Jestem przy Tobie

polregion.pl 6 dni temu

Jestem z Tobą

Paweł, już nie wiem, co robić! Ona nie chce nikogo słuchać! Uparła się, iż urodzi! Jakie dziecko, Pawełek? No, jakie? Przecież ona ma dopiero dziewiętnaście lat! Całe życie przed nią! Rzuci studia i co? Pójdzie sprzątać ulice? Musimy jakoś rozwiązać ten problem! I ty musisz mi pomóc!

Czym, mamo?

Głos Pawła był tak lodowaty, iż Irena prawie wypuściła telefon z rąk. Syn nigdy tak z nią nie rozmawiał! Zawsze był kochany, ciepły jej synek A teraz co? Co ona zrobiła nie tak? Przecież to nie jej wina, tylko Larysy! Zakochała się, no proszę Głupia dziewczyna! Mogła posłuchać matki! Ale cóż, teraz nie ma co narzekać. Sama rozpieściła, na wszystko pozwalała, próbowała być najlepszą przyjaciółką No to masz teraz, Ireno Jankowska! Owoc twojego wychowania! Ale dlaczego?! Dlaczego tak? Paweł przecież jest idealnym synem! Mądry, dobrze wychowany, posłuszny! Zawsze pomoże i wesprze! Chociaż mieszka już osobno. Cóż, w końcu dorosły i samodzielny mężczyzna, tylko jeszcze nie ożeniony. Ile razy mu już powtarzała, iż czas założyć rodzinę A on wciąż nie Chciałaby się już pobawić wnuczątkiem! Ile można czekać? Kiedy Larysa była mała, był z nią ciągły kłopot, bieganina na zajęcia, wyjazdy na zawody. Nie było czasu myśleć o wieku. A teraz? Córka całkiem samodzielna. I choć porzuciła sport, to niemal nie bywa w domu. Zawsze gdzieś biegnie. Zajęcia, znajomi, grupa poszukiwawcza, a teraz jeszcze ten ktoś! No wybacz, Panie Boże! Skąd ona go tylko wytrzasnęła, tego dziwaka? Od razu było widać, iż nic z niego nie będzie, a Larysa się zakochała! Nigdy nie umiała ocenić ludzi! Wszyscy dla niej byli dobrzy! I jak próbowała tłumaczyć, iż tych dobrych jest na świecie jak na lekarstwo, nie rozumiała. I co wyszło? Gdzie to wszystko zaprowadziło? I jak teraz się z tym wszystkim uporać? Święta tuż-tuż, a ona ma tylko ból głowy. A teraz jeszcze Paweł! Co za ton? Dlaczego tak do niej mówi?!

Paweł, dlaczego tak się do mnie zwracasz?

Gdzie ona jest, mamo? Paweł skręcił ostro, zjechał w boczną uliczkę i zaparkował. Jego zwykły spokój skończył się na słowie dziecko. Ręce mu lekko drżały na kierownicy, w oczach ściemniało i miał ochotę krzyczeć, tak jak wtedy Tylko wtedy i tak nic to nie dało, więc i teraz to nie pomoże. Trzeba się uspokoić i zrobić, co się da, aby ten maluch, dziecko Larysy, przynajmniej ono, pozostało przy życiu. Ach, mamo! Co Ty wyprawiasz! Przecież zawsze kochałaś Larysę bardziej niż mnie. Taka dziewczynka, jeszcze późne dziecko Jakże tu nie rozpieszczać, nie kochać tego niebieskookiego cudu o jasnych lokach? Larysa była śliczna od urodzenia. Paweł widział już niejedno niemowlę w tej licznej rodzinie, gdzie ciocie i kuzynki co rusz rodziły dzieci. Wszystkie wyglądały podobnie mocne, krępe, rozchichotane. Im grubsze łapki, tym lepiej. A Larysa wyróżniała się od razu. Oczy zostawiła rodzinne, ale reszta Skąd wzięła się ta łabędzia szyja, jak z marmuru ręce i nogi, tak finezyjne, jakby je sam artysta wyrzeźbił? Mama z początku wstydziła się pokazywać dziecko, potem spoglądała na nią z dumą, gdy przemykała motylem podczas rodzinnych uroczystości. Larysa tak bardzo się wyróżniała, iż przyciągała spojrzenia wszystkich dorosłych.

