Telefon zadzwonił kwadrans po ósmej, kiedy stałam w kuchni z kubkiem wystygłej kawy i patrzyłam przez okno na blok naprzeciwko, na suszące się na balkonach pranie. Numer szkoły. Głos w słuchawce był tak napięty, iż przez chwilę pomyślałam, iż ktoś umarł.
— Pani Wiśniewska, musi pani natychmiast przyjechać do szkoły. Nie uwierzy pani, co się stało.
Ręka, w której trzymałam kubek, znieruchomiała w połowie drogi do zlewu.
Trzy miesiące wcześniej pochowałam męża. Rak trzustki, dziewięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu na cmentarzu przy Powązkowskiej. Nasza córka, dwunastoletnia Zosia, przestała się śmiać gdzieś w listopadzie i nie zaczęła jeszcze na powrót, chociaż był już koniec marca. Chodziła do szkoły, odrabiała lekcje, jadła obiad — robiła wszystko, co trzeba, tylko jakby z innego pokoju, nieobecna.
Dwa tygodnie temu Zosia zamknęła się w łazience na dłużej niż zwykle. Zwykle piętnaście minut, tego wieczoru minęła godzina.
— Kotku, mogę wejść? — zapytałam, pukając, ale drzwi otworzyły się same, niedomknięte.
Na kafelkach leżały długie, jasne pasma włosów. Moja córka stała przed lustrem z nożyczkami krawieckimi po ojcu w ręku, włosy obcięte tuż nad ramionami, nierówno, miejscami prawie przy skórze. Ręce jej się trzęsły, nożyczki wciąż otwarte.
— Zosiu… co ty zrobiłaś?
Odwróciła się, wargi jej drgały.
— Mamo, w mojej klasie jest Marysia. Ma białaczkę. Dzisiaj wszyscy zobaczyli, iż nie ma już włosów, bo zdjęła czapkę na WF-ie. Chłopcy się z niej śmiali. Płakała w toalecie i ja tego nie mogłam znieść.
Wskazała na pęk włosów, przewiązany starą gumką do włosów, leżący osobno na brzegu wanny.
— Czytałam, iż z prawdziwych włosów robi się peruki. Wiem, iż moje same nie wystarczą, ale może chociaż trochę pomogą.
Usiadłam na brzegu wanny, bo nogi mi się ugięły. Mój mąż, Tomasz, przeszedł to samo dwa lata wcześniej, zanim guz w ogóle dała się wyleczyć — chemia, wypadające włosy garściami, golenie głowy w naszej łazience nożykiem jednorazowym, bo tak było mu łatwiej. Zosia miała wtedy dziesięć lat. Pamiętała każdy szczegół.
Przytuliłam ją tak mocno, iż ledwo mogła oddychać.
— Tata byłby z ciebie taki dumny.
Tego samego wieczoru pojechałyśmy do zakładu fryzjerskiego przy Marszałkowskiej, gdzie pani fryzjerka, słysząc, po co przyszłyśmy, nie wzięła ani złotówki za strzyżenie i sama zapakowała włosy w bibułę, żeby zawieźć je do pracowni robiącej peruki dla dzieci onkologicznych. Koszt samej peruki — prawie tysiąc dwieście złotych — miałam pokryć ja, z pieniędzy odłożonych jeszcze przez Tomasza na wakacje, których już nie było komu zabrać.
Peruka była gotowa po dziesięciu dniach. Zosia niosła ją do szkoły w pudełku owiniętym w szary papier, jakby to był prezent urodzinowy, i po drodze powtarzała, iż ma nadzieję, iż Marysia się nie obrazi, iż to za mało.
Wróciłam do kuchni, do kubka z zimną kawą, i wtedy zadzwonił telefon.
Pojechałam do szkoły, nie zabierając choćby kurtki, w samym swetrze, chociaż na dworze było jeszcze zimno jak w lutym. W samochodzie radio grało jakąś piosenkę, której nie słyszałam, tylko patrzyłam na światła i liczyłam sekundy do zielonego.
Dyrektor, pan Kowalczyk, czekał przed drzwiami swojego gabinetu, blady, z rękami splecionymi z tyłu, jakby powstrzymywał się przed gestem.
