Dzienna kukułka przekukała
Nie, chyba sobie żartuje! warknęła Lena. Jurek, chodź tu natychmiast!
Mąż, właśnie zrzucający adidasy w przedpokoju, zajrzał do łazienki, rozpinając w biegu kołnierzyk koszuli.
Lena, o co znowu chodzi? Przecież dopiero co wróciłem z pracy, głowa mi pęka…
O co chodzi?! Lena wskazała na rant wanny. Spójrz dokładnie. Gdzie jest mój szampon? Gdzie ta odżywka do włosów, którą wczoraj kupiłam?
Jurek zmrużył ślepia, patrząc na równy rządek buteleczek.
Stał tam olbrzymi baniak szamponu dziegciowego, jakieś litrowe Burdock i ciężki słoik z kremem o podejrzanie brunatnej mazi.
Eee… Mama przyniosła swoje rzeczy. Chyba jej wygodniej, jak wszystko ma pod ręką… mruknął, uciekając wzrokiem.
Wygodniej?! Jurek, ona tu w ogóle nie mieszka! Popatrz jeszcze na dół.
Lena przykucnęła, wyciągnęła spod wanny plastikową miskę. Leżały w niej jej drogie francuskie specyfiki, myjka i maszynka do golenia.
To co, Jurek? Zebrała moje rzeczy do tej brudnej miski, a swoje rozłożyła na widoku!
Uważa, iż moje kosmetyki pasują tuż obok ścierki do podłogi, a jej łopianowy zasługuje na podium nad wanną!
Jurek westchnął ciężko.
Lena, przestań. Mamie teraz bardzo ciężko, sama wiesz… Przestawię wszystko na miejsce, a potem zjemy kolację. Zrobiła gołąbki, wiesz?
Gołąbków jej nie tknę! burknęła Lena. I dlaczego ona tu ciągle siedzi? Czemu rządzi się w moim domu, Jurek?!
Czuję się tu jak lokatorka, której łaskawie pozwolono korzystać z sedesu.
Popchnęła męża i wybiegła, a Jurek niechętnie wepchnął misę z żoninych kosmetyków znów pod wannę.
Problem mieszkaniowy, który zrujnował życie milionom, ich choćby nie dotyczył.
Jurek miał własną, przestronną kawalerkę na nowym osiedlu po dziadku. Lena z kolei odziedziczyła przytulne M2 po babci.
Po ślubie zasiedli u Jurka tu był świeży remont i klima, a Lenina dwójka została wynajęta fajnej rodzinie.
Stosunki z rodzicami Jurka były na poziomie uprzejmego rozejmu z nutą sympatii.
Barbara Stanisławowna z mężem, szanowanym, acz milczącym Wiesławem Piotrowiczem, mieszkali na drugim końcu miasta. Raz w tygodniu obowiązkowa herbatka, kurtuazyjne pytania o zdrowie i pracę, wymiana uśmiechów.
Oj, Lenka, ale ty schudłaś wzdychała Barbara, dokładając tortu. Jureczku, ty żony nie karmisz?
Mamo, po prostu chodzimy na siłkę odburkiwał Jurek.
I nic więcej. Zero nagłych wizyt, żadnych porad dotyczących prowadzenia domu.
Lena chwaliła się koleżankom:
Trafiła mi się teściowa ze złota. Nie wtrąca się, nie poucza mnie, Jurka nie zamęcza.
Wszystko posypało się w ponury wtorek, gdy Wiesław Piotrowicz, po ponad trzydziestu latach z Barbarą, nagle spakował walizkę, zostawił na stole kartkę Pojechałem nad morze, nie szukaj! i zniknął, blokując wszystkie kontakty.
Okazało się, iż kryzys wieku średniego” to nie przenośnia, tylko konkretna, odmłodzona administratorka ośrodka w Kołobrzegu, gdzie od trzech lat jeździli.
Dla sześćdziesięcioletniej Barbary świat się zawalił.
Najpierw były łzy, telefony nad ranem, setki analiz:
Jak on mógł? Dlaczego? Lenko, co teraz będzie?!
Lena współczuła naprawdę. Woziła teściowej ziołowe uspokajacze, słuchała tej samej historii po raz pięćdziesiąty i tylko przytakiwała, kiedy Barbara wyklinęła starego koczka.
Ale cierpliwość miała swój limit jęki teściowej ją zaczęły wkurzać.
