krystyna spróbowała jeszcze:
— Henryk, może chociaż na rok?
— Nie. Niech sami rozwiążą swoje sprawy.
— Tato, masz dwie wnuczki.
— I co z tego.
Odsunął filiżankę.
— Sama wybrałaś Tomasza. Nie zabraniałem. Teraz budujcie życie razem.
Marta wstała powoli.
— Dobrze.
— Nie obrażaj się.
— Nie zamierzam się kłócić.
— No to dobrze.
Kiedy przyszłam następnym razem zmierzyć Henrykowi cukier, pani Krystyna wyglądała, jakby nie spała od tygodnia. Powiedziała mi wtedy jedno zdanie, którego nie zapomnę: „Beatko, ja wiem, iż on się boi, iż jak da, to przestaną go szanować. A robi dokładnie odwrotnie". Nie skomentowałam, bo to nie moja rodzina i nie moja sprawa — ale zapisałam to sobie gdzieś w środku.
Minęło kilka miesięcy. Dowiedziałam się reszty od samej Marty, którą spotkałam przypadkiem na targu przy Gaju, gdzie kupowałam pomidory. Powiedziała, iż sprzedali kozanowskie mieszkanie, wzięli kredyt na dwadzieścia pięć lat i jednak kupili te trzy pokoje na Jagodnie — bez pomocy ojca, z pieniędzmi od teściów Tomasza, którzy sprzedali działkę pod Oławą i dołożyli sto tysięcy złotych bez żadnych warunków i bez pytania, kiedy odda.
A potem, jakieś dwa lata później, zadzwoniła do mnie sama pani Krystyna — nie w sprawie ciśnienia, tylko żeby opowiedzieć, bo, jak powiedziała, "musiała komuś to powiedzieć, a koleżanki by oceniały". Henryk zachorował poważnie, trafił do szpitala na Borowskiej, i to właśnie Marta, nie Kacper i nie Ola, brała urlop, woziła go na wizyty, siedziała po nocach. Kacper wtedy akurat "miał dużo w pracy". Ola "nie mogła zostawić dzieci".
Kiedy Henryk wrócił do domu, ozdrowiały już na tyle, żeby usiąść przy stole, wezwał notariusza. Marta była przy tym — widziała papiery, widziała, jak ojciec podpisuje darowiznę tej samej kamienicy przy Kamiennej, o którą prosiła dwa lata wcześniej. Ale nie na jej nazwisko. Na fundację, którą jeszcze w szpitalu założył razem z panią Krystyną — dla dzieci z domów dziecka z powiatu oleśnickiego, pod nazwą, w której było imię jego zmarłego brata.
Marta, jak mi powiedziała jej matka, nie płakała i nie robiła sceny. Wzięła teczkę z odpisem aktu notarialnego, którą ojciec sam jej podał — "żebyś wiedziała, iż to nie przez ciebie, córko, to po prostu tak ma być" — i schowała ją do torebki. Powiedziała tylko: "Dobrze, tato. To twoje prawo". I wyszła kupić dzieciom lody, bo obiecała.
Nikt nikomu niczego nie wybaczył na głos, nikt się nie pogodził przy wzruszającej muzyce w tle. Ale kiedy następnym razem przyszłam z glukometrem, na lodówce wisiało nowe zdjęcie — Marta z córkami i z ojcem, zrobione w ogrodzie tej samej kamienicy przy Kamiennej, w dniu, kiedy fundacja przywiozła tam pierwszą grupę dzieciaków na piknik. Henryk trzymał na kolanach Helenkę, a obok stał termos z kawą, taki sam, jaki zawsze stawiał mi na stole, kiedy przychodziłam mierzyć mu ciśnienie.











