Fajbusiewicz wraca do spraw sprzed lat. Zamordowany czy zaginiony?

angora24.pl 4 godzin temu

Musimy się cofnąć niemal o 40 lat – do lata 1986 r. W Ciechanowie, w domu jednorodzinnym, mieszkał wtedy 31-letni Zdzisław K. wraz z żoną i teściami. Pochodził z południa Polski, a po ślubie przeniósł się tu i zaczął planować własny interes związany z granitem ze Strzegomia.

Wiosną 1986 r. uruchomił zakład kamieniarski specjalizujący się w nagrobkach; początkowo pomagał mu teść. Zdzisław, znający fach z domu rodzinnego, przygotował kilka wzorcowych pomników ze strzegomskiego kamienia. Pojawiali się pierwsi klienci. Surowiec sprowadzał ze Strzegomia, gdzie mieszkali jego rodzice, ale zakup kamienia wymagał dużych nakładów, więc pobierał od klientów zaliczki. Uzbierał sporą sumę i planował dłuższy wyjazd na Dolny Śląsk po kolejne dostawy.

22 czerwca, po rozmowie z żoną, Zdzisław postanowił wyjechać z Ciechanowa do Strzegomia, by kupić atrakcyjny materiał. W mieście działało wtedy kilkadziesiąt firm zajmujących się granitem. Wyjechał z domu przy ul. Bohaterów Warszawy, zabierając – jak później zeznała żona – 2 miliony starych złotych.

Mniej więcej dobę później dotarł do rodzinnego domu przy ul. Legnickiej, gdzie mieszkali jego rodzice. Przez kilkanaście dni odwiedzał miejscowe zakłady kamieniarskie, zostawiając zaliczki na zamawiany surowiec. Wieczorami bywał w lokalnych knajpach, co prawdopodobnie uszczuplało pieniądze przeznaczone na zakupy. W tym czasie adekwatnie nie kontaktował się z żoną w Ciechanowie.

Po tygodniu żona Zdzisława wyjechała na wczasy do Bułgarii. Tego samego dnia Zdzisław wysłał ze Strzegomia telegram, iż wróci do domu 2 lipca – jednak nie wrócił. Co więcej, już nigdy nie pojawił się w Ciechanowie.

W połowie lipca, po powrocie z wczasów, żona zaniepokoiła się nieobecnością męża. Skontaktowała się z teściami w Strzegomiu, ale ci również byli zaskoczeni – nie widzieli syna od początku lipca i nie wiedzieli, kiedy opuścił rodzinne miasto. Sami rozpoczęli poszukiwania, odwiedzając niemal wszystkie zakłady kamieniarskie w okolicy. Nikt nie widział Zdzisława K. po 1 lipca.

Równolegle szukała go żona, ale wszystkie te działania nie przyniosły żadnego rezultatu.

Pod koniec lipca żona Zdzisława zgłosiła milicji w Ciechanowie jego zaginięcie – sprawę przekazano jednak do Wałbrzycha, bo tam ostatni raz go widziano, między 14 a 15 lipca 1986 r. Co robił przez dwa tygodnie od wyjazdu ze Strzegomia – nigdy nie ustalono. Poszukiwania nie przyniosły rezultatów, choć pojawiły się informacje, iż Zdzisław był winien spore sumy miejscowym kamieniarzom. Czy ktoś mógł go ścigać za długi – tego również nie wiadomo.

Minęło kilkanaście dni. 4 sierpnia 1986 r. do mieszkania jego matki przyszedł kolega Zdzisława, przynosząc radosną wiadomość, iż syn żyje i od dłuższego czasu przebywa w Bieszczadach. Rodzice natychmiast postanowili tam jechać. W poszukiwaniach miała pomóc siostra matki – od lat mieszkała w Bieszczadach i dobrze znała te tereny.

Kiedy dotarli na miejsce, okazało się jednak, iż była całkowicie zaskoczona wizytą. Od dawna nie miała kontaktu z siostrzeńcem i nic nie wiedziała o jego pobycie w Bieszczadach.

Kobiety natychmiast rozpoczęły poszukiwania na własną rękę. Dotarły m.in. do obozu koło Wołkowyi, gdzie kucharz twierdził, iż Zdzisław przebywał tam od 2 do 28 sierpnia 1986 roku. Po obejrzeniu fotografii nie miał wątpliwości, iż to właśnie on. Po 28 sierpnia nikt już jednak 31-letniego Zdzisława K. nie widział.

Kiedy prezentowałem tę sprawę w telewizyjnym „997”, moim gościem był porucznik Czesław Januszkiewicz z WUSW w Wałbrzychu. Potwierdził, iż ustalenia matki dotyczące pobytu syna w Wołkowyi były prawdziwe. Uważał, iż kucharz nie miał żadnych wątpliwości co do obecności Zdzisława na sierpniowym obozie.

Zapytany, czy kolega Zdzisława przekazał jeszcze jakieś informacje o jego pobycie w Bieszczadach, odpowiedział, iż żadnej, ponieważ tego mężczyzny nigdy nie udało się odnaleźć ani ustalić jego personaliów. Kucharz przekazał natomiast inną interesującą wiadomość. Zdzisław miał przed wyjazdem powiedzieć: „Wiem, iż mnie szukają. Niech mnie trochę poszukają, ja potem się sam zgłoszę”.

Do dziś los Zdzisława K. pozostaje nieznany. Dolnośląska policja nie odpowiedziała na moją prośbę o informację, czy w ciągu ostatnich kilkunastu lat cokolwiek w tej sprawie się wyjaśniło.

Idź do oryginalnego materiału