Co za śliczność! wzdychały ciocie, poprawiając kokardki i warstwy falbanek u swoich córek.

Gdy Larysa po raz pierwszy wystąpiła na macie, w pięknym stroju gimnastycznym, wszyscy zrozumieli, iż urodziła się do czegoś większego niż tylko cieszyć oko.

Matka całkowicie zaangażowała się w karierę Larysy w gimnastyce, a Paweł wreszcie mógł zająć się swoim życiem. Mama była z niego bardzo dumna, a jeżeli ktoś czasem zapominał, jak wspaniały jest jej syn, Irena zaraz przypominała:

Pawełek wygrał olimpiadę z fizyki. Najważniejszą w kraju! Teraz nie musimy martwić się o jego przyszłość. Geniusz nam rośnie! Wyniki z matematyki lada chwila jestem pewna, iż będą równie dobre!

Nie zauważała, jak niektórym robi się przykro od tych przechwałek. Przez lata żyła w swoim świecie, gdzie dzieci były genialne i piękne, mąż kochał, a ona mogła sobie dorabiać ucząc angielskiego, przygotowując choćby najbardziej trudnych uczniów do matury. Ceniła się wysoko brała dwa razy więcej niż inni nauczyciele w Olsztynie.

Wszystko zależy od priorytetów: dla kogo ważne są wyniki, a nie tylko pieniądze, ten odda dziecko do mnie.

Paweł nie mógł się nadziwić, jak mama wszystko godziła zajęcia Larysy, dom, pracę. Była świetnym organizatorem i nauczyła go tego samego. Dziś to mu bardzo pomaga.

Miał zaplanowany cały dzień, więc wieść od matki całkiem go rozbiła.

Ile czasu minęło, odkąd usłyszał to wtedy?

Jestem w ciąży. Nie urodzę. Jestem za młoda i nie gotowa na taką odpowiedzialność. A to twoja wina, więc to ty masz to załatwić. Klinikę znalazłam, reszta należy do ciebie.

Boże, jak się wtedy pokłócili Po raz pierwszy od trzech lat, odkąd mieszkali razem. Paweł wrzeszczał na Swietłanę tak, iż aż okna drżały. Był wściekły i nie rozumiał swojej winy. Przecież tyle razy proponował jej ślub, założenie rodziny! Mieli mieszkanie, co prawda nieduże, ale na początek by wystarczyło, samochód, mały, ale już całkiem dobrze zarabiający biznes. Czego chcieć więcej? Oligarchą nie był, ale i Swietłana nie była księżniczką zwykła dziewczyna z sąsiedniego wydziału, która śmiała się za każdym razem, gdy Paweł próbował wymówić nazwę jej rodzinnej wsi.

Poznali się przypadkiem na korytarzu uniwersytetu. Ona spieszyła na egzamin, on, rozwiązując zadanie na kartce, nieopatrznie stał jej na drodze. Wyłamała sobie obcas i z fochem przeleciała boso do sali, a Paweł, całkowicie zahipnotyzowany, ruszył za nią.

Po zdanym egzaminie Swietłana podeszła do niego i z promieniającym uśmiechem zachęciła do celebracji nowej piątki. Spotykali się ponad rok zanim zamieszkali razem. Paweł opiekował się wtedy dziadkiem, bo mama często była w rozjazdach, a ojciec ciągle w pracy. Po śmierci dziadka rodzice przepisali mu kawalerkę, ale wtedy już nie chciał tam mieszkać.

Dziadek był dla Pawła kimś wielkim niezatapialny holownik, jak sam się żartobliwie nazywał, dopóki żyła babcia.

Co ja tu bez niej robić mam

Dziadku, a ja? A Larysa?

