Emily w Paryżu. Internetowy fenomen bez większej głębi

kulturalnemedia.pl 3 godzin temu

Są takie produkcje, które stają się hitem, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży je na dobre obejrzeć. Wystarczy kilka kadrów, chwytliwa estetyka i obecność w mediach społecznościowych, by internet zrobił resztę. Jednym z takich przypadków jest Emily w Paryżu. Serial, który niemal natychmiast po premierze na Netflix stał się popkulturowym zjawiskiem. Kolorowe stylizacje, romantyczny Paryż i lekka fabuła sprawiły, iż dla wielu widzów był to idealny sposób na ucieczkę od codzienności. Tylko czy za tą instagramową fasadą rzeczywiście kryje się coś więcej?

Emily w Paryżu jako estetyczna fantazja o idealnym życiu

Emily w Paryżu opowiada historię ambitnej Amerykanki, która przeprowadza się do Francji, by rozwijać swoją karierę w marketingu. Brzmi jak punkt wyjścia do opowieści o zderzeniu kultur, trudnej emigracji i zawodowych kompromisach. W praktyce dostajemy jednak historię, w której największe problemy rozwiązują się szybciej, niż zdążymy je potraktować poważnie. Emily wchodzi do obcego środowiska z ogromną pewnością siebie i niemal natychmiast zaczyna odnosić sukcesy, mimo iż nie zna języka i realiów, w których funkcjonuje.

Trudno oprzeć się wrażeniu, iż bohaterka porusza się po Paryżu jak po scenografii stworzonej specjalnie dla niej. Jej wpadki zawodowe nie niosą realnych konsekwencji, konflikty znikają równie szybko, jak się pojawiają, a romantyczne komplikacje są bardziej elementem gry niż prawdziwym dramatem. Serial nie próbuje choćby udawać, iż chce być realistyczny. Zamiast tego oferuje widzowi świat uproszczony, wygładzony i całkowicie bezpieczny.

Hype napędzany przez algorytmy

Nie da się jednak odmówić tej produkcji jednego: idealnie rozumie mechanizmy współczesnych mediów. Każdy odcinek to zbiór kadrów, które aż proszą się o zapisanie na Pinterest. Stylizacje Emily wyglądają jak gotowe inspiracje modowe, a Paryż pokazany jest tak, jakby składał się wyłącznie z klimatycznych kawiarni, perfekcyjnych balkonów i zachodów słońca w złotym świetle.

To serial zaprojektowany pod udostępnianie. Nie musi być głęboki, bo jego siłą jest wizualność. W świecie, w którym obraz często wygrywa z treścią, taka strategia okazuje się skuteczna. Widzowie niekoniecznie szukają tu analizy kulturowej czy wiarygodnego portretu pracy w marketingu. Szukają ładnych ujęć i lekkiej rozrywki. I to właśnie dostają.

Problem pojawia się wtedy, gdy estetyka zaczyna całkowicie dominować nad historią. Gdy kolejne wątki romantyczne są przewidywalne, a rozwój bohaterki adekwatnie nie istnieje. Emily nie zmienia się znacząco, nie dojrzewa, nie ponosi kosztów swoich decyzji. Wszystko płynie w rytmie kolorowych stylizacji i kolejnych zawodowych „cudów”.

Lekka rozrywka zamiast głębszej opowieści

Emily w Paryżu bez wątpienia spełnia funkcję lekkiej rozrywki. To serial, który nie wymaga skupienia, nie przytłacza trudnymi tematami i pozwala na chwilę zanurzyć się w estetycznym, uporządkowanym świecie. W czasach przesytu ciężkimi narracjami i dramatami psychologicznymi taka forma może działać jak oddech. Kolorowa wizja Paryża, szybkie tempo akcji i nieskomplikowane konflikty sprawiają, iż oglądanie staje się czystą przyjemnością.

Problem polega jednak na tym, iż poza klimatem kilka z tej historii zostaje. Serial nie oferuje pogłębionego spojrzenia na emigrację, nie pokazuje realnych wyzwań pracy w branży kreatywnej ani nie rozwija w przekonujący sposób relacji między bohaterami. Konflikty są powierzchowne, a ich konsekwencje krótkotrwałe. W efekcie produkcja pozostaje bardziej efektowną wizualnie fantazją niż opowieścią, która zostawia widza z czymkolwiek więcej niż ładnym obrazem.

Idź do oryginalnego materiału