Dzieci przyjechały w odwiedziny i nazwały mnie kiepską gospodynią – czyli jak przygotowałam urodzinową ucztę dla całej rodziny, a potem jeszcze usłyszałam uszczypliwy komentarz przy stole

newskey24.com 5 godzin temu

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć, bo aż się we mnie zagotowało! Na dzień przed swoimi urodzinami zaczęłam szykować jedzenie na rodzinne spotkanie. Poprosiłam mojego Staszka, żeby obrał warzywa i pokroił sałatki, a ja wzięłam się za podsmażanie mięsa i przygotowywanie reszty potraw. Serio, myślałam, iż zrobiłam prawdziwe domowe uczty i wszyscy się najedzą do syta.

W dzień urodzin rano Staszek namówił mnie, żebyśmy jeszcze podskoczyli do cukierni i kupili duży, świeży tort taki, który wnuki na pewno będą pochłaniać z uśmiechem. Wszystko było gotowe stół zastawiony, zapachy po całym mieszkaniu.

Najpierw przyszła Ewa z zięciem i wnuczkiem, potem najstarsza córka Kasia z dwójką swoich dzieci, a na końcu średnia córka Ania z mężem i pociechami. Cała rodzina rozsiadła się przy stole, aż sztućce brzęczały o talerze. Dzieci opychały się jak szalone, aż w końcu ktoś upaprał tapetę łapkami od ciasta, a dorośli wylali coś na obrus Normalka, wiesz, jak to na rodzinnych imprezach.

I wyobraź sobie, przy herbacie Kasia rzuciła takim tekstem:

Mamuś, jakoś tak mało tego wszystkiego było na stole Zjedliśmy i co dalej?

Niby rzucone żartem, bo wszyscy się śmiali, ale nie ukrywam trochę mnie to dźgnęło. Przecież zawsze staram się coś im zapakować, ale jak tu przygotować zapasy dla takiej gromady? Mam tylko małe garnki i piekarnik, a przecież nie wydam całej emerytury na jeden obiad!

Staszek jeszcze w kuchni szepnął mi do ucha, jak kroiliśmy tort:

Daj spokój, Zośka, wszystko było pyszne, dlatego nie wystarczyło! Przecież możesz im przesłać przepisy, niech same gotują, jak mają czas. A następnym razem to niech coś przyniosą ze sobą. Ich jest tylu, a my tylko dwoje.

No i w sumie miał rację śmiech śmiechem, ale następnym razem to dzielimy się robotą!

Idź do oryginalnego materiału