Dla was jeszcze pożyję trochę.

Miłość dziadków była dla Pawła wzorem na całe życie mocna, trwała, taka, na którą nie działa czas ani odległość.

Takiej miłości chciał doświadczyć ze Swietłaną, ale zrozumiał, iż to niemożliwe przez jej chłód, gdy wyciągała rękę po kartę bankową, żeby zapłacić w klinice. Po ostrej kłótni zabrała swoje rzeczy, wyciągnęła z jego portfela kartę i wyszła. Kiedy na telefon przyszło potwierdzenie wysokiego wypłaty, zablokował kartę i pojechał do rodziców.

Matka lamentowała, ojciec poklepał go po ramieniu:

Potrzebujesz pomocy jesteśmy.

Rodzicom nie opowiadał szczegółów. Po prostu powiedział, iż się rozstali. Wiedział, iż matka nigdy by Swietłanie nie wybaczyła. Tak było łatwiej.

Siedząc później na starym tapczanie, myśli kłębiły mu się po głowie. Czuł się, jakby ktoś zgasił w nim światło.

I wtedy znalazła go Larysa.

Źle ci Paweł, co mogę zrobić? Tak bardzo chcę pomóc, a nie wiem jak

Po prostu posiedź tu. Żebym głupot nie narobił.

I została przy nim całą noc. Najpierw w milczeniu potem rozmawiali już bez przerwy. Wtedy zobaczył w niej nie tylko młodszą siostrę, ale kogoś bardzo wrażliwego i mądrego. Rozumiała, potrafiła powiedzieć mu dokładnie to, czego potrzebował. Tego wieczoru zrozumiał, iż życie się nie kończy, iż jeszcze coś dobrego może go spotkać.

Larysa, powinnaś zostać psychologiem!

Widząc jej wypieki, odgadł jej najskrytsze marzenie. Matka widziała przyszłość córki w sporcie i prowadziła ją do sukcesu na każdy możliwy sposób.

Larysa wygrała wtedy zawody, fruwała po planszy jak motyl. Habanera brzmiała, ona oddawała w tańcu całą swoją nocną rozmowę z bratem ból, niezrozumienie, resztki sił. To mogło być początkiem wielkiej kariery. Rozważano jej przeniesienie do Warszawy, ale wtedy wydarzyła się tragedia. Wracając z treningu, nie zauważyła dwóch chłopaków idących za nią.

Proszę pani, zaczeka pani! wołali mamy pieska, zobaczy pani, jaki słodki!

Larysa od dziecka bała się psów, ale nie pobiegła. Przypomniała sobie, iż nie wolno. Do drzwi bloku było już blisko, światło się paliło. Przyspieszyła, wywróciła się na oblodzonych schodach i dopiero w szpitalu odzyskała świadomość.

Przy jej łóżku czuwała blada matka. Larysa nie wiedziała, czy mama bardziej rozpaczała z powodu długiej rehabilitacji, czy z powodu końca sportowej kariery. Ciepła nie miała w sobie za grosz tego, czego Larysa najbardziej potrzebowała kilka słów ukojenia, objęcie

Dostała je od Pawła.

Malutka, głowa do góry! Jak chcesz, przyniosę ci tort, będziemy jeść aż brzuchy nas rozbolą! Albo cię poniosę na spacer, ulepimy śnieżek, będziesz do mnie rzucać z ławki? Kupimy ci kolorowe kule do chodzenia, przygotujemy do egzaminów wciąż chcesz być psychologiem?

Rehabilitacja trwała długo, ale pod koniec pierwszego roku studiów chodziła niemal normalnie. Różowe kule, które brat dla niej specjalnie przemalował, przekazała Lence z grupy poszukiwawczej, która od dziecka była niepełnosprawna, ale zarządzała całym zespołem z niespotykaną energią.

Właśnie w grupie Larysa poznała Maksymiliana.