Jurek, dzwoniła dziś pięć razy odbiła temat przy śniadaniu. Prosiła, żeby przyjechać i wkręcić żarówkę w korytarzu.
Wiem, iż jej ciężko, ale kiedy to się skończy?
Mąż natychmiast posmutniał:
Samotnie jej, Lena. Całe życie pod opieką faceta, a tata…
Proszę cię, nie bądź na nią zła…
Żarówkę można wkręcić samej albo zadzwonić po złotą rączkę. Ale musi przyjść syn albo synowa. Czy mi to potrzebne?
Wkrótce zaczęły się nocowanki mąż kursował do mamy.
Lena, mama boi się sama zasypiać wyjaśniał, pakując torbę. Mówi, iż cisza ją dobija. Przenocuję tam parę dni, dobra?
Parę dni?! Lena zmarszczyła brwi. Jurek, jesteśmy dopiero po ślubie, a ty już uciekasz! Nie chcę spać sama pół tygodnia.
Lenka, to tymczasowe. Mama się pozbiera i po kłopocie.
Tymczasowe trwało miesiąc.
Barbara domagała się, żeby Jurek był u niej wieczorami i spał cztery noce w tygodniu. Udawała skoki ciśnienia, ataki paniki albo sama zatkała odpływ w zlewie.
Lena widziała, jak mąż się wykańcza, rozrywając między domami, i wtedy popełniła ten błąd, przez który do dziś zgrzyta zębami.
***
Postanowiła pogadać z teściową szczerze.
Pani Barbaro zagadnęła przy niedzielnym obiedzie. jeżeli aż tak pani źle samej w tych czterech ścianach, może by pani wpadała do nas za dnia?
Jurek w pracy, a ja często pracuję z domu. Może pani tu posiedzieć, przewietrzyć się, do parku pójść. Wieczorem Jurek odwiezie.
Barbara spojrzała dziwnie.
No proszę, Lenka, jaka ty mądra… Rzeczywiście, po co się kisić?
Lena myślała, iż to będą wizyty dwa razy w tygodniu, przyjdzie koło południa, wyjdzie zanim Jurek wróci…
Ale Barbara miała własną koncepcję zjawiła się punkt siódma rano.
Kto tam? mruknął przez sen Jurek, słysząc dzwonek.
Poszedł sam otworzyć.
To ja! rozbrzmiał donośny głos Barbary w domofonie. Przyniosłam świeży twarożek!
Lena schowała głowę pod kołdrę.
No weź, Jurek, siódma rano! Skąd ona wzięła twaróg o tej godzinie?!
Mama wcześnie wstaje Jurek już szukał spodni. Śpij, ja otworzę.
Tego dnia zaczęło się piekło. Barbara przychodziła nie z wizytą ona zamieszkała w tym mieszkaniu przez osiem godzin dziennie.
Lena próbowała pracować przy laptopie, ale zaraz słyszała nad uchem:
Lenka, a czemu kurzu na telewizorze nie zetrzesz? Znalazłam szmatkę, już ogarniam.
Pani Barbaro, mam zaraz rozmowę! Pracuję!
Aj tam rozmowa, przecież siedzisz i oglądasz obrazki.
A propos, córciu, prasujesz Jurkowi koszule nie tak jak trzeba. Kanty powinny być ostre jak brzytwa.
Pokażę ci, jak tylko tych twoich klientów się doczekasz.
Krytykowała wszystko.
Jak Lena kroiła warzywa: Jureczek lubi w słupki, a ty w kostkę jak w stołówce.
Jak ścieli łóżko: Narzuta ma opadać po samej ziemi, a u ciebie bieda.
Jak pachnie w łazience: Zapach powinien być miły, a u was jakby piwnicą ciągnęło.
Lena, nie gniewaj się zaglądała teściowa do garnka ale przesoliłaś zupę.
Jureczek od dziecka przyzwyczajony do lekkiego. Ma słaby żołądek, nie wiedziałaś? Ugotujesz go tym gotowaniem. Odsuń się, poprawię.
Zupa jest pyszna syknęła Lena, zaciskając pięści. I Jurkowi smakuje. Wczoraj dwie dokładki zjadł!
Oj, on jest tylko grzeczny. Żal mu cię, więc je, bidulek.
Do obiadu Lena była zwykle na krawędzi szału.
