Każdy za siebie
Mamo, choćby nie wyobrażasz sobie, co się teraz dzieje na rynku nieruchomości Paweł nerwowo przerzucał stertę wydruków, raz układając je równo, raz rozrzucając wachlarzem na kuchennym stole. Ceny rosną co tydzień. jeżeli nie wpłacimy zaliczki teraz, ta mieszkanie sprzątnie nam ktoś sprzed nosa.
Zofia przesunęła do syna filiżankę zimnej już herbaty i usiadła naprzeciwko. Na wydrukach migały rzuty, liczby, harmonogramy spłat. Trzypokojowe w nowym bloku, osobny pokój dla Miłosza i Zośki, wreszcie własna przestrzeń.
Ile brakuje?
Trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych Paweł potarł nasadę nosa. Wiem, iż to dużo. Ale Kasia już zaczyna wariować, dzieci rosną, a my wciąż po cudzych kątach…
Zofia patrzyła na syna i widziała tego samego chłopca, który kiedyś przynosił jej naręcza polnych kwiatów. Trzydzieści pięć lat, dwójka dzieci, a ta zmarszczka między brwiami dokładnie taka jak wtedy, gdy martwił się, iż nie odrobił zadania domowego.
Mam oszczędności. Trochę się uzbierało na koncie.
Mamo, oddam ci wszystko, obiecuję. Jak tylko się ustabilizuje, zacznę odkładać.
Pochyliła się i położyła swoją spracowaną od gotowania i sprzątania dłoń na jego ręce.
Paweł, to przecież dla wnuków. Nie ma o czym rozmawiać w kwestii zwrotu. Rodzina to ważniejsze niż pieniądze.
W oddziale banku Zofia wypełniała formularze drobnym, schludnym pismem, jakie wyrobiła przez lata pracy w księgowości. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy praktycznie wszystko, co odkładała odkąd została wdową. Na czarną godzinę, na wszelki wypadek, na nigdy nie wiadomo.
Paweł uściskał ją w kasie, nie zwracając uwagi na zniecierpliwionych ludzi.
Jesteś najlepsza, mamo. Naprawdę. Nigdy tego nie zapomnę.
Zofia poklepała go lekko po plecach.
Idź już, Kasia pewnie czeka.
…Pierwsze miesiące po przeprowadzce zlewały się w niekończący się karuzelę kursów przez całe miasto. Zofia przywoziła siaty z Biedronki kurczak, kasza, masło, serek dla dzieci. Pomagała Kasi wieszać firanki, składać meble, szorować podłogi jeszcze pełne budowlanego kurzu.
Miłosz, ostrożnie z młotkiem! wołała, jednocześnie przypinając zasłony i tłumacząc synowej, jak się robi prawdziwe gołąbki.
Kasia przytakiwała, z nosem w telefonie. Paweł wpadał wieczorami, wykończony po pracy, jadł gwałtownie coś, co zrobiła mama, i znikał.
Dzięki, mamo, rzucał przez ramię. Bez ciebie byśmy nie dali rady!
…Pół roku później znajomy numer na wyświetlaczu.
Mamo, sprawa jest… w tym miesiącu rata kredytu zbiegła się z naprawą samochodu. Trzy tysiące brakuje.
Przelała pieniądze bez pytania. Młodym ciężko, wiadomo. Dzieci małe, wydatki duże, pracę mają stresującą. Staną na nogi oddadzą. Albo i nie. Co za różnica, kiedy chodzi o własnych.
Lata płynęły jak Wisła po wiosennych roztopach. Miłosz skończył siedem lat Zofia kupiła mu wymarzonego Lego. Zośka kręciła się w nowej, różowej sukience z cekinami, identycznej jak miała bajkowa księżniczka.
Babciu, jesteś najfajniejsza! Zośka rzuciła jej się na szyję, pachnąca szamponem dla dzieci i krówkami.
Każdy weekend zabierała wnuki do siebie albo na przedstawienie, do parku, na lody. Kupowała zabawki, książki, drobne słodycze. Kieszenie jej starego płaszcza zawsze były pełne landrynek i chusteczek.
Pięć lat minęło w tej dobrowolnej, szczodrej harówce. Przelewy do Pawła mamo, w tym miesiącu wyjątkowo ciężko. Choroby wnuków mamo, nie możemy wziąć wolnego w pracy. Zakupy skoro i tak jesteś w sklepie.
Podziękowania zdarzały się coraz rzadziej…
…Tego poranka patrzyła na brudne zacieki na suficie kuchni. Z góry wylała sąsiadka, mieszkanie nadawało się do generalnego remontu.
Wykręciła numer syna.
Paweł, potrzebuję pomocy przy remoncie. Zalało mnie, nie wiem, kiedy odzyskam pieniądze z ubezpieczenia…
Mamo, wszedł jej w słowo. Teraz mam zupełnie inne priorytety. Zajęcia pozalekcyjne, Kasia właśnie zaczęła nowe kursy…
Nie proszę o wiele. Przynajmniej pomóż znaleźć ekipę remontową. Albo chociaż…
Naprawdę nie mam na takie sprawy czasu, mamo. Pogadamy później, dobrze?
Sygnał rozłączenia.
Zofia spuściła telefon na stół. Na wygaszaczu śmieszne zdjęcie z ostatniego Sylwestra. Ona, Miłosz i Zośka, wszyscy uśmiechnięci.
