Trzy krzyżyki na kalendarzu
Beata Wroniecka od dwudziestu jeden lat prowadziła gabinet psychologiczny przy ulicy Grunwaldzkiej w Bydgoszczy, dwie przecznice od hali targowej, gdzie w piątki pachniało wędzoną makrelą aż do samej klatki schodowej. Do niej trafiali rodzice, którzy już nie wiedzieli, co robić. We wtorek o siedemnastej trzydzieści na fotelu naprzeciwko usiadła Marta Dębicka, matka szesnastoletniego Kuby, i od razu zaczęła mówić, zanim jeszcze zdjęła kurtkę.
— Znalazłam w jego plecaku coś, czego nie umiem nazwać. Torebeczkę. Malutką, z zamkiem strunowym. I on twierdzi, iż to nie jego, iż koledze przechowuje.
Beata nie sięgnęła po notes od razu. Zapytała, jak wygląda ich wieczór w środę, bo to zwykle mówi więcej niż sama torebeczka.
— W środę? Ja gotuję, on siedzi w pokoju z drzwiami zamkniętymi, ja pukam, pyta, czy coś jadł, mówi, iż tak. To wszystko.
— A kiedy ostatni raz siedzieliście razem dłużej niż piętnaście minut, nie licząc jedzenia?
Marta policzyła w pamięci i nie znalazła odpowiedzi.
Mąż zmarł, kiedy Kuba miał jedenaście lat — wypadek na obwodnicy, karambol w gęstej mgle, dwa auta, jeden wyrok w zawieszeniu dla kierowcy ciężarówki. Od tamtej pory Marta pracowała na dwóch etatach: w dzień w przychodni jako rejestratorka, wieczorami sprzątała biurowiec przy Focus Mall. Pieniądze się zgadzały, opłaty szły co miesiąc, a syn zostawał sam od piętnastej do dwudziestej pierwszej.
— On nie jest zły — powiedziała Marta. — On po prostu… zniknął mi gdzieś między jedenastym a szesnastym rokiem życia. Ja to przegapiłam.
Beata poprosiła, żeby przyprowadziła Kubę na kolejne spotkanie. Chłopak przyszedł w czwartek, w bluzie z kapturem, i pierwsze dwadzieścia minut odpowiadał jednym słowem albo wzruszeniem ramion. Dopiero kiedy Beata zapytała nie o narkotyki, tylko o to, kiedy ostatni raz ktoś go o coś zapytał i naprawdę czekał na odpowiedź, chłopak uniósł podbródek znad rękawa bluzy.
— Nikt nie pyta. Pytają, czy zjadłem. To nie jest pytanie o mnie.
Torebeczka, jak się okazało po dwóch tygodniach, rzeczywiście należała do kolegi z klatki obok — ale Kuba przyznał, iż sam palił trawkę trzy razy, na klatce schodowej bloku przy Kujawskiej, z chłopakami starszymi o dwa lata. Nie dlatego, iż mu smakowało. Dlatego iż ktoś tam zapytał, jak się czuje, i usiadł obok na betonowym schodku dłużej niż piętnaście minut.
Beata powiedziała to Marcie wprost, bez owijania w bawełnę: dziecko nie szuka substancji, dziecko szuka kogoś, kto usiądzie obok na dłużej niż potrzeba, żeby zapytać o obiad. jeżeli tego nie dostanie w domu, znajdzie na klatce schodowej, w piwnicy, na ławce przy Starym Rynku.
Marta wróciła do domu i przez dwa tygodnie nic nie zmieniła — bo zmiana grafiku sprzątania biurowca oznaczała utratę czterystu złotych miesięcznie, a na to nie było jej stać. Aż pewnego wieczoru, gdy wracała z drugiej pracy o dwudziestej drugiej, zobaczyła przez okno klatki schodowej sylwetkę syna siedzącego na schodku razem z tymi samymi starszymi chłopakami. Papieros krążył z ręki do ręki. Nie wiedziała, czy to zwykły, czy nie.
Weszła i stanęła przy drzwiach wejściowych, nie od razu podchodząc. Jeden z chłopaków trącił łokciem drugiego, ktoś zgasił papierosa o krawędź schodka za wcześnie, zanim doszedł do połowy. Kuba spojrzał na matkę, potem gwałtownie odwrócił wzrok, jakby liczył, iż ona pójdzie dalej, na górę, iż to jeszcze poczeka.
Ona nie poszła dalej. Usiadła obok niego na zimnym betonie, w płaszczu, w którym całą zmianę myła podłogi w biurowcu, nie mówiąc nic o papierosie, nie mówiąc nic o godzinie. Starszy z chłopaków wstał pierwszy, mruknął coś o tym, iż musi lecieć, drugi poszedł za nim po chwili, wolniej, jakby czekał, aż sytuacja sama się rozwiąże. Kuba został, bo nie miał dokąd pójść bez wstawania.
— Jadłeś coś dobrego dzisiaj? — zapytała Marta. — Bo ja nie, i nogi mnie bolą od stania cały dzień. Usiądziesz ze mną chwilę, zanim pójdziemy na górę?
Kuba nie odpowiedział od razu. Patrzył na miejsce, gdzie przed chwilą siedzieli koledzy, potem na matkę w za dużym płaszczu, pachnącą płynem do mycia podłóg. Wstał pierwszy on, nie ona, i podał jej rękę, żeby pomóc się podnieść z betonu.
To nie rozwiązało niczego od razu. Ale następnego dnia Marta zadzwoniła do kierowniczki sprzątania i poprosiła o zmianę grafiku — środy i piątki wieczorem wolne, kosztem dwóch sobotnich zmian zamiast jednej. Kierowniczka się zgodziła, choć niechętnie, bo brakowało rąk do pracy przy dużych biurowcach.
Na spotkaniu miesiąc później Beata zapytała, co się zmieniło.
— W środy gotujemy razem — powiedziała Marta. — On kroi, ja mieszam. Rozmawiamy o głupotach, o serialu, o tym, iż nauczycielka od chemii jest niesprawiedliwa. Nie o narkotykach. Nigdy o narkotykach wprost.
— A on wraca na klatkę schodową?
— Rzadziej. — Marta wyjęła z torebki kalendarz kieszonkowy, w którym środy i piątki miała zaznaczone czerwonym krzyżykiem, cztery tygodnie z rzędu. — Powiedział mi w zeszłym tygodniu, iż ci starsi chłopcy go teraz nudzą, bo mówią cały czas o tym samym.
W kuchni tego wieczoru Kuba kroił marchewkę na zbyt grube plastry, a Marta mieszała zupę, nie poprawiając go.
— Ta chemiczka naprawdę was gnębi? — zapytała.
— Bardziej niż myślisz. — Kuba odłożył nóż i sięgnął po następną marchewkę. — Powiedziała, iż kto nie zda kartkówki, będzie ją pisał w czasie wolnym. To bez sensu, przecież wtedy nikt nie ma wolnego.
Marta się roześmiała, a Kuba, patrząc na garnek, dodał ciszej, bardziej do zupy niż do niej:
— Fajnie, iż dzisiaj środa.












