W grudniu we Wrocławiu ciemno zapada już o czwartej po południu. Może dlatego Łukasz do ostatniej chwili nie mógł się pozbyć wrażenia, iż ten wieczór od początku pachnie kłopotami. Z kuchni szło ciepło goździków i pieczonej kaczki. Alicja, jego żona, od rana stała przy garach, bo obiad miał być nie tyle rodzinny, co ratunkowy.
Przy stole siedział Roman Wysocki — starszy analityk z banku, który miał zdecydować, czy Łukasz dostanie kredyt na rozbudowę warsztatu samochodowego. Osiemdziesiąt tysięcy złotych. Bez tego nie było mowy o nowym podnośniku, drugim stanowisku i umowie z flotą kurierską. Krystyna, teściowa, zaprosiła go pod pretekstem „pomocy zięciowi”. Łukasz wiedział, iż to pretekst. Krystyna od trzech lat powtarzała córce, iż mechanik z Nadodrza to nie partia dla dziewczyny po prawie.
— No to próbujemy — Alicja postawiła na stole półmisek z piersią kaczki. Sos żurawinowy lśnił w porcelanowym sosjerku. — Romanie, to moja popisowa…
Nie dokończyła. Krystyna poderwała się z krzesła, aż zabrzęczały kryształowe kieliszki.
— Ani się waż! — wyrwała mężowi widelec. — Przecież to czysta trucizna. Wącham od drzwi. Ktoś tu wlał ocet i choćby nie spróbował.
Łukasz zamarł z dłonią na krawędzi stołu. Alicja stała z półmiskiem, a na jej twarzy nie było choćby zdziwienia — tylko ta szczególna bladość, jak u kogoś, kto nagle słyszy za plecami pęknięcie lodu.
— Mamo, o czym ty mówisz? — zapytała.
— O sosie! — Krystyna chwyciła sosjerkę i pociągnęła nosem. — Kwaśne jak ocet spirytusowy. Roman ma wrzody, nie wolno go tak karmić. Ja od razu wiedziałam, iż będzie wpadka. Na szczęście przywiozłam swoją pieczeń.
Postawiła na stole emaliowany garnek, z którego buchało majerankiem i czosnkiem. Gość z banku odsunął talerz. Zapadła cisza, w której słychać było tylko tykanie zegara z kukułką i wiatr niosący śnieg po ulicy Jedności Narodowej.
Łukasz popatrzył na żonę. Ta nie krzyczała, nie broniła się. Odstawiła półmisek na stół i podeszła do kuchenki. W garnku po sosie zostało ciemne, rudawe błoto. Alicja zanurzyła w nim łyżkę i spróbowała.
— Ocet — powiedziała cicho. — Wcześniej go tu nie było.
— Oczywiście, iż był! — Krystyna teatralnie przycisnęła serwetkę do piersi. — Tylko ty nie umiesz gotować. Zawsze ci to mówiłam: lepiej byś poszła na kurs zupy pomidorowej niż męczyła tego chłopaka swoimi eksperymentami.
Łukasz patrzył, jak Krystyna rozkłada na talerzach swoją pieczeń. W białym obrusie, ze złotą broszką pod szyją, wyglądała jak kobieta, która przyszła na pogrzeb i przypadkiem wygrała los na loterii. Roman milczał. Jego twarz niczego nie zdradzała, ale Łukasz wiedział, iż bankier nie pożyczy pieniędzy komuś, kogo teściowa nazywa ofiarą losu przy niedzielnym obiedzie.
— Weź, Romanie, to bezpieczne — Krystyna nałożyła mu solidną porcję. — A wy, dzieci, skosztujcie potem. Jak odsapnę, to Alicji pokażę jeszcze raz, jak się robi sos bez octu.
— Nie musicie jej pokazywać — odezwał się Łukasz.
Krystyna uniosła brwi.
— Słucham?
— Mówię, iż nie musi pani pokazywać. Bo w tym garnku stoi sos z jednej partii. A na stole, w sosjerce, była druga. Alicja od rana zrobiła dwie.
W pokoju zrobiło się bardzo cicho. Roman odłożył nóż i oparł brodę na dłoni. Krystyna patrzyła na Łukasza, jakby ten nagle przemówił po chińsku.
— Co ty wygadujesz? — prychnęła. — Jaka druga partia? Sama widziałam, jak ona lała z tego garnka!