— Proszę wejść. Teraz.
— Coś się stało Zosi?
— Musi pani zobaczyć to na własne oczy.
Otworzyłam drzwi gabinetu i to, co zobaczyłam w środku, o mało nie zwaliło mnie z nóg.
Na kanapie pod oknem siedziała Marysia w peruce zrobionej z włosów mojej córki, obok niej matka Marysi, ściskająca w dłoni chusteczkę mokrą od łez, a za biurkiem, zamiast dyrektora, stał wychowawca klasy Zosi z otwartym laptopem. Na ekranie — nagranie z telefonu jednej z uczennic: cała klasa stoi w kręgu, Marysia w środku, a obok niej Zosia z ogoloną na krótko głową, trzymająca za rękę koleżankę i mówiąca do reszty klasy: „Kto się teraz śmieje, niech spojrzy na mnie".
Okazało się, iż rano, zanim ktokolwiek zdążył zareagować na peruk, dwóch chłopców zaczęło się śmiać z tego, iż „ktoś kupił Marysi perukę z jakichś taniochy". Zosia wstała z ławki, powiedziała, iż to jej włosy, i na oczach całej klasy poszła do łazienki szkolnej z tymi samymi nożyczkami po ojcu, które od dwóch tygodni nosiła w piórniku, i obcięła sobie resztę włosów przy samej skórze, żeby wyglądać jak Marysia. Nagranie zdążyło obiec trzy klasy, zanim wychowawca je skonfiskował.
Dyrektor nie krzyczał ze złości. Krzyczał, bo nie wiedział, jak inaczej opisać przez telefon to, co się wydarzyło, a wolał, żebym to zobaczyła sama, zanim ktoś opowie mi wersję zniekształconą przez trzecie usta.
Matka Marysi wstała, gdy weszłam, i powiedziała tylko: „Przepraszam, iż pani tak wystraszyliśmy, po prostu nie wiedzieliśmy, jak inaczej panią tu sprowadzić szybko". Marysia patrzyła w podłogę, obracając w palcach brzeg swetra.
Zosia siedziała na krześle pod ścianą z rękami splecionymi na kolanach, głowa ogolona nierówno, kawałkami, tam gdzie zdążyła dotrzeć nożyczkami, zanim woźna zabrała jej je z rąk. Nie płakała. Patrzyła na mnie, czekając, jakby spodziewała się kary.
Uklękłam przed nią na dywanie gabinetu.
— Wiesz, iż jutro w szkole będą o tym gadać jeszcze głośniej?
— Wiem.
— I iż będzie ci zimno w głowę przez tydzień, dopóki coś nie odrośnie?
— Wiem, mamo.
Wzięłam z torebki telefon i tam, na oczach dyrektora, wychowawcy i matki Marysi, zadzwoniłam do salonu fryzjerskiego przy Marszałkowskiej, do tej samej pani, która zrobiła pierwszą perukę bez opłaty.
— Dzień dobry, to znowu ja, mama Zosi Wiśniewskiej. Potrzebuję jeszcze jednej peruki. Dla mojej córki tym razem.
Umówiłam wizytę na sobotę. Kosztowała kolejny tysiąc dwieście złotych, tym razem bez rabatu, bo — jak powiedziała fryzjerka szczerze przez telefon — jedno dobre serce na miesiąc to i tak dużo. Zapłaciłam z tej samej koperty z wakacyjnymi oszczędnościami Tomasza, w której zostało już niewiele, i pomyślałam, iż mąż i tak wolałby, żeby te pieniądze poszły właśnie na to.
Dyrektor zamknął laptopa i powiedział, iż nagranie zostanie usunięte ze wszystkich telefonów, jakie uda się namierzyć, a chłopcy, którzy się śmiali, spędzą tydzień po lekcjach, pomagając bibliotekarce katalogować książki — jego decyzja, nieodwołalna.
W drodze do domu Zosia siedziała obok mnie z czapką ojca na głowie, tą samą, którą nosił zimą w szpitalu, i po raz pierwszy od listopada zaśpiewała pod nosem kawałek piosenki lecącej z radia, fałszując każdą nutę.














