O piątej rano nikt nie powinien się budzić.
A jednak Malwina siedzi na brzegu łóżka.
Patrzy przez okno, serce wali jej nierówno.
Dwa uderzenia, przerwa, trzy uderzenia, cisza.
Wczoraj lekarz powiedział: to ataki paniki.
Dała jej skierowanie na dalsze badania.
Osiemnaście lat temu była młodą absolwentką ekonomii.
Teraz jest dodatkiem do interesów męża.
Księgową bez pensji, sprzątaczką bez podziękowań.
– Obudziłaś się już? – pyta Artur, wchodząc do kuchni.
Wygląda na zmiętego i niezadowolonego.
– Znowu nie spałaś?
Malwina kiwa głową, nalewa mu kawy.
Wyciąga z lodówki ten sam jogurt co zawsze.
– Dziś jadę do Gdańska – mówi Artur. – Trzy dni, ważne spotkanie.
– Arturze… – zaczyna cicho.
Wie, iż nie powinna.
Ale mówi:
– Proszę, nie teraz. Lekarz zlecił badania. Źle się czuję.
Artur stawia filiżankę, wzdycha przez nos.
– I co osiągnęłaś swoim narzekaniem? – pyta obojętnie.
– Muszę pracować, Malwina. Kto nie jest zmęczony?
Pakuje walizkę automatycznie.
Czeka, aż żona zamilknie, jak zawsze.
Ale tym razem Malwina nie milczy.
– Czy ty pamiętasz, na kogo jest kredyt hipoteczny? – pyta spokojnie.
Artur się odwraca, uśmiecha kpiąco.
– Na nas oboje chyba?
– Na mnie. Tylko na mnie.
Twarz mu tężeje.
– O czym ty mówisz?
– Osiem lat temu miałeś długi. Bank nigdy nie dałby tobie kredytu.
Milczy.
– Więc wszystko jest na mnie. Mieszkanie też. Jestem poręczycielem twoich firmowych kredytów.
Artur osiada przy stole.
– Po co mi to mówisz?
– Przypominam. I jeszcze coś – otwiera szufladę, kładzie teczkę przed nim. – Wiem o Kindze.
Artur wpatruje się w papiery, blednie.
– O księgowej od Pawła – mówi Malwina spokojnie. – Młodszej o dwanaście lat.
Rozkłada wydruki jak karty.
– Przelewy. Czterdzieści tysięcy. Pięćdziesiąt. Siedemdziesiąt. Co miesiąc.
Cisza.
– A tu rozmowy z twojego komputera. Hasło sama wymyśliłam, pamiętasz?
– Skąd to masz?! – krzyczy Artur.
– Ważniejsze, iż przez nią wyprowadzałeś pieniądze. Myślisz, iż urząd skarbowy by się nie zainteresował?
Artur zrywa się z krzesła.
– Jak śmiesz?! Całe życie siedziałaś na moim utrzymaniu!
– Pasożytka, która podpisywała twoje kredyty? – pyta gorzko. – Która prowadziła księgowość, gdy ty byłeś „na spotkaniach”?
– Straszysz mnie?
– Tłumaczę ci układ, bo zapomniałeś podstaw.
Podchodzi do okna.
– Przez pół roku odnowiłam dyplom. Zrobiłam kursy – po nocach, między atakami paniki. Mam propozycję pracy.
– Chcesz zabrać Kornelię?! – szarpnął się.
– A widziałeś ją w tym miesiącu? Pamiętasz, kiedy ostatnio z nią rozmawiałeś?
Milczy. Bo nie pamięta.
Malwina bierze kolejny dokument.
– Opinia neurologa. Przewlekłe wyczerpanie. Ataki lękowe. Wiesz, co to znaczy dla rozwodu?
– Malwina…
– Sąd stanie po mojej stronie.
Kładzie ostatni papier.
– Bez mojego podpisu nie przedłużysz kredytu firmowego. Paweł dzwonił wczoraj.
Artur siada powoli, jakby odjęło mu siły.
– Czego chcesz? Pieniędzy?
– Chcę szacunku. Chcę, żebyś przyznał, iż beze mnie nie byłoby nic.
Bierze torebkę.
– Masz czas do wieczora. Zabieram Kornelię do Lidii.
Artur dzwoni sześć godzin później.
Malwina siedzi u Lidii, pije miętową herbatę.
Czuje się, jakby wynurzyła się z bagna.
– Muszę z tobą porozmawiać – mówi Artur w słuchawce.
– Przyjedź tutaj. Adres znasz?
Przyjeżdża godzinę później, spięty, zły.
Lidia zabiera Kornelię do drugiego pokoju.
– Szantażujesz mnie?! – uderza pięścią w stół.
– Nie. Przedstawiam fakty.
– Grzebałaś mi w komputerze! To chore!
– Naprawdę uważasz, iż teraz najlepiej atakować?
Milknie, bo ona ma rację.
– Nie chcę cię niszczyć – mówi Malwina. – Chcę, żebyś zrozumiał: beze mnie nie masz nic.
– Chcesz rozwodu?
– A ty?
Odwraca wzrok, długo milczy.
– Z Kingą… to nic nie znaczyło.
– Nie przerywaj. Wiem o niej od pół roku. Milczałam, licząc, iż się opamiętasz.
Śmieje się gorzko.
– Może bałam się przyznać, iż nasz związek skończył się pięć lat temu.
– Malwina…
– Mam dość bycia dodatkiem. Kto nie zauważa, iż umieram przy nim przez bezsenność i lęk?
Artur siedzi blady, zaciska pięści.
– Masz wybór – mówi Malwina. – Możemy spróbować od nowa, bez kłamstw.
– Albo odejdziesz i weźmiesz wszystko?
– Odejdę tylko z tym, co moje. Twoje kredyty spłacisz sam.
Wstaje, rozmowa się kończy.
– Masz trzy dni. Ta Malwina, która milczała, umarła wczoraj o piątej rano.
Tydzień później Artur wraca.
Bez pewności siebie, siada w kuchni u Lidii, długo milczy.
– Paweł mówi, iż bank nie przedłuży kredytu bez twojego podpisu. Firma padnie.
– Wiem.
– Czego chcesz?
Patrzy mu prosto w oczy.
– Chcę rozwodu.
Blednie.
– Naprawdę?
– Jak nigdy.
Pięć lat ciszy wystarczyło aż nadto.













