Gdy dzieci odchodzą, serce zostaje: życie rodziców z daleka

newsempire24.com 2 tygodni temu

Przełknięty guzek: nasze dzieci za granicą, widujemy się tylko na święta

Jak bardzo mi ich brakuje

Ludzie wokół często mówią mi: „Powinieneś się cieszyć! Syn ułożył sobie życie w Ameryce, ma rodzinę, stabilność. Czy to nie jest szczęście?”

Tak, jestem zadowolony. Oczywiście, iż jestem zadowolony. Jakżeby inaczej? Przecież co może bardziej pragnąć ojciec dla swojego dziecka, niż widzieć go szczęśliwym?

Dlaczego więc nie mogę zasnąć nocą? Dlaczego co wieczór wyglądam przez okno, mając nadzieję, iż usłyszę znajome kroki przy drzwiach? Dlaczego serce mnie boli, gdy widzę wnuki sąsiadów bawiące się na podwórku, podczas gdy mój wnuk jest gdzieś za oceanem?

Nie widziałem, jak mój wnuczek postawił pierwszy krok. Nie słyszałem jego pierwszych słów. Monitory i ekrany nie pozwalają mi go przytulić, nie mogę go wziąć za rękę i pójść na spacer po jesiennym parku, ani uczyć go jeździć na rowerze. Wszystko, co mam, to kilka pikseli na ekranie i głos, który co tydzień wydaje się coraz dalszy i bardziej obcy.

„Wszyscy płyniemy tą samą łodzią”

Pewnego dnia poszedłem do parku i usiadłem na starej drewnianej ławce, gdzie spotkałem towarzystwo podobne do mnie. Starsi ludzie, którzy wiele przeszli, ale nie przywykli do najstraszniejszego – samotności.

Zaczęliśmy rozmowę. Każdy miał coś do powiedzenia, bo wszyscy mieliśmy podobne historie.

— Mam dwie córki — zaczęła mówić szczuplutka kobieta z siwymi włosami. — Starsza mieszka w Szwajcarii już od piętnastu lat, młodsza wyjechała do Hiszpanii siedem lat temu. Kiedyś przynajmniej przyjeżdżali, a teraz… Ciągle mają jakieś sprawy. Obiecują przyjechać latem, ale zawsze coś im przeszkadza.

Inna, pulchna dama z miłym wyrazem twarzy, uśmiechała się, opowiadając:

— Moja wnuczka jest już w pierwszej klasie, niemiecki zna lepiej niż polski. Syn z żoną kupili dom w Monachium, tam u nich wszystko dobrze. Dziesięć lat temu przeprowadzili się do Niemiec. Jeżdżę do nich zimą, a latem oni do mnie… No jak do mnie? Na parę dni wpadną do wioski – i z powrotem.

Słucham, milczę, tylko połykam przykrą gulę w gardle.

Trzecia kobieta westchnęła, patrząc gdzieś w dal:

— A ja już trzy lata nie widziałam swoich wnuczków. Są w Kanadzie. Coraz rzadziej przyjeżdżają. Mówią, iż daleko, drogo… Sama już nie mogę latać, nogi nie trzymają. Przeplatam im swetry, skarpetki, szaliki – wiem, iż tam zimno. Uśmiechają się przez ekran: „Dziękujemy, babciu, jesteś naszą złotą”. Ale moje rzeczy tak leżą w szafie – nikt ich nie nosi, nikogo nie grzeją.

Życie na odległość

Niektórzy otrzymują drogie leki od dzieci, inni – sto euro miesięcznie jako pomoc. Ktoś ma syna, który nie dostaje urlopu na święta i nie może przyjechać na Boże Narodzenie, a ktoś z tęsknotą czeka, kiedy synowa przywiezie wnuki chociaż na dwa tygodnie.

— Ja wam zazdroszczę — niespodziewanie powiedziała szczupła kobieta około sześćdziesiątki. — Wasi przynajmniej się ustatkowali. Mój syn jest bez pracy, synowa grosze zarabia. Nigdzie nie wyjechali, ale żyją tak, iż lepiej by było, gdyby wyjechali… Cała ich nadzieja to moje przetwory, latem robię trzysta słoików kompotów, ogórków, dżemów. Co robić? Bez tego nie przetrwają.

Siedzę, słucham i czuję, jak wewnątrz wszystko się kurczy. Dlaczego tak jest? Dlaczego los naszych dzieci to życie z dala od nas?

Cieszymy się z ich sukcesów, jesteśmy z nich dumni, ale nie możemy ich przytulić, gdy jest ciężko. Nie możemy im dać ojcowskiej rady przy filiżance herbaty w kuchni, nie możemy po prostu posiedzieć obok w milczeniu, żeby poczuć swoją obecność.

Co dalej?

Starzejemy się. Nasze dzieci stają się obce, ich światy są dla nas nieznane. Oni nie wiedzą, jak żyjemy. A my nie wiemy, kim się stali.

Nadejdzie dzień, gdy nie będzie już połączeń na Skype, nie będzie tych rzadkich spotkań na święta. Minie jeszcze trochę czasu – i przylecą, ale już nie do mnie, a na moje ostatnie pożegnanie.

A tak chciałbym jeszcze choć raz mocno przytulić syna, spojrzeć w oczy wnukowi i powiedzieć: „Zapamiętaj, dziadek cię kocha”.

Ale czas ucieka. Kto wie, czy zdążymy…

Idź do oryginalnego materiału