Trzy zwroty w ciągu roku to rekord, którego nikt w schronisku na Bemowie nie chciał bić. Nazywam się Dawid, mam trzydzieści jeden lat, pracuję jako elektryk, i to ja za trzecim razem przywiozłem rudego kocura z powrotem w przenośce.
Na karcie było napisane: Kajtek, kot, wiek nieznany, dwa lata w schronisku, trzy adopcje, trzy powroty. Wolontariusze już choćby nie pytali, komu go następny raz podsunąć. Ja się zgłosiłem, bo moja żona Marta uparła się, iż to będzie prezent dla naszej córki na dziewiąte urodziny.
Pierwsza rodzina — młode małżeństwo z bloku na Ursynowie, balkon z widokiem na parking. Oddali po dwóch tygodniach: agresywny, chowa się, nie wchodzi w kontakt. Druga — kobieta po czterdziestce, kawalerka po remoncie, pachnąca jeszcze farbą. Dziesięć dni. Nie zaadaptował się, syczy, wciska się pod wannę. Trzecia to byliśmy my.
U nas w domu mieszka teściowa, Henryka, sześćdziesiąt dwa lata, była kucharka w szkolnej stołówce, przeszła na emeryturę i wprowadziła się do nas, bo jej mieszkanie na Woli wynajmuje teraz wnuk. Kobieta energiczna, zasadnicza, uważa, iż w domu wszystko powinno być pod kontrolą — łącznie z kotem.
Kajtka przywieźliśmy w sobotę. Wyszedł z przenośki powoli, bez pośpiechu, obwąchał kąt kuchni, minął miskę z wodą i usiadł tyłem do drzwi. Pięć kilo rudego, cichego uporu. Henryka od razu kucnęła przed nim z ręką wyciągniętą.
— No chodź, kiciuś, chodź, pokaż się.
Kot się nie odwrócił. Teściowa spróbowała go pogłaskać — dostała pazurem po przedramieniu, nie głęboko, ale do krwi. Powiedziała tylko: — No, charakterek — i od tamtej pory zaczęła go "oswajać" po swojemu. Codziennie wyciągała go spod łóżka, przynosiła mu karmę prosto pod pysk, próbowała brać na kolana siłą, bo, jak mówiła, "kot musi wiedzieć, kto tu rządzi".
Moja córka Zuzia płakała, iż kot nie chce z nią bawić się piórkiem. Marta pracowała na zmiany w przychodni i wracała zmęczona. Ja wracałem później niż zwykle — nie dlatego, iż nie chciałem być w domu, tylko dlatego, iż w tym domu od pewnego czasu ciągle było o coś napięcie: teściowa z dzieckiem, teściowa z żoną, teściowa z kotem. Ja po prostu nie miałem siły wchodzić w kolejną rundę.
Po tygodniu Henryka postawiła ultimatum: albo kot wraca do schroniska, albo ona się przeprowadza, bo "nie będzie mieszkać ze zwierzęciem, które gryzie ludzi". Zadzwoniłem do schroniska w niedzielę wieczorem.
Przyjęła mnie wolontariuszka, Ola, może trzydziestka, w rozciągniętym szarym swetrze, okulary w cienkiej oprawce zsunięte na koniec nosa. Zapisała powód zwrotu, jaki podałem: "dziecko się rozczarowuje, kot nie chce się bawić, teściowa ma alergię na jego charakter". Nie zapytała nic więcej. Po prostu przyjęła Kajtka z powrotem, podpisała papier i powiedziała do kota cicho: — No co, Kajtek. Witaj z powrotem.
Przez miesiąc nie myślałem o tym kocie. Aż Ola zadzwoniła sama — chciała dopytać, jak zachowywał się u nas pierwszego dnia, dokładnie, krok po kroku. Powiedziałem jej o teściowej, o rękach wyciąganych codziennie, o karmie podsuwanej pod pysk, o próbach brania na kolana na siłę. Zapadła cisza w słuchawce, potem usłyszałem, jak zapisuje coś długopisem.
— A próbowaliście go po prostu zostawić? Bez dotykania, bez przynoszenia mu niczego siłą?
Nie próbowaliśmy. Nikt nie próbował. Rodzina pierwsza brała go na ręce od pierwszego dnia. Druga wyciągała go spod wanny i podsuwała karmę do pyska. My — tak samo, tylko z moją teściową w roli głównej.
W sobotę po tej rozmowie pojechałem do schroniska sam, bez powodu, który mógłbym nazwać. Powiedziałem, iż chcę po prostu zajrzeć. Ola już wychodziła, zostawiła mnie w korytarzu z klatkami długoterminowymi. Światło paliło się tylko w głębi. Usiadłem na krześle naprzeciw klatki Kajtka i nie robiłem nic. Nie wyciągałem ręki, nie mówiłem, nie podsuwałem nic przez siatkę.
Kot siedział tyłem do drzwiczek, ogon owinięty wokół łap, uszy lekko odchylone. Siedziałem tak może dwadzieścia minut, kiedy usłyszałem ten dźwięk. Mruczał. Bardzo cicho, na granicy słyszalności, równo i niskim tonem, jakby gdzieś w nim działał mały, miękki silnik. Włączał się tylko w ciszy. Tylko wtedy, gdy nikt do niego nie sięgał, nie próbował zajrzeć w oczy i nie wpychał karmy pod pysk.
Wtedy zrozumiałem, co powtarzało się trzy razy. Nie kot był problemem. Problemem było to, iż każda rodzina próbowała go przerobić na coś wygodnego dla siebie — od pierwszej minuty, z rękami wyciągniętymi, z presją, żeby zaraz było miło i do zdjęcia na Instagram.
Następnego dnia zadzwoniłem do Marty i powiedziałem jedną rzecz: iż chcę wziąć Kajtka na próbę jeszcze raz, ale na moich warunkach — bez teściowej w tym samym mieszkaniu przez pierwszy miesiąc. Marta długo milczała, potem spytała, czy to na serio o kota, czy o coś więcej. Powiedziałem: o oba.
Henryka wróciła na Wolę tydzień później — wnuk zgodził się przenieść najem na inne mieszkanie, które akurat zwolnił kolega z pracy, a ja dopłaciłem różnicę czynszu, sześćset złotych miesięcznie, żeby nie było długiej dyskusji o tym, kto się przeprowadza. Podpisałem to w umowie podnajmu, którą sam zawiozłem do notariusza na Grójeckiej, żeby było czarno na białym, bez niedopowiedzeń na przyszłość.
Kajtka przywiozłem do domu w środę. Postawiłem przenośkę na podłodze w salonie, otworzyłem zamek i wyszedłem do kuchni zaparzyć herbatę. Nie zawołałem go, nie oglądałem się przez ramię. Zuzia siedziała na kanapie z książką, udając, iż nie czeka. Po czterdziestu minutach kot wyszedł sam, obwąchał nogę stołu, usiadł na dywanie pod oknem — nie w kącie, nie pod meblem — i zaczął myć łapę.
Dziś Kajtek ma swój kąt na parapecie, karmę stawiamy i odchodzimy, nikt go nie bierze na kolana, dopóki sam nie wskoczy. A wskakuje, czasem, wieczorami, kiedy w domu jest naprawdę cicho i nikt niczego od niego nie chce.













