Roman Paczka zdjął z palca obrączkę, położył ją przy zlewie i nalał wrzątku do kubka z herbatą lipową. Miał zamiar usiąść przed telewizorem, ale zza drzwi naprzeciwko rozległo się drapanie tak gwałtowne, iż pomyślał, iż ktoś ciągnie po korytarzu mebel. Potem zawyło. Krótko, nisko, jak syrena na starym transporcie.
Otworzył. Nutka, czarno-biała suka border collie Haliny Czarnoty, stała na wycieraczce z pyskiem przy futrynie. Nie kręciła się, nie machała ogonem. Przestępowała z łapy na łapę, a jej pazury skrzypiały o płytki.
— Halina! — zawołał Roman. — Jest tam pani?
Za drzwiami nikt nie odpowiedział. Nutka odwróciła się do niego, szczeknęła raz, potem znowu przypuściła atak na dolną krawędź drzwi, jakby chciała je podważyć zębami.
Roman sięgnął do szuflady w przedpokoju po klucz. Halina dała mu go w marcu, po tym jak skręciła kostkę na oblodzonym chodniku przy przystanku linii 107 i bała się, iż nie dojdzie do domofonu. Wisiał tam nadal, przypięty do tekturki z wypisanym jej numerem telefonu.
Przekręcił zamek.
Nutka wpadła do ciemnego przedpokoju, ale nie skręciła do kuchni, gdzie zwykle dostawała psie ciasteczko. Pomknęła korytarzem, zatrzymała się na moment, obróciła łeb, szczeknęła i popędziła w głąb mieszkania. Roman ruszył za nią, lawirując między rozrzuconymi kapciami i otwartym słownikiem krzyżówkowym.
W dużym pokoju znalazł Halinę na podłodze. Leżała na boku, z policzkiem przy beżowym dywanie, nogą wykręconą w stronę stolika. Przy niej kucała Nutka i lizała ją po uchu.
— Chyba złamałam biodro — powiedziała Halina głucho. — Wstałam sprawdzić, kto dzwonił domofonem. Świat mi się zakołysał i uderzyłam o podłogę.
Roman uklęknął. Nie próbował jej podnosić. Zsunął z oparcia fotela koc w kratę i owinął jej plecy.
— Gdzie telefon?
— W kuchni, na parapecie. Ładuje się od rana. Za daleko.
Wyjął swój. Wystukał 112. Podał adres: ulica Ogrodowa 12, drugie piętro, klatka B. Dodał, iż winda od tygodnia nie działa i iż do urazu doszło podczas wstawania. Dyspozytorka kazała nie ruszać kobiety, zdjąć jej tylko okulary, gdyby miała, i zostać na linii.
Nutka położyła się wzdłuż boku Haliny i oparła pysk na jej dłoni.
— Dobrze, Nutka. Dobrze — powiedziała Halina i poruszyła palcami.
Roman popatrzył na okno. Za nim, nad dachami Białegostoku, zapalały się pomarańczowe latarnie, a ścianą bloku niósł się zapach mokrej kory i dymu z ogniska.
Ratownicy przyjechali po czternastu minutach. W drzwiach stanęli najpierw kobieta w różowych rękawiczkach, potem mężczyzna z krótko przystrzyżoną brodą. Podali coś przeciwbólowego, przełożyli Halinę na deskę, a Nutka cały czas chodziła między nimi, obwąchując torby i piszcząc cienko, kiedy za mocno zaciskali pasy.
Ewa przyjechała z Gdańska nazajutrz rano. Srebrną toyotą corollą, bez bagażu, tylko z torbą na ramieniu. W szpitalu okazało się, iż to pęknięcie szyjki biodra bez przemieszczenia. Halina spędziła trzy tygodnie na oddziale rehabilitacji, a Nutka u Romana i Ireny. Irena narzekała, iż czarno-biała sierść wplątuje się w frędzle dywanu, ale co wieczór wyjmowała psu matę przy kaloryferze.
W pierwszy piątek po powrocie Halina poprosiła Romana, żeby przyszedł do niej z wiertarką. W przedpokoju wyznaczyła mu miejsce na wysokości dzwonka.
— Zamontujesz mi kasetkę na klucz. Siedem, cztery, dwa, jeden — podała mu cyfry z karty bibliotecznej, którą wyciągnęła z pudełka po czekoladkach. — Dwa razy sprawdź, czy dobrze ustawiłeś.
Roman wywiercił dwa otwory, przykręcił metalową kasetkę. Halina wsunęła do środka zapasowy klucz, ten sam, który dotąd wisiał u niego w szufladzie. Potem powiesiła obok kartkę w foliowej koszulce: „Ratownicy: kod 7-4-2-1. W razie upadku pies nie otwiera drzwi. Proszę najpierw do kuchni — tam jest moja lista leków”.
Na stole w kuchni leżały trzy egzemplarze umowy. Nagłówek: „Całodobowe Centrum Teleopieki”. Halina podpisała je poprzedniego wieczoru, przy herbacie z malinowym sokiem. W umowie stała roczna opłata: 1 399 zł. Wisiorek z czerwonym przyciskiem wisiał jej na szyi, na czerwonym sznurku.
W niedzielę przyjechała Ewa. Weszła z torbą świeżych bułek. Zauważyła kasetkę, przeczytała kartkę, potem wzięła folder z umową. Przerzuciła strony, zatrzymała się na kwocie.
— Mogłaś to po prostu powiedzieć, zamiast wydawać pieniądze — powiedziała i rzuciła folder na stół.
— Mogłam — przyznała Halina. — Ale wtedy byłby to twój pomysł.
Ewa oparła się o lodówkę. Nutka podeszła do niej i trąciła nosem w kolano.
Halina nacisnęła przycisk na wisiorku i przytrzymała trzy sekundy. Z głośniczka popłynął głos:
— Centrala monitoringu, dzień dobry. Czy wszystko w porządku?
— Dzień dobry. Testuję, bo córka nie wierzy, iż to działa.
— Słyszę panią wyraźnie. To jest test, prawda?
— Tak. A psa pani słyszy?
W tle Nutka szczeknęła, krótko i czysto.
— Słyszę psa — odpowiedziała operatorka. — Border collie, jeżeli się nie mylę?
— Zgadza się.
— To bardzo czujny pies. Proszę pamiętać, test zakończony.
Połączenie przerwał sygnał. Ewa pozbierała bułki z blatu i włożyła je do koszyka. Nie powiedziała już ani słowa o przeprowadzce. Nutka ułożyła się pod stołem, przy stopach Haliny, i westchnęła tak, jak wzdychają psy, które przez cały dzień pilnowały porządku.














