Dzieci przyjechały w gości i nazwały mnie kiepską gospodynią. Dzień przed urodzinami zaczęłam przygotowania do rodzinnej uroczystości. Poprosiłam męża, żeby obrał warzywa i pokroił sałatki, podczas gdy ja smażyłam mięso i zajmowałam się resztą potraw. Myślałam, iż udało mi się przygotować pyszny, sycący poczęstunek dla całej rodziny. W dzień moich urodzin wybraliśmy się z mężem rano do cukierni po duży, świeży tort, który na pewno spodoba się wnukom. Jako pierwsi na imprezę przyszli mój syn z synową i wnukiem, potem pojawiła się najstarsza córka z dwójką dzieci i w końcu średnia córka z mężem i dziećmi. Wszyscy usiedli przy stole, brzękali łyżkami i widelcami wesoło, każdy wydawał się zadowolony i wszystkiego było pod dostatkiem. Wnuki były tak najedzone, iż pobrudziły tapetę brudnymi rączkami, a dorośli nie przejmowali się zabrudzonym obrusem. Przy herbacie najstarsza córka powiedziała do mnie: – Bardzo mało postawiłaś na stole… Zjedliśmy, a co potem? Jej słowa bardzo mnie zabolały. Choć to był żart, z którego inni się śmiali, poczułam się urażona. Zawsze staram się coś zapakować dzieciom na wynos, ale gotowanie dla takiej rodziny to nie lada wyzwanie, zwłaszcza mając tylko małe garnki i piecyk oraz ograniczoną emeryturę. – Nie przejmuj się, kochana – szepnął mi mąż w kuchni, kiedy przynieśliśmy tort – skoro im smakowało, to dlatego zabrakło! Podziel się przepisami, to mogą sami ugotować, kiedy znajdą czas. A następnym razem niech coś ze sobą przywiozą – w końcu jest ich tyle, a nas tylko dwoje.

twojacena.pl 7 godzin temu

Dzieci przyjechały w odwiedziny i nazwały mnie kiepską gospodynią.

Dzień przed urodzinami zaczęłam przygotowania do rodzinnego przyjęcia. Poprosiłam męża, żeby obrał warzywa i drobno pokroił sałatki, podczas gdy ja smażyłam mięso i robiłam resztę potraw sama. Wydawało mi się, iż udało mi się przygotować wyśmienity, domowy poczęstunek, którym wszystkich nakarmię. W dniu moich urodzin poszliśmy z mężem rano do cukierni, żeby kupić duży, świeży tort, który na pewno posmakuje wnukom.

Pierwsi przyjechali mój syn Bartosz z synową Justyną i wnuczkiem Jaśkiem, później najstarsza córka Jadwiga z dwójką dzieci, a na końcu córka średnia, Bogusława, z mężem i pociechami. Wszyscy zasiedliśmy razem przy stole, sztućce miło brzęczały podczas rozmów. Wydawało się, iż wszystkim wszystko smakuje i nikomu niczego nie zabrakło. Wnuki najadły się do syta, aż ślady rąk pozostały na tapecie, a dorośli nie obyli się bez poplamienia obrusa. Gdy piliśmy herbatę, najstarsza córka powiedziała do mnie żartobliwie:

Malutko tego na stole Najedliśmy się, a co dalej?

Te słowa mocno mnie dotknęły. Choć inni się śmiali i miało być to dla żartów, poczułam się urażona. To prawda, iż zawsze staram się coś dzieciom spakować do domu, ale trudno przygotować zapasy dla tak wielkiej rodziny. Mam tylko nieduże garnki i piekarnik, a przecież nie mogę wydawać całej emerytury na jedno przyjęcie.

Nie martw się, Jadwigo odezwał się do mnie szeptem mąż w kuchni, kiedy kroiliśmy tort Wszystko było pyszne, dlatego im zabrakło. Jak zechcą, podzielisz się przepisami, niech gotują sami. W ogóle, następnym razem niech też coś przyniosą ich jest tylu, a my tylko dwoje.

Ten dzień przypomniał mi, iż choć staramy się jak możemy, nie zawsze sprostamy oczekiwaniom. Najważniejsze jest jednak, by wspólne chwile przepełniała życzliwość i zrozumienie. Miłość w rodzinie nie mierzy się liczbą dań na stole, ale serdecznością i wzajemnym wsparciem.

Idź do oryginalnego materiału