I w tym mama miała rację: mało efektowny, trochę nieśmiały, Maks był niemal niewidoczny, ale potrafił zrobić więcej niż kilka osób razem. Miał za sobą trudną historię, której nie opowiadał obcym. Ojczym zaginął, Maks sam go szukał ponad dobę, nim trafił na wolontariuszy. Policja rozłożyła ręce. Ojczym, Gienek, był dla Maksa prawdziwym ojcem. Przeżył kilka rozstań matki, dom dziecka, nieufność do dorosłych, aż w końcu znalazł w Gieńku kogoś, komu naprawdę mógł zaufać. Po śmierci matki Gienek go adoptował. Kiedy Gienek zaginął i zmarł z wyziębienia, Maks już następnego dnia zgłosił się do grupy chciał pomagać.

Paweł poznał Maksa szybko.

Lubię go, Paweł powiedziała Larysa może choćby bardziej niż tylko lubię

To świetnie!

Poznał się z nim bliżej, uznał, iż siostra ma rację co z tego, iż nie wyglądają na parę? Najważniejsze, by był dobrym człowiekiem, a to się liczy! Matka mruknęła niezadowolona, ojciec pokiwał głową.

No i się przyjrzeli

Paweł znowu uruchomił silnik i ruszył. Musiał gwałtownie znaleźć Larysę. Po kłótni z matką mogła pójść wszędzie. Był pewien, iż mama nie słuchała jej, choćby nie wiedziała, iż Maks już nie żyje. Ale dziecko jest

Głupia, zupełnie absurdalna przypadkowość odebrała życie temu cichemu, ale pogodnemu chłopakowi. Wrócił do domu późno wieczorem, rozmawiał przez telefon z Larysą, wszedł na jezdnię przed przejściem, ubrany w ciemną kurtkę kierowca go nie zauważył. Też by go nie zobaczył Pawłowi zdarzało się jeździć po tej ulicy w Olsztynie; oświetlenie kiepskie, człowiek w ciemnym płaszczu jest niewidoczny.

To było dwa dni temu. Jutro pogrzeb, a Larysa jeszcze nic nie powiedziała rodzicom. Milczała, nie potrafiła choćby płakać.

Nie mam łez, Paweł. Tylko wyję w poduszkę, żeby nie słyszeli

Powiedziałaś im?

Nie mogę. Mama zacznie Wiesz jaka ona jest

Nie wiedział, czemu nie powiedziała mu o dziecku. Może nie była choćby pewna? Pytań było za dużo, a odpowiedzi wcale.

Drzwi do mieszkania Lenki zawsze otwarte. Paweł postukał w futrynę kuchni Lenka rzuciła nóż i powiedziała:

Larysa jest w moim pokoju. Idź, czekała na ciebie.

W pokoju było ciemno. Paweł wiedział, jak bardzo oczy bolą od światła po płaczu.

Paweł

Jestem tutaj.

Dobrze

Cichy, rozrywający duszę westchnienie. Paweł podszedł, mocno objął ją razem z pledem.

Nie bój się, malutka! Przetrwamy! Teraz wydaje się, iż już nigdy nie będzie dobrze, ale to nieprawda! Urodzisz dziecko i razem zaczniecie nowe życie! Będzie cudowny, bo ma taką mamę i miał takiego tatę

Larysa cichutko zaszlochała. Po raz pierwszy od śmierci Maksa zaczęła płakać.

Ty też powinieneś być psychologiem, Paweł Tak bardzo jest mi źle

Zabrał ją tego wieczoru do siebie. Rodzicom powiedział wprost: Larysa będzie teraz mieszkać z nim. A jeżeli nie chcą stracić dwojga dzieci, muszą zaakceptować, iż ona sama będzie decydowała o swoim życiu.

Potem nie było łatwo: ciąża z wyczerpującymi mdłościami niemal do końca, długie rozmowy z rodzicami (tata częściej pomagał niż mama, choćby pod nieobecność żony doglądał Larysy i wszystko organizował).

Mała Wiktoria przyszła na świat wczesnym rankiem, wyczerpując mamę, a swoim donośnym krzykiem rozbawiła położną.