Pędziła do kawiarni, siedziała tam godzinami, byle nie słuchać tego tonu.
Po powrocie znów była zła na całą chatę.
Najpierw w kuchni pojawił się ulubiony kubek Barbary: wielki, pstrokato-żółty z napisem Najlepsza Mama. Potem na wieszaku zamieszkał jej płaszcz, a tydzień później w szafie znalazła się półka na jej zmiane ubranie i dwa szlafroki.
Po co pani tutaj szlafroki? spytała Lena, widząc różowego stwora koło swoich jedwabi.
No jak to, córciu? Jestem tu cały dzień. Zmęczenie, chce się przebrać.
Jesteśmy już jedną rodziną, po co się tak boczysz?
Na każdą skargę Jurek miał jedną odpowiedź:
Lena, bądź mądra. Mamie jest źle. Straciła męża, musi czuć się potrzebna. Żal ci półki w szafie?
Nie o półkę chodzi, Jurek! Twoja mama mnie wyprowadza z mojego mieszkania!
Nie przesadzaj. Przecież pomaga gotuje, sprząta. Sama mówiłaś, iż nie lubisz prasować.
Chodzenie pogniecioną to i tak lepsze niż to, co ona wyprasuje! wybuchała Lena.
A mąż jakby jej nie słyszał.
***
Butelki w łazience przelały czarę.
Jurek, chodź, gołąbki stygną! wołała Barbara z kuchni. Lenuś, też chodź, specjalnie nie dodałam ci papryki, bo nie lubisz ostrego.
Lena weszła do kuchni, gdzie teściowa już rozstawiała talerze.
Pani Barbaro zapytała spokojnie. Dlaczego schowała pani moje kosmetyki pod wannę?
Barbara choćby nie drgnęła. Położyła starannie widelec Jerzego przy talerzu i się uśmiechnęła.
O, Lenka, pytasz o te buteleczki? Przecież tam już prawie nic nie było, tylko miejsce zabierały.
I ten zapach taki… mocny, aż mi głowa pękła.
Postawiłam swoje, sprawdzone. Twoje wyniosłam na dół, żeby nie przeszkadzały. Nie masz chyba nic przeciw?
I tak tam trzeba było zrobić porządek.
Mam przeciw Lena podeszła do stołu. To moja łazienka. Moje rzeczy. I mój dom!
No jaki on twój, dziecko? Barbara teatralnie westchnęła, siadając. Przecież mieszkanie Jurkowe.
Jesteś tu gospodynią, ale… Szacunek dla matki męża należy się.
Jurek zbladł w drzwiach.
Mamo, no po co tak… Lena też ma swoje mieszkanie, mieszkamy tu razem…
Daj spokój z tym mieszkaniem! machnęła teściowa. Stary babiniec.
Jurek, siadaj, jedz. Widzisz, żona znów marudzi, głodna chyba.
Lena patrzyła na męża. Czekała.
Czekała, iż powie: Mamo, dość. Przesadziłaś. Spakuj manatki i wracaj do siebie.
Jurek postał chwilę, spojrzał to na matkę, to na żonę, po czym… usiadł do stołu.
Lenuś, naprawdę, usiądź, zjedzmy spokojnie. Pogadamy. Mamo, ty też nie masz racji, nie trzeba było ruszać jej rzeczy…
No widzisz! triumfowała Barbara. Syn rozumie.
A ty, Lenka, jesteś jakaś poirytowana. Wspólnota rodzinna to wszystko razem, a nie takie wyłączności.
Lenie puściły nerwy.
Wszystko razem? powtórzyła. Dobrze.
Odwróciła się i opuściła kuchnię.
Jurek coś do niej krzyknął, ale nie słuchała. Spakowała rzeczy w dwadzieścia minut, upchnęła do walizek.
Butelki z łazienki zostawiła kupi nowe.
Wychodziła przy dźwiękach dwóch głosów: mąż marudził i błagał, a teściowa lamentowała, nie omieszkując wsadzić szpilki.
***
Lena nie zamierzała wracać pozew złożyła prawie od razu po ewakuacji.
Mąż, póki jeszcze legalny, wydzwania co dzień, błaga o powrót, a teściowa powolutku przenosi manatki do kawalerki.
Lena jest przekonana, iż dokładnie o to jej chodziło.













