Kot spał z moją żoną. Przytulał się do niej plecami, a mnie odpychał wszystkimi czterema łapami. Rano patrzył na mnie bezczelnie, z kpiącym uśmieszkiem. Złościłem się, ale nic nie mogłem na to poradzić. Ot, pupil, oczko w głowie. Słoneczko i kochany. Żona się śmiała, a mnie wcale nie było do śmiechu.
Dla owego „słoneczka” zawsze smażyła się rybka, potem żona skrupulatnie wyjmowała ości, a chrupiącą, pyszną skórkę układała w zgrabną kupkę obok gorących, parujących jeszcze kawałków mięsa na jego talerzyku.
Kot patrzył na mnie, jakby krzywił się z pogardą, co prawdopodobnie miało oznaczać:
Ty jesteś nieudacznikiem, a prawdziwy pan tutaj to ja.
Dla mnie zostawały te skrawki ryby, które jemu nie przypadły do gustu. Krótko mówiąc: prowadził ze mną cichy pojedynek. Odpłacałem mu, jak tylko mogłem a to odsunąłem go delikatnie od talerza, a to zepchnąłem z kanapy. Wieczna wojna.
Czasami w moich kapciach czy butach lądowały drobne niespodzianki-bomby zegarowe. A żona śmiała się i powtarzała:
Sam jesteś sobie winien i głaskała swego pupila Aleksandra. Szary kot patrzył na mnie z wyższością. Wzdychałem. Cóż począć? Miałem jedną żonę i nie było o czym dyskutować. Musiałem akceptować. Ale tego ranka
Tego ranka, gdy szykowałem się do pracy, nagle usłyszałem w przedpokoju rozpaczliwy krzyk żony. Wbiegłem tam i zobaczyłem niesamowitą scenę sześciokilogramowa kula futra, pazurów i wściekłości rzucała się na moją Urszulę jak byk na czerwoną płachtę.
Kiedy mnie zobaczył, bestia wskoczyła mi na klatkę piersiową i tak mocno mnie popchnęła, iż wyleciałem za próg i upadłem na podłogę. Zerwałem się, chwyciłem krzesło jak tarczę, złapałem żonę za rękę i pociągnąłem do sypialni. Kot, skacząc, uderzył się w nogę od krzesła, wydając z siebie przeszywający krzyk. Ale to go nie powstrzymało dalej nas atakował, póki nie zatrzasnęliśmy drzwi do sypialni.
Słuchaliśmy, jak za drzwiami słychać syk i miauczenie. Potem zaczęliśmy wycierać rany spirytusem i jodyną z apteczki. Śmiejąc się przez łzy, żona zadzwoniła do swojego biura i tłumaczyła, iż nasz kot zwariował i podrapał nas do krwi, więc musimy jechać do szpitala zamiast do pracy. Po niej zadzwoniłem do swojego szefa i powtórzyłem dokładnie to samo. I wtedy
Wtedy cała ziemia zadrżała, a blok zafalował. Usłyszałem trzask tłuczonych szyb w kuchni, a w łazience pękło zewnętrzne okno. Wypuściłem z rąk telefon, zapadła ogłuszająca cisza. Zapominając o kocie, wybiegliśmy do kuchni i spojrzeliśmy w dół przez okno.
Przed domem ziała ogromna dziura. Wokół leżały poszarpane części samochodu. Rozpoznałem dostawczaka sąsiada, który na co dzień jeździł na gazie widocznie butle wybuchły. Na parkingu poprzewracane auta rozkładały koła niczym przewrócone żółwie, w oddali zawyły syreny policyjne i karetek.
Ogłuszeni, w szoku, spojrzeliśmy z żoną jednocześnie na kota.
Siedział w rogu pokoju, przyciskając do piersi złamaną przednią łapkę i cicho zawodząc.
Żona jęknęła, podbiegła do niego i przytuliła go do siebie. Chwyciłem klucze do naszego starego opla i wypadliśmy z mieszkania, zbiegając po schodach, bo winda była popsuta. Siedem pięter pokonaliśmy w milczeniu.
Wybaczcie mi wszyscy poszkodowani w wybuchu, ale my mieliśmy własnego rannego.
Nasze auto na szczęście stało z tyłu bloku. Wsiedliśmy i pognałem do zaprzyjaźnionej lecznicy. W mojej głowie rozbrzmiewał melancholijny fortepian Komedy z radia, a myśli miałem kłębiące się jak przestraszone myszy.
Po godzinie, gdy wychodziliśmy od weterynarza, żona niosła na rękach swoje złoto, a on on oszołomiony, pokazywał wszystkim swoją zabandażowaną łapę. Kiedy usłyszeli, co się wydarzyło, inni w poczekalni zaczęli głaskać Aleksandra po głowie i pocieszać.
Wróciliśmy do domu, a żona znów smażyła kotu ulubioną rybkę. Dokładnie wyjęła kości, chrupiącą skórkę ułożyła w kopczyk. Mi jak zwykle przypadły resztki.
Kot, kulejąc na trzech łapach, podszedł do talerza, spojrzał na mnie z bólem i próbował się skrzywić z pogardą, ale wyszła mu tylko cierpiąca mina.
Ja byłem bardzo zajęty, nie miałem czasu w myślenie. Kiedy w końcu skończyłem, podszedłem i wrzuciłem moją porcję ryby, starannie oczyszczoną z ości, do jego miski.
Kot popatrzył na mnie w milczeniu, zdziwiony. Przytulił bolącą łapę do piersi i cicho zamiauczał pytająco.
Wziąłem go na ręce, przyciągnąłem do twarzy i powiedziałem:
Może i jestem nieudacznikiem. Ale skoro mam taką żonę i takiego kota, to jestem najszczęśliwszym nieudacznikiem na świecie. I pocałowałem go w nos.
Kot cicho zamruczał i machnął głową w moją stronę. Postawiłem go na podłodze, a on, marszcząc nos z bólu, zabrał się za rybkę, a my z Urszulą objęliśmy się i patrząc na niego, uśmiechaliśmy się do siebie.
Od tego czasu kot śpi tylko ze mną. Przenikliwie patrzy mi w twarz, a ja proszę Boga tylko o jedno
by pozwolił mi jak najdłużej widzieć przy sobie ich oboje.
I już niczego więcej nie potrzebuję.
Naprawdę, przysięgam.
Bo to właśnie jest prawdziwe szczęście.