Ależ ma głos! Mama taka drobniutka, córka taki bas! Po kim to?

Po ojcu uśmiechała się Larysa. Patrzyła na córeczkę. Nowe życie Maks będzie żył właśnie dzięki niej bo Wiktoria miała chyba jego oczy, nie Matczaków. Paweł będzie kontynuował linię rodziny, a Wiktoria linię Maksa

Trzy lata później

Wikusia, chodź tu! Mam dla ciebie prezent!

Pawełek! Kolejny? Larysa wyjrzała z kuchni, ocierając mąkę z rąk. Przecież to Nowy Rok, nie urodziny. Przestań tak ją rozpieszczać!

Mam prawo! Po coś się jest wujkiem i chrzestnym! Jeden prezent od rodziny, drugi od chrzestnego!

Wika puściła ogon kota, który niewzruszony cierpiał kaprysy swojej panienki. Paweł sprzedał swoją kawalerkę, by kupić dwie sąsiadujące jedynki w Gdańsku, by być blisko siostry i siostrzenicy.

Bystry wzrok jak u Maksa utkwiony był w kolorowej paczce. Gdy Paweł otworzył pudełko, oczy Wiktorii aż się zaświeciły.

Podoba się?

Mała ostrożnie dotykała palcem szklane bombki.

Mogę?

Oczywiście! Zawieśmy je razem na choince!

Larysa przyszła do pokoju, gdy Paweł pomagał Wiktorii zawiesić dziadkowego Dziadka do orzechów.

Ale piękne! Tylko to przecież szkło! A jak coś stłuczemy?

Nic nie szkodzi! Wiem, gdzie kupić nowe. Ale zobacz, jak jej się podoba!

Mała siedziała przy choince, obejmując kota i opowiadała mu swoją długą bajkę. Bała się tylko, iż kot jej nie wysłucha do końca i ucieknie, zanim skończy opowieść. Przecież była w teatrze Paweł zabrał je tam wczoraj, dziś pół dnia próbowała tańczyć jak baletnice.

My już chyba nie jesteśmy potrzebni! śmiał się Paweł. Widzisz, mówiłaś, iż jej się nie spodoba!

Myślałam, iż się niecierpliwi Ale się myliłam.

Paweł popatrzył na siostrę z przekąsem i zaśmiał się.

Przypomnę ci te słowa, gdy będziesz ją wieczorem usypiać! Nakarmisz mnie? Muszę zdążyć jeszcze do pracy.

Nie zostaniesz? Rodzice zaraz przyjadą!

Niech się nacieszą wnuczką. Ja wrócę wieczorem i przywiozę kota. Bo jeszcze trochę, a zamęczy go na amen!

Wiesz, iż mama znalazła dla Wiktorii szkołę baletową?

Ojej!

No właśnie. I co robić?

Poradzimy sobie! Spróbujemy skierować energię kochającej babci na pozytywne tory.

A jak się nie uda?

Wtedy przypomnisz sobie, iż jesteś matką, a ja zadbam o twoje interesy. Razem damy radę.

Myślisz?

Jestem pewien! Tylko już mnie nakarm wreszcie!

Nakarmimy! Kiedy cię w końcu ustatkuję? Żeby ktoś cię karmił codziennie?

Larysa uciekła przed kuksańcem, śmiejąc się.

Umówiłeś się z mamą? Przecież już sama sobie z tym nie poradzę! Nie doczekam się siostrzeńców!

O, kobiety!

Figurka Klary obróciła się na choince pod wpływem małego paluszka. Wika zanuciła coś pod nosem i z impetem zaczęła tańczyć. Kot ustąpił miejsca, jakby puszczał przyszłą Polkę.

Zrozumiałem wtedy: rodzina to nie ideał, to my, w każdym momencie z naszymi błędami, wybaczeniami, łzami, śmiechem. Życie zawsze toczy się dalej, tylko razem, choćby z ranami, możemy znów poczuć, iż naprawdę jesteśmy razem.

Idź do oryginalnego materiału