„Ja nie zapraszałam gości do siebie!” – głos synowej się załamał. – „Nie prosiłam was o wizytę!”

newsempire24.com 1 godzina temu

Ja nikogo nie zapraszałam! głos Zosi, mojej synowej, załamał się od emocji. Nie prosiłam was do siebie!

Pamiętam ten wieczór, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Wszystko miało być inaczej…

Tomasz stał w naszej niewielkiej kuchni w Krakowie, z przejęciem ubijając sos do makaronu. W jednej ręce trzymał trzepaczkę, w drugiej starą książkę kucharską po babci, a na twarzy malowało się skupienie.

Zapach smażonego czosnku, pomidorów i bazylii rozchodził się po całym mieszkaniu, mieszając się z delikatną wonią świec, które Zosia rozstawiła w salonie, żeby dodać nastroju.

Wygląda na to, iż tym razem się udało, odwrócił się do żony, która kroiła żółty ser do sałatki. Przynajmniej się nie zwarzył.

Zosia uśmiechnęła się do niego ciepło. Jej ciemne włosy luźno spięte, w oczach odbijało się światło żarówki.

Jesteś najlepszy, Tomku, podeszła, objęła go w pasie. Pachnie jak w tamtej knajpce w Rzymie.

Do tego dążymy. Wyobraź sobie: cisza, spokojna muzyka, kolacja przy świecach Żadnych telefonów, żadnych gości, tylko my dwoje.

Pomysł świętowania jej urodzin we dwoje był ich wspólnym planem. Po niekończących się wizytach rodzinnych i wiecznej bieganinie oboje marzyli o wieczorze tylko dla siebie.

Zosia już wcześniej kupiła ulubione wino, a Tomasz zwolnił się szybciej z pracy, by przygotować kolację własnoręcznie.

Kiedy wszystko było gotowe i przenieśli przekąski do salonu, Zosia puściła cicho muzykę z radia.

Sto lat, kochanie, Tomasz uniósł kieliszek. Oby ten rok przyniósł ci spokój i szczęście.

Dziękuję, kochany, Zosia stuknęła się z nim kieliszkiem.

Smak wina był głęboki, cierpki. Zamknęła oczy, ciesząc się chwilą, którą wyczekiwała tygodniami.

W tej właśnie sekundzie sielankową ciszę przerwało ostre, głośne dzwonienie domofonu. Tomasz zmarszczył brwi.

Kto to może być? Nikogo nie zapraszaliśmy.

Zosia wzruszyła ramionami, ale poczuła, jak coś ściska jej wnętrze. Zimny, nieprzyjemny niepokój. Tomasz podszedł do domofonu.

Tak, słucham?

W odpowiedzi usłyszeli donośny, dobrze znany głos na całe klatkę:

Tomeczku, to my! Otwieraj, mamy prezenty! Przyszliśmy złożyć życzenia solenizantce!

Twarz Tomasza pobladła. Spojrzał na Zosię w popłochu.

Mama? szepnął. Co ty tu robisz?

Jak to co? Przyszłam złożyć życzenia mojej ukochanej synowej! Otwieraj, bo zmarzniemy!

Tomasz bez słowa wcisnął przycisk otwierający drzwi. W mieszkaniu zapadła gęsta cisza.

To twoja mama? Teraz? Zosia zapytała cicho, głos zadrżał.

Przepraszam, mówiła, iż tylko zadzwoni…

Nie zdążyli ochłonąć, gdy rozległo się stanowcze, głośne pukanie. Nie jak goście raczej jak domownicy.

Tomasz westchnął i otworzył drzwi. W progu stanęła pani Grażyna, jego mama. Niska, krępa kobieta z krótkimi włosami i mocno umalowanymi ustami.

Otulona wielką chustą w ludowe wzory, w rękach trzymała duży, zaparowany pojemnik.

No wreszcie! Już tu mało nie zamarzliśmy jak te bezpańskie psy! bez przywitania przeszła do środka, od razu zdejmując płaszcz.

