Igorze, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj samochód! – wykrzykiwała Marina, ale już wiedział…

newsempire24.com 10 godzin temu

Piotrek, bagażnik! Otworzył się bagażnik, zatrzymaj auto! wykrzyknęła Kasia, ale już wiedziała, iż wszystko przepadło… Rzeczy, które starannie pakowali na święta, wysypały się na trasę pod Warszawą, a jadące za nimi samochody pewnie nic choćby nie zauważyły.

Prezenty, smakołyki, oszczędzane przez dwa miesiące rarytasy słoiki kawioru, wędzony łosoś, schab pieczony od znajomej rzeźniczki, prawdziwe mazurki, a choćby bombonierka czekoladek wszystko to trzymali na wierzchu, by nie zgnieść. Napakowali tyle torb, bo jechali do babci Piotrka na wieś, do rodzinnego domu na całe święta.

Na trasie był korek, wszyscy uciekali z miasta. Samochody ledwo się toczyły, jeden za drugim, ale zatrzymać się od razu nie było jak. To, co wypadło raczej było stracone.

Dzieci, Zuzia i Weronika, siedzące z tyłu, widząc zmartwioną mamę, zaczęły płakać. Kasia uspokajała je jak mogła, a Piotrek przyhamował i wreszcie udało się zjechać na pobocze. Jeszcze tliła się jakaś nadzieja, iż może coś poleciało na bok i uda się znaleźć. Przeszli kawałek poboczem, ale wszystko na darmo. Szukać nie było sensu, tylko czas stracili.

Dobra, skarbie, nie przejmuj się, kupimy, co trzeba na miejscu, jakoś damy radę przytulił ją Piotrek, widząc, jak Kasia próbuje się nie rozkleić Takie rzeczy się zdarzają, ważne, iż wszyscy cali, chodźmy już do auta, śnieg sypie coraz mocniej, a droga ciężka.

Ale przez resztę drogi Kasia prawie się nie odzywała. No przecież nie będzie Piotrka obwiniać mają starego volkswagena, to i zamek czasem puszcza. Próbowała zapomnieć o tym niefarcie, a łzy wracały bo tyle się napracowała, odmówiła sobie niejednego, żeby wszystko przygotować. Przecież miała być niespodzianka dla babci ciepły, nowiutki pled z wełny a on też został gdzieś na trasie.

Do wsi dotarli już po północy. Myśleli, iż babcia Maria dawno śpi, ale na ganku świeciła się lampa, a z domku wybiegła babcia i jej sąsiadka, Zosia.

Jesteście! Najświętsza Panienko, całych popołudnie z Zosią was wyglądałyśmy rzuciła się babcia Maria do całowania Kasiu, Piotrku, dzieci moje, czekałyśmy z kolacją aż przyjedziecie! No i proszę, cały dzień serce miałam w gardle, myślałyśmy, iż nie dotrzecie. A gdzie Jaś i Weronisia? No chodź, skarbie, ogrzej się!

Babciu, co ty taka roztrzęsiona? Piotrek uścisnął ją mocno Wszystko w porządku, już tu jesteśmy, a ty ledwo co narzuciłaś płaszcz Chodźcie do domu, śnieg sypie jak oszalały!

Babcia machnęła ręką. Zosia przyszła i mówi, iż jej wnuki już w domu siedzą, a was nie ma. Tak mnie ścisnęło w żołądku, iż poszłyśmy razem się modlić. Ogarnęło mnie takie dziwne przeczucie śniło mi się po południu, iż lecicie samochodem przez pole, jakby was coś pchało aż się obudziłam spocona, myśli moje całą resztę dnia były niepokoju pełne. Odmówiłyśmy z Zosią kilka razy Zdrowaś Mario i prosiłyśmy świętego Antoniego, żebyście szczęśliwie dotarli No i się udało! Ważne, iż jesteście wszyscy cali i zdrowi!

Tak, babciu, masz rację przytaknęli Kasia z Piotrkiem Może nasze paczki po drodze znalazł ktoś, kto bardziej ich potrzebował. Grunt, iż nikomu nic się nie stało.

Sylwestra spędzili w wielkim rodzinnym gronie przy suto zastawionym stole: własne ziemniaki, kiszone ogórki, śledzie pod pierzynką, pieczona kaczka; no i babcine drożdżowe racuchy, które Zuzia z Jaśkiem wyjadali z garnka prosto spod pieca. W dzień dzieci z okolicznymi łobuzami na sankach zjeżdżały z górki aż do zmierzchu. Wszystkim już oczy się kleiły, ale czekali wytrwale do północy, żeby zobaczyć, jak Mikołaj pod choinkę prezenty podkłada.

Babcia Maria śmiała się i tuliła prawnuki swoje i Zosi. Szczęście, największe szczęście! mówiła, a wszyscy przytakiwali. Niczego więcej nie potrzeba.

A tymczasem, w zapomnianej przez Boga wsi na Podlasiu, w domku z trzema izbami, za skromnie zastawionym stołem siedziały dwie siostry, Janina i Stefania, oraz ich sąsiad, pan Edward. Życie ich nie rozpieszczało, krewnych brak, latem jeszcze coś w ogródku ukopały, zimą mróz i pustka, ciężko samym starszym.

Trzymali się jednak razem, bo razem łatwiej. Pan Edward przyniósł ze szczerego pola niewielką choinkę, proste potrawy postawiły Janina ze Stefanią na stół. Po obiedzie pan Edward poszedł do lasu po chrust na opał. Zbierał suche gałęzie, patrzy coś sterczy spod śniegu na skraju drogi.

Podszedł, pociągnął za rączkę torba! Otwiera, a tam cuda: kawał łososia, puszka czerwonego kawioru, wędliny, słodycze A na spodzie mięciutki biały pled, ciepły jak promień słońca. Obejrzał się pan Edward nikogo w pobliżu. Zapakował wszystko na sanie, przytargał do domu. Nakrył stołem pled, rozpalił ogień, dogrzał izbę.

Nie wierzyłam, iż jeszcze dane mi będzie takiej uczty spróbować dziwiła się Stefania.

A ja już w cuda nie wierzyłam dodała Janina.

To chyba opatrzność Boża do nas się uśmiechnęła, może w nagrodę za wszystkie trudy. Popatrzymy jeszcze na świat, poradzimy sobie, póki razem podsumował pan Edward.

Nie ma co rozpaczać za zgubionymi rzeczami może tak miało być, może komuś uratowały święta, a nam pozwoliło uniknąć większego nieszczęścia. Trzeba cieszyć się tym, co najważniejsze iż jesteśmy razem.

Idź do oryginalnego materiału