Pracuję jako operator kamery przy produkcjach telewizyjnych od jedenastu lat, głównie przy programach rozrywkowych i takich krótkich reportażach lotniskowych, które montuje się potem w trzyminutowe wstawki. Tamtego dnia kręciliśmy na Lotnisku Chopina w Warszawie odcinek cyklu o podróżnikach — ekipa złożona z dziennikarki, dźwiękowca i mnie, trzy osoby, jeden statyw, mikroport na wymianę. Czekaliśmy akurat na kogoś interesującego przy wyjściu z hali przylotów numer trzy, bo tam wychodzą loty z Azji, a redaktorka lubiła łapać ludzi wracających z daleka.
Zobaczyłem go, jeszcze zanim dziennikarka go zaczepiła. Wysoki chłopak, może dwadzieścia pięć lat, plecak Osprey z przyczepioną karabinkiem manierką, buty pokryte kurzem, jakby przyleciał prosto z trekkingu. Szedł wolno, rozglądał się po tablicy odlotów, jakby sam nie wiedział, dokąd dalej. Dziennikarka, Kasia, złapała go dosłownie przy automacie z biletami na pociąg do centrum. Powiedziała mu, iż robimy program, coś w rodzaju krótkich wywiadów z ludźmi na lotnisku, i zapytała, czy ma chwilę.
Miałem wtedy kamerę już włączoną, bo zawsze włączam ją wcześniej — najlepsze ujęcia to te, w których ludzie jeszcze nie wiedzą, iż są nagrywani. Widziałem, jak się speszył, poprawił pasek plecaka, powiedział coś w stylu, iż akurat wracał z urlopu w Japonii, trzy tygodnie, głównie Kioto i Osaka. Kasia zapytała go o typowe rzeczy: co najbardziej mu się podobało, czy coś go zaskoczyło, czy poleciłby to komuś. Odpowiadał krótko, trochę nieskładnie, uśmiechał się za każdym razem, kiedy nie wiedział, co powiedzieć. Cała rozmowa zajęła najwyżej cztery minuty. Zapisaliśmy jego imię — Bartek — i to, iż mieszka gdzieś pod Poznaniem. Podziękowaliśmy, spakowaliśmy sprzęt, pojechaliśmy dalej.
Materiał wylądował w archiwum na dobre półtora roku. Wiem to, bo to ja robiłem selekcję ujęć, kiedy w końcu ktoś z montażu przypomniał sobie o tym odcinku i postanowił go dograć do serii "Lotnisko — powroty i pożegnania", którą stacja postanowiła odświeżyć po cichych miesiącach oglądalności. Zadzwoniłem choćby do Bartka, bo miałem jego numer z formularza zgody na wykorzystanie wizerunku — standardowa procedura, każdy, kogo nagrywamy, podpisuje kartkę. Powiedziałem mu, iż jego fragment jednak wejdzie na antenę, iż może obejrzeć w telewizji albo na stronie stacji. Brzmiał na zaskoczonego, jakby zupełnie o tym zapomniał, tak jak ja przez większość tego czasu.
Program poszedł w niedzielę wieczorem, w paśmie tuż przed głównym wydaniem wiadomości. Ja akurat kończyłem wtedy montaż zupełnie innego materiału i choćby nie oglądałem emisji na żywo, tylko sprawdziłem statystyki oglądalności następnego dnia rano, bo to część mojej pracy. Nic specjalnego, kawałek jak setki innych.
O tej historii przypomniałem sobie dopiero trzy tygodnie później, kiedy Kasia pokazała mi wiadomość od Bartka. Napisał do niej z podziękowaniem — nie za program, tylko za coś, co się wydarzyło przez ten program. Opowiedział, iż zaraz po emisji odezwała się do niego na Instagramie dziewczyna z Krakowa, Zosia, która akurat oglądała program u rodziców, bo akurat była tam na obiedzie. Napisała mu tylko: "Fajnie wyglądasz w tym wywiadzie." Bartek odpisał, zaczęli rozmawiać, najpierw przez wiadomości, potem przez telefon.
Kasia śledziła tę historię trochę z ciekawości zawodowej, trochę prywatnie, bo lubiła takie rzeczy. Co jakiś czas dostawała od niego wiadomość — iż rozmawiają już codziennie, iż robią sobie wideorozmowy wieczorami, iż Zosia pracuje w klinice weterynaryjnej i ma psa, owczarka, którego pokazuje na każdej rozmowie. Później napisał, iż zapytał ją, czy chce być jego dziewczyną, i iż się zgodziła, mimo iż jeszcze się nigdy nie widzieli na żywo. Mieszkali dobre trzysta pięćdziesiąt kilometrów od siebie, a na dodatek przez ponad rok żadne z nich nie miało jak pojechać do drugiego — u niego akurat wypadł najgorszy okres w pracy, remont w firmie, u niej sezon szczepień w klinice, jedno wolne na krzyż.
Ostatnią wiadomość Kasia dostała cztery dni temu. Bartek napisał, iż w końcu się spotkali, iż przyjechał do Krakowa autokarem, bo bilet na pociąg akurat podrożał przy tej porze roku, i iż czekał na nią na dworcu głównym, pod tą wielką tablicą odjazdów, z kwiatami kupionymi w kiosku obok McDonalda, bo nic lepszego nie było otwarte o tej porze. Napisał, iż kiedy ją zobaczył, pierwsza myśl, jaka mu przyszła do głowy, brzmiała: na żywo pozostało ładniejsza niż na zdjęciach.
Kasia pokazała mi tę wiadomość w naszej stołówce w przerwie między nagraniami, trzymając telefon w jednej ręce, a w drugiej kubek z automatu, który zawsze parzy za słabą kawę. Powiedziała tylko: "No i po co ja się w ogóle bawię w to archiwizowanie starych materiałów." Ja odpowiedziałem, iż dobrze, iż ktoś to jednak wygrzebał z tych półtora roku kurzu. Ona wzruszyła ramionami, dopiła kawę i wróciła do pracy nad kolejnym odcinkiem, bo za dwie godziny mieliśmy inny wywiad, z zupełnie innym człowiekiem, przy tej samej hali przylotów.