I dopiero wtedy zobaczyli, iż za nią wchodzą kolejni: wujek Marian, brat pani Grażyny, postawny mężczyzna w dresie z pudełkiem soku pod pachą; jego żona, ciotka Jadwiga, chuda jak szczapa, z ogromnym tortem w kartonie; ich dwudziestoletnia córka Basia, która nie odrywała wzroku od telefonu, oraz dwóch młodszych chłopców, którzy już wbiegli do mieszkania z piskiem.

Mamo, co to ma znaczyć? zdobył się w końcu na głos Tomasz.

A co takiego? pani Grażyna odwiesiła płaszcz, zabierając od razu trzy wieszaki. Jesteśmy rodziną! Chcieliśmy zrobić Zosi niespodziankę! Wszystko dla ciebie, kochana! podała jej pojemnik. Trzymaj, galaretka drobiowa, Tomek ją uwielbia.

Zosia automatycznie przyjęła ciężką porcję.

Dziękuję, pani Grażyno, wymamrotała. Ale my nie spodziewaliśmy się gości…

Jakich tam gości! My przecież swoi! zaśmiała się głośno teściowa i ruszyła do salonu. Patrzcie państwo, romantycy świece!

Tymczasem ciocia Jadwiga już postawiła tort w samym środku stołu, zrzucając wazon z kwiatami i wino na bok.

Zosiu, sto lat! Sama piekłam, tort Warszawski, stary przepis! Spróbuj koniecznie!

Dzieci już biegały po salonie w berka. Jeden prawie wywrócił podłogową wazę i Zosia rzuciła się, żeby ją ratować.

Serce waliło jak młotem. Tomasz próbował przejąć kontrolę.

No dobrze, skoro już tu jesteście Proszę, siadajcie. Zosiu, rozłożymy wszystko w kuchni?

Ale pani Grażyna już rozporządzała po swojemu.

Po co w kuchni, tu lepiej! Marian, przesuń stolik, Jadwiga, przynieś talerze. Basia, odłóż ten telefon i pomóż nam!

Basia niechętnie oderwała się od ekranu i wolno poszła do kuchni. Atmosfera romantycznego wieczoru prysła.

Po kilku minutach stół uginał się od: galaretki drobiowej, śledzia w śmietanie, sałatki jarzynowej, marynowanych grzybków i oczywiście tortu.

No to powiedz, solenizantko, jak tam życie? pani Grażyna usiadła na kanapie, wlepiając w Zosię badawcze spojrzenie. Dalej pracujesz w tej firmie? Szefowa nad tobą nie hegemonuje?

W porządku, dziękuję, wymamrotała Zosia, grzebiąc widelcem w sałatce.

Bo Basia naszej pracy znaleźć nie może ciągnęła teściowa, nie słuchając. Studiowała, studiowała, a teraz siedzi bezrobotna. Może byś jej coś u siebie załatwiła? Dziewczyna zdolna.

Zosia tylko kiwnęła głową, czując jak w środku wszystko się jej ściskało. Tomasz przy niej był skulony, synowsko przygnębiony.

Usiłował ratować rozmowę, odpowiadał wujkowi Marianowi o piłce, ale widać było, jak trawi go złość i zmęczenie.

Zerkając na Zosię z poczuciem winy, nie wiedział, co zrobić. Dzieci, najedzone słodkim, znów zaczęły szaleć.

Młodszy chłopiec, Tadek, odkrył na półce kolekcję kryształowych figurek, które Zosia zbierała latami.

Mamo, patrz, jak to się świeci! wykrzyknął.

Tadziu, uważaj, to delikatne! Zosia zerwała się, ale już było za późno.

Chłopiec sięgnął po kryształowego łabędzia. Rozległ się cichy dźwięk tłuczonego szkła. Kryształ rozprysł się w drobne kawałki na podłodze.

Zapadła cisza, iż tylko świece syczały.

O rety! krzyknęła ciotka Jadwiga. Tadziu, a nie mówiłam, żebyś nie dotykał!

No i po co się tak przejmować rzuciła pani Grażyna lekceważąco. To tylko szkło. Dziecko przecież nie zrobiło tego celowo.

Zosia powoli spojrzała jej w oczy.

To był prezent od mojej babci, powiedziała cicho. Już jej nie ma…

No trudno, babci żal, wieczne odpoczywanie racz jej dać Panie, ale dzieci są najważniejsze nie ustępowała teściowa. Trzeba chować cenne rzeczy, papuśku, jak się przyjmuje gości.

