Dzieci przyjechały w odwiedziny i nazwały mnie kiepską gospodynią.
Dzień przed urodzinami zaczęłam przygotowania do rodzinnego przyjęcia. Poprosiłam męża, żeby obrał warzywa i drobno pokroił sałatki, podczas gdy ja smażyłam mięso i robiłam resztę potraw sama. Wydawało mi się, iż udało mi się przygotować wyśmienity, domowy poczęstunek, którym wszystkich nakarmię. W dniu moich urodzin poszliśmy z mężem rano do cukierni, żeby kupić duży, świeży tort, który na pewno posmakuje wnukom.
Pierwsi przyjechali mój syn Bartosz z synową Justyną i wnuczkiem Jaśkiem, później najstarsza córka Jadwiga z dwójką dzieci, a na końcu córka średnia, Bogusława, z mężem i pociechami. Wszyscy zasiedliśmy razem przy stole, sztućce miło brzęczały podczas rozmów. Wydawało się, iż wszystkim wszystko smakuje i nikomu niczego nie zabrakło. Wnuki najadły się do syta, aż ślady rąk pozostały na tapecie, a dorośli nie obyli się bez poplamienia obrusa. Gdy piliśmy herbatę, najstarsza córka powiedziała do mnie żartobliwie:
Malutko tego na stole Najedliśmy się, a co dalej?
Te słowa mocno mnie dotknęły. Choć inni się śmiali i miało być to dla żartów, poczułam się urażona. To prawda, iż zawsze staram się coś dzieciom spakować do domu, ale trudno przygotować zapasy dla tak wielkiej rodziny. Mam tylko nieduże garnki i piekarnik, a przecież nie mogę wydawać całej emerytury na jedno przyjęcie.
Nie martw się, Jadwigo odezwał się do mnie szeptem mąż w kuchni, kiedy kroiliśmy tort Wszystko było pyszne, dlatego im zabrakło. Jak zechcą, podzielisz się przepisami, niech gotują sami. W ogóle, następnym razem niech też coś przyniosą ich jest tylu, a my tylko dwoje.
Ten dzień przypomniał mi, iż choć staramy się jak możemy, nie zawsze sprostamy oczekiwaniom. Najważniejsze jest jednak, by wspólne chwile przepełniała życzliwość i zrozumienie. Miłość w rodzinie nie mierzy się liczbą dań na stole, ale serdecznością i wzajemnym wsparciem.