— Z tego garnka polaliśmy tylko pani talerz — Łukasz wstał i wyjął z szuflady mały szklany flakon. — Bo szwagierka dzwoniła rano i powiedziała, iż pani chwali się w rodzinie, jak to popsuje Alicji obiad. Więc żona zostawiła w garnku próbkę. Tę z octem.
Krystyna otworzyła usta i zamknęła. Łukasz postawił flakon na stole. Był ciemny, apteczny, z ceną dwanaście złotych na naklejce. Nie pachniał już octem — pachniał czymś metalicznym, jak przegrzane żelazko.
— Co to za bzdury z flakonem? — Krystyna podniosła brodę. — Tego w życiu nie widziałam!
Wtedy Alicja wróciła z sypialni z laptopem pod pachą. Postawiła go na kredensie, obok kompotu z wiśni. Kilka kliknięć i na ekranie pojawił się obraz z kamery zamontowanej w kuchni. Kamera wisiała tam od lata, bo szczeniak owczarka podlaskiego gryzł kable od piekarnika.
Na nagraniu Krystyna wyjmowała z kieszeni płaszcza flakonik. Rozejrzała się, wsłuchała, po czym przechyliła go nad garnkiem. Dwa razy. Potem zamieszała drewnianą łyżką, oblizała palec i z obrzydzeniem wytarła go w fartuch Alicji.
Roman Wysocki wstał. Powoli, jak ktoś, kto do czegoś dojrzał. Złożył serwetkę, położył ją obok talerza.
— Panie Łukaszu — powiedział — jutro o ósmej rano ma pan spotkanie w oddziale. Dokumenty proszę przynieść. Kredyt dostanie pan.
Łukasz nie zdążył podziękować, bo Krystyna zerwała się od stołu.
— To jakaś pułapka! — krzyknęła. — Oni to ukartowali! Roman, oni cię oszukują! Ta dziewczyna nagrywała własną matkę!
— To pani jest matką? — Roman spojrzał na nią z chłodnym zdumieniem. — W takim razie tym bardziej nie rozumiem, dlaczego chce pani zniszczyć córce obiad, na którym miało się rozstrzygnąć jej życie.
Krystyna złapała torebkę. W przedpokoju trzasnęła drzwiami tak, iż osypał się tynk z framugi. Na schodach przez chwilę grały jeszcze jej kroki, potem na dole trzasnęła druga, cięższa klatkowa. Łukasz podszedł do okna. Widział, jak teściowa maszeruje przez podwórze, omijając zdeptany śnieg, i wsiada do tramwaju w stronę Placu Grunwaldzkiego. W kieszeni miał klucz do jej mieszkania.
Ten klucz miał niedługo przestać być potrzebny. Następnego dnia po podpisaniu umowy z bankiem Łukasz zadzwonił do agencji nieruchomości i wynajął dla teściowej kawalerkę przy ulicy Piłsudskiego. Cena: tysiąc osiemset złotych miesięcznie. Wiedział, iż Krystyna nigdy się tam nie wprowadzi. Nie o to chodziło. Zapłacił za pierwszy miesiąc i poprosił, żeby klucze wysłano jej kurierem.
Po trzech dniach Krystyna stała na wycieraczce przed ich mieszkaniem. W jednej ręce trzymała kopertę z umową najmu, w drugiej — ciasto z budyniem. Łukasz otworzył drzwi. Nie powiedział nic. Wziął ciasto, bo było ciepłe. Koperty nie tknął.
— To ma być wygnanie? — spytała.
— Nie. To ma być twoje mieszkanie, jak przyjdziesz w odwiedziny do wnuka za dwa lata.
Cofnęła się o krok. Wtedy właśnie brzdęknęła w korytarzu obroża psa, który porwał się jak szalony na dźwięk domofonu. Łukasz powiesił smycz na haku obok lustra, potem zamknął drzwi. Nie na klucz — na zamek automatyczny. W środku został z psem, kaczką z wczorajszego obiadu i żoną, która myła szklanki w kuchni, nucąc kolędę.
Na parapecie leżał flakon po occie. Łukasz wrzucił go do kosza. Spadł na dno, między skorupki jajek a skórkę z mandarynek. Pies polizał mu dłoń i usiadł przy nodze, bo właśnie z kuchni zapachniało drugą kolacją — żurawiną i goździkami.














