Elżbieta Wroniak zjechała spod biurowca na osiedlowy targ przy ulicy Kwiatowej w Bydgoszczy, bo skończyło jej się mleko i chciała kupić coś na kolację. Pod plandeką stała pani Barbara, starsza kobieta w wełnianej chuście, ta sama, która stoi tam od lat, obok stoiska z rzodkiewką i pęczkami kopru.
— Ile za jajka? — zapytała Elżbieta, nie wysiadając choćby porządnie z auta, tylko opierając się o drzwiczki.
— Trzy złote za sztukę, proszę pani. Prosto od kur, wczoraj zniesione.
Elżbieta skrzywiła się, jakby usłyszała cenę biletu do opery.
— Piętnaście złotych za dziesięć, albo szukam gdzie indziej.
Kobieta na chwilę zamilkła. Poprawiła chustę, spojrzała na skrzynkę, w której leżało jeszcze ze trzydzieści jajek, nietkniętych od rana.
— Niech pani weźmie za tyle, ile pani daje. Dziś jeszcze nic nie sprzedałam, a wnuczka czeka na lekarstwo.
Elżbieta zapłaciła piętnaście złotych, wzięła kartonik i odjechała zadowolona, iż utargowała dobry interes.
Tego samego wieczoru pojechała swoim audi do restauracji "Pod Winnicą" na Starym Rynku, gdzie umówiła się z koleżanką z pracy na urodziny. Zamówiły carpaccio z polędwicy, dwa dania główne, deser czekoladowy i butelkę wina, z czego połowę zostawiły na talerzach, bo — jak stwierdziła Elżbieta — "i tak człowiek zjada za dużo wieczorami". Rachunek wyniósł sto osiemdziesiąt złotych. Elżbieta bez wahania podała kelnerowi dwieście złotych i machnęła ręką:
— Reszty nie trzeba, dla pana.
Żadnego targowania. Żadnego pytania o cenę wina przed zamówieniem. Kelner tylko skinął głową i podziękował, myśląc, iż trafił na hojną klientkę.
Nazajutrz rano, wracając z pracy tą samą trasą, Elżbieta znowu minęła stragan pani Barbary. Tym razem zatrzymała się nie po jajka, tylko dlatego, iż zobaczyła karetkę pogotowia zaparkowaną obok kiosku Ruchu. Sąsiadka ze straganu warzywnego, pani Grażyna, tłumaczyła coś ratownikom, załamując ręce.
— Pani Basi nogi puchną od tygodnia, mówiłam jej, żeby szła do lekarza, ale ona: "a kto mi stoisko popilnuje, kto sprzeda". Dopiero jak zemdlała, to wnuczka zadzwoniła.
Elżbieta wysiadła z samochodu. Karton po wczorajszych jajkach wciąż leżał na tylnym siedzeniu, niewyrzucony. Popatrzyła na niego, potem na noszę, na których sanitariusze układali panią Barbarę, drobną, w tej samej chuście co wczoraj, tylko teraz bez udawanego spokoju — po prostu bladą i milczącą.
— Ile ona jest winna za wizytę? — zapytała Elżbieta ratownika, sama nie wiedząc, po co pyta.
— To pogotowie, proszę pani, transport jest bezpłatny. Ale leki na nadciśnienie, badania, to już inna sprawa.
Elżbieta wróciła do samochodu, otworzyła aplikację bankową. Sto osiemdziesiąt złotych za wczorajszą kolację, z czego jedna trzecia talerza wróciła do kuchni nietknięta. Piętnaście złotych za jajka, o które się targowała, jakby to były akcje na giełdzie.
Zapisała numer telefonu wnuczki pani Barbary, który podała jej pani Grażyna na kartce wyrwanej z zeszytu do zamówień. Wieczorem zadzwoniła i zapytała, w której przychodni jest pani Barbara i ile kosztuje prywatna wizyta u kardiologa, bo w rejonowej najbliższy termin był za trzy miesiące. Usłyszała kwotę: dwieście pięćdziesiąt złotych za konsultację plus badania, około czterystu w sumie. Powiedziała, iż przeleje pieniądze na konto wnuczki, żeby babcia poszła prywatnie, bez czekania.
W piątek stanęła znowu przy straganie. Pani Barbara siedziała już na stołku, z bandażem na łokciu po kroplówce, ale za ladą.
— Poproszę dziesięć jajek — powiedziała Elżbieta i wyjęła z portfela banknot pięćdziesiąt złotych.
— To za dużo, proszę pani, jajka po trzy złote, to trzydzieści…
— Wiem, ile kosztują. Reszty nie trzeba.
Pani Barbara spojrzała na banknot, potem na kobietę, próbując skojarzyć twarz z tą, która trzy dni wcześniej targowała się o każdy grosz.
— Coś się zmieniło? — zapytała w końcu, bo widocznie coś w tej twarzy było inne.
— Niech pani sobie kupi te lekarstwa — odpowiedziała Elżbieta i wsiadła do samochodu, zanim starsza kobieta zdążyła cokolwiek jeszcze powiedzieć.
Od tamtej pory co tydzień w piątek Elżbieta kupuje u pani Barbary dziesięć jajek, płaci pięćdziesiąt złotych i nigdy nie czeka na resztę. Karton z tamtej pierwszej wizyty wciąż stoi u niej w kuchni na parapecie, obok doniczki z bazylią.















