25 grudnia
Wojtku, bagażnik! Bagażnik się otworzył, zatrzymaj się! zawołała Jadzia, ale już wiedziała, iż jest po wszystkim. Prezenty i smakołyki, które tak skrupulatnie pakowaliśmy, wysypały się na trasę pod Warszawą. Jadące za nami samochody najpewniej nie zdążyły ich zauważyć.
Wszystko przepadło: wędzona kiełbasa z Podlasia, domowe pierniki, świeżutki pasztet, kawałki łososia, parę butelek śliwowicy, sery od znajomej z Podkarpacia i najpiękniejsza, manualnie robiona chusta dla babci. Wszystko, na co odkładaliśmy przez dwa miesiące, żeby ugościć rodzinę na święta i sprawić bliskim przyjemność, teraz leżało gdzieś na ulicy. Torby z prezentami i łakociami ułożyłem na wierzchu bagażnika, żeby się nie pogniotły. Mieliśmy jechać na cały długi świąteczny weekend do rodzinnej wsi Wojtka, pod Suwałki.
Ruch ogromny, wszyscy pędzili z miasta na święta. Samochody jechały blisko siebie, korki już od wjazdu na ekspresówkę, ruch wolny, a jednak nie było gdzie się od razu zatrzymać. To, co wypadło przepadło.
Dzieciaki, Zosia i Hania, rozbeczały się, patrząc jak mama się zmartwiła. Jadzia próbowała przytulić dziewczynki, a ja zjechałem na pobocze, zwolniłem i w końcu udało nam się zatrzymać. Jeszcze przez chwilę łudziłem się, iż może coś odpadło tylko na pobocze. Przeszliśmy kilka kroków, szukaliśmy, ale wiadomo było, iż na darmo. Szkoda było czasu.
Daj spokój, Jadźka, nie przejmuj się. Kupi się coś, gdzie trzeba, a w razie czego i bez tego święta się odbędą powiedziałem, widząc jak jej łzy napływają do oczu. To wszystko rzeczy nabyte, a zdrowie i wasze uśmiechy ważniejsze. Wracajmy do auta, bo sypie śnieg, a do wsi jeszcze kawał drogi.
Resztę drogi Jadzia milczała. Przecież nie będzie mi robić awantury o niedomknięty bagażnik stary już zamek, raz na jakiś czas potrafi się otworzyć podczas jazdy. Jeszcze niedawno chciałem wymienić, ale zawsze było coś pilniejszego. Jadzia raz powstrzymywała łzy, raz im ulegała. Chciała sprawić wszystkim przyjemność tymi prezentami szczególnie babci a tu wszystko przepadło. Wciąż powtarzała w myślach: czemu znowu pech, znowu coś nie wychodzi. Wiedziała, iż na świecie bywają gorsze troski, ale jej przykrość była ogromna. Przypomniała sobie jeszcze, iż i ta chusta dla babci Zofii miękka, śnieżnobiała, robiona z miłością także była w jednej z reklamówek.
Do wsi dojechaliśmy długo po północy. Myślałem, iż babcia Zofia już śpi, a tu światło nad gankiem, a z izby wybiegła babcia z sąsiadką Heleną.
No i przyjechaliście! Nareszcie! rzuciła się na nas babcia, całując każde dziecko i mnie z Jadwigą po kolei. Jadziu, Wojtuś, Zosia, Hania, wszyscy tu są! Myślałyśmy z Heleną przez cały wieczór, co się z wami dzieje. Mieliście taką pogodę i śnieg, i mróz, i droga ciężka
Babciu, wszystko w porządku, tylko trochę się zasiedzieliśmy powiedziałem, obejmując ją. Wejdź, na dworze ziąb, a ty tylko chustkę zarzuciłaś!
Babcia machnęła ręką. Nie śmiejcie się, moje dzieci, ale z Heleną cały wieczór się za was modliłyśmy. Nie gadaj, iż tak nie ma czasem dzieją się dziwne rzeczy! Zasnęłam po południu, przyśniło mi się, jak wasz samochód wypada z szosy. Taki żywy sen, iż aż się zlękłam! Zerwałam się, a przez cały dzień mnie nosiło, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Helenka przyszła wieczorem, pyta: Twoi już są?, a ja ledwo jej mówię o tym śnie.
Niedobrze, mówi Helena modlić się musimy, a może i od nieszczęścia was Pan Bóg uchroni. Cały wieczór prosiłyśmy, żebyście szczęśliwie dotarli, do świętego Stanisława, do Matki Boskiej, do świętego Mikołaja, do wszystkich świętych. I powiem wam, chyba pomogło, bo stoicie tu całą rodziną, a ja szczęśliwsza nie byłam już dawno!
Prawda babciu, może komuś innemu nasze rzeczy bardziej były potrzebne, jeżeli się odnalazły powiedziała Jadzia. Będzie im na pociechę.
Święta spędziliśmy razem przy jednym stole odświętnie, po polsku. Gorące pierogi, sałatka jarzynowa, domowa kiełbasa, świeży kompot ze śliwek i, oczywiście, słynne babcine makowce. Zosia z Hanią nie odchodziły od pieca, co chwilę podkradały ciepłą drożdżówkę z makiem. Następnego dnia dołączyły do dzieci z sąsiedztwa na górce saneczki, śnieżki, zabawy po uszy w śniegu. Wieczorem wszyscy czekali, kto pierwszy zobaczy świętego Mikołaja chowającego prezenty pod choinką. Babcia Zofia tuliła wnuki i prawnuki Heleny szczęście to mieć tak wielu bliskich przy sobie. Nic więcej nie trzeba.
Daleko, na skraju maleńkiej wioski, w trzydomowej osadzie, siedziały dwie starsze siostry, Stefania i Wandzia, i ich sąsiad, dziadek Kazimierz. Jego rodzina dawno już wyjechała, przez lato jeszcze zdoła zasadzić grządkę, zimą trudniej, ale na razie sobie radzą. Najważniejsze, iż nie są całkiem sami. Kazimierz napalił w piecu, a na stole prosta kolacja. Po południu wyszedł po chrust wzdłuż rzadko uczęszczanej wiejskiej drogi. Nagle zauważył coś wystającego spod śniegu.
Podszedł, podniósł reklamówka. Otworzył i aż usiadł ze zdziwienia: w środku łosoś, pasztet, kiełbasa, kawałki sera, domowe ciasta, i na dnie piękna, biała chusta. Rozejrzał się nikogo wokół. Położył reklamówkę na saneczkach razem z chrustem i powoli zaniósł do domu. Rozłożył chustę przed piecem, rozpalił ogień. Stefania i Wandzia postawiły przysmaki na stół.
Nigdy nie myślałam, iż jeszcze kiedyś takie smakołyki będę jadła westchnęła Wandzia.
Też myślałam, iż już nie spotka nas taki cud odpowiedziała Stefania.
Widać, Pan Bóg o nas nie zapomniał podsumował Kazimierz. Może to była zapłata za dobre życie, a może ktoś tam wysoko chciał, byśmy się jeszcze pocieszyli.
Dziś już wiem szkoda rzeczy jest tylko przez chwilę. Może właśnie przez to, iż je straciliśmy, ustrzegliśmy się większego nieszczęścia. Najważniejsze jest zdrowie i bliscy wokół stołu. Może to, co stracone, komuś innemu dało szczęście, a nam pozwoliło na nowo docenić to, co mamy.