Te pieniądze, które pożyczał bez skrupułów. Te weekendy oddane jego dzieciom. Ten czas, siły, uczucia wszystko było kiedyś. Teraz są inne priorytety.
Na rękę spadła jej zimna kropla wody z sufitu.
Następnego dnia zadzwoniła Kasia. Rzadkość, więc Zofię zaniepokoiło to już na wstępie.
Pani Zofio, Paweł mówił, co się stało. Kasia brzmiała sucho. Chyba wszyscy powinniśmy radzić sobie sami? My też ciągniemy mieszkanie, spłacamy kredyt…
Zofia prawie parsknęła śmiechem. Kredyt. Te raty, które spłacała co trzeci miesiąc. Zaliczka praktycznie z jej oszczędności.
Tak, Kasiu, odpowiedziała spokojnie. Każdy za siebie.
No to się rozumiemy. Paweł się martwi, iż się pani obraziła. Nie jest pani zła?
Nie. Wcale nie.
Znów sygnał rozłączenia.
Długo wpatrywała się w telefon, jakby był jakimś dziwnym zwierzęciem. Potem podeszła do okna, ale i tam, za brudną szybą, nie znalazła już ukojenia.
Noce zamieniły się w wielogodzinne przewracanie się w łóżku, gdy zacieki na suficie wydawały się ciężarem nie do zniesienia, a myśli nie dawały spokoju. Przeglądała w pamięci ostatnie pięć lat, jak paciorki różańca.
To ona sama to wszystko stworzyła. Wychowała w Pawle przekonanie, iż matka to studnia bez dna.
Rano zadzwoniła do agencji nieruchomości.
Chciałabym sprzedać działkę z domkiem. Sześć arów, pod Warszawą, media podłączone.
Domek letniskowy, który razem z mężem budowali przez dwadzieścia lat. Jabłonie sadzone, gdy była w ciąży z Pawłem. Weranda, na której spędzili tyle letnich wieczorów.
Kupiec znalazł się po miesiącu. Zofia podpisywała dokumenty, powstrzymując się od myślenia, co adekwatnie oddaje. Pieniądze spłynęły na konto i rozplanowała je skrupulatnie: remont mieszkania, nowa lokata, nieduże zabezpieczenie na wszelki wypadek.
Ekipa remontowa weszła do jej mieszkania w następnym tygodniu. Sama wybierała płytki, farby, baterie do łazienki. Po raz pierwszy od lat wydawała na siebie, nie odkładając na później, bez myśli, komu znów pomóc.
Paweł nie dzwonił. Dwa tygodnie, trzy, miesiąc. Zofia też milczała.
Telefon zadzwonił, gdy remont był skończony. Nowa kuchnia błyszczała, okna nie przepuszczały zimna, a rury już nie szpeciły ścian.
Mamo, czemu już nie przyjeżdżasz? Zośka pytała.
Byłam zajęta.
Ale czym?
Życiem, Pawle. Swoim własnym życiem.
Przyjechała tydzień później. Przywiozła wnukom po książce prezenty dobre, ale bardziej zwyczajne. Siedziała przy herbacie dwie godziny, rozmawiając o pogodzie i ocenach Miłosza. Odmówiła zostania na kolację.
Może posiedzisz z dzieciakami w sobotę? Paweł złapał ją w przedpokoju. My z Kasią
Nie mogę. Mam plany.
Widziałam, jak jego twarz sflaczała. Jeszcze nie rozumiał.
Czas płynął i zrozumienie przychodziło powoli, boleśnie. Bez przelewów od matki rata kredytu pożerała znaczną część budżetu. Bez babci-opiekunki nie było komu zająć się dziećmi.
Zofia założyła lokatę na dobry procent. Kupiła sobie nowy płaszcz porządny, ciepły, nie z przeceny. Pojechała pierwszy raz od lat do sanatorium nad morzem. Zapisała się na nordic walking w domu kultury.
Pomyślała, iż rodzice Kasi zawsze trzymali się na dystans. Grzeczne życzenia świąteczne, uprzejme wizyty raz na dwa miesiące. Żadnych pieniędzy, żadnej pomocy, żadnych roszczeń. I żadnych żali ze strony córki.
Może to oni mieli rację?
Rzadkie spotkania z wnukami stały się formalnością. Zofia przychodziła, dawała drobny podarunek, rozmawiała o szkole i kolegach. Wychodziła po dwóch godzinach, nie zostawała na noc, nie zabierała dzieci na weekendy.
Miłosz zapytał kiedyś:
Babciu, czemu już nie chodzisz z nami do parku?
Teraz babcia ma swoje sprawy, Miłku.
Chłopiec nie rozumiał. Ale Paweł, stojący w drzwiach, chyba powoli zaczynał.
Wracała do swojego odnowionego mieszkania, gdzie pachniało świeżą farbą i nowymi meblami. Zapalała dobrą herbatę, siadała w wygodnym fotelu kupionym za pieniądze z działki.
Czuła czasem wyrzuty sumienia, szczególnie nocami. Ale coraz rzadziej. Bo Zofia w końcu zrozumiała prostą prawdę: miłość nie wymaga poświęcenia siebie, szczególnie gdy nikt tego nie zauważa i nie docenia.
Wybrała siebie. Po raz pierwszy od trzydziestu pięciu lat bycia matką.