To przelało czarę.

Zosia nagle wstała, a krzesło odjechało z hukiem.

Ale ja nie zapraszałam gości! jej głos w końcu pękł. Nie prosiłam was! Z Tomaszem chcieliśmy spędzić ten wieczór tylko we dwoje! To moje urodziny, nie rodzinne święto!

W salonie zrobiło się nagle cicho. choćby dzieci umilkły.

Wujek Marian patrzył w talerz, ciotka Jadwiga z otwartymi ustami, pani Grażyna poczerwieniała.

No proszę… jej głos zadrżał chłodem. Przyszliśmy złożyć życzenia, prezenty, stół zastawić, i wyszliśmy na intruzów? Do własnego syna nie mogę przyjechać?

Mamo, dosyć Tomasz podniósł się powoli. Zosia ma rację. Chcieliśmy być dziś sami. Nie miałaś prawa wpadać bez zapowiedzi i ciągnąć całą rodzinę.

Wpadać? podniosła głos pani Grażyna. Ja? Do własnego dziecka? Całe życie za niego oddałam, a teraz już nie mogę przyjechać, bo synowa rządzi?

Nie o Zosię chodzi! Tu idzie o naszą prywatność i nasze plany! Trochę szacunku!

Rozgorzała głośna, bezcelowa kłótnia. Pani Grażyna miała pretensje, Tomasz próbował ją uspokoić, rodzina siedziała cicho.

Zosia dłużej nie mogła. Bez słowa opuściła salon.

Przez ścianę słychać było sprzeczkę, potem narastało milczenie.

Nie wiem, ile to trwało. Gdy wreszcie się uspokoiło, usłyszałam skrzypienie płaszczy, ciche szepty i dźwięk zamykanych drzwi.

Drzwi sypialni uchyliły się powoli. Wszedł Tomasz, zmęczony, przybity.

Wyszli wyszeptał. Przepraszam, powinienem był po prostu nie odbierać…

Ale tego nie zrobiłeś, odpowiedziała Zosia. Powinieneś był ją powstrzymać!

Przecież to moja mama Chciała dobrze.

Dla kogo? Dla siebie? Żeby błyszczeć i udowadniać, iż potrafi być najlepszą matką i panią domu? Popsuła nam wieczór, Tomasz!

A co miałem zrobić? Wyrzucić ich? Rozkrzyczałaby się jeszcze bardziej…

A teraz nie było awantury? Zosia zaczęła krążyć po pokoju. Zawsze decyduje za nas! Co mamy jeść, gdzie jechać, jak żyć! I ty jej zawsze ustępujesz…

Zosię ogarnęło zmęczenie większe niż kiedykolwiek. Spojrzała przez okno na parking, gdzie postacie pani Grażyny i reszty rodziny wsiadały do auta.

Kryzys niby minął, ale w gruncie rzeczy była to tylko cisza przed burzą.

Nie wiem, jak dalej żyć, Tomasz, wyszeptała drżąco. Nie chcę wiecznie być w strachu, iż twoja mama wparuje kiedy chce ze swoimi galaretkami i radami.

Porozmawiam z nią na poważnie. Wytłumaczę, iż tak się nie robi

Ile razy to już mówiłeś? I nic się nie zmienia.

Planowany idylla przepadła, zanim zdążyła się zacząć.

Przepraszam Tomasz powtórzył cicho. Sto lat, kochana…

Zosia zamknęła oczy. Miała trzydzieści trzy lata, ale czuła się, jakby dobijała sześćdziesiątki.

Może dokończymy świętowanie? zaproponował z nadzieją Tomasz. Jeszcze tyle jedzenia zostało…

Nie mam już siły, odpowiedziała sucho. Chcę spać.

Wyszła i poszła do łazienki. Chciała zmyć z siebie cały ten wieczór i zasnąć, by nowy dzień był bez teściowej i jej rodziny.

Pani Grażyna po tej kłótni chowała do nas żal jeszcze długo. Tak naprawdę nigdy nie zrozumiała, jak mogła nam przeszkodzić tego wieczora.

Idź do oryginalnego materiału