Krystyna Wardęga miała sześćdziesiąt trzy lata i działkę w Grójcu, gdzie od czterech dekad rosły te same dwie morele — szczepione jeszcze przez jej ojca. Co roku, w drugiej połowie lipca, kiedy owoce dojrzewały tak, iż pękały same z siebie na trawie, robiła z nich konfiturę. Nie dla siebie. Dla córki, Agaty, i dla zięcia, Bartka, którzy mieszkali w bloku na Ursynowie i przyjeżdżali po słoiki jak po coś należnego.
W tym roku Bartek przyjechał sam, bez Agaty, w piątek po południu, kiedy Krystyna akurat mieszała drugą partię cukru w garnku. Zapach był gęsty, ciepły, unosił się nad całą działką i mieszał z wonią skoszonej trawy sąsiada.
— Mamo, ja tylko po słoiki — powiedział, nie wysiadając choćby z auta na dobre. — Agata mówi, iż w tym roku ma być więcej. Bo w zeszłym nie starczyło do Wielkanocy.
Krystyna wytarła ręce w fartuch w kwiatki, kupiony jeszcze na bazarze w Grójcu przed laty.
— Nie starczyło, bo rozdaliście połowę teściowej Bartka.
— No i co z tego. Mamo, zrobisz więcej czy nie?
Nie odpowiedziała od razu. Wróciła do garnka, wsypała trzecią porcję cukru, zamieszała drewnianą łyżką, tą samą, którą mieszała konfitury, odkąd pamiętała. Gorący dżem wyglądał wtedy na rzadki, prawie jak kompot, i zawsze budził w niej ten sam, znajomy niepokój — czy tym razem się nie uda. A jednak następnego dnia gęstniał, nabierał tej aksamitnej, ciężkiej konsystencji, która sprawiała, iż łyżka stała w słoiku prosto.
Wieczorem, gdy Bartek już odjechał z bagażnikiem pełnym słoików — bez pytania, ile jej to kosztowało, bez jednego "dziękuję" wypowiedzianego inaczej niż mimochodem — Krystyna usiadła na ganku z kubkiem herbaty i zobaczyła esemes od córki.
„Mamo, kupiliśmy z Bartkiem działkę pod Grójcem. Tę sąsiednią, obok twojej. Będzie ładnie, blisko."
Nie napisała nic więcej. Krystyna czytała tę wiadomość trzeci raz, kiedy zrozumiała, co się adekwatnie stało. Ta „sąsiednia działka" to była ziemia jej brata, Tadeusza, którą on od lat obiecywał sprzedać jej — po cenie rodzinnej, bo tak się umówili przy stole, przy wódce, przy świętach. A teraz kupili ją Agata z Bartkiem. Za jej plecami. Zapłacili więcej, ale zapłacili — i zrobili to tak, żeby Krystyna dowiedziała się jako ostatnia.
Zadzwoniła do brata tego samego wieczoru.
— Tadziu, o co chodzi z tą działką?
— Krysiu, no przecież mówiłem Agacie. Myślałem, iż ona ci powie.
— Ty mi obiecałeś tę ziemię. Osiem lat temu, przy stole u mamy, pamiętasz?
W słuchawce była chwila ciszy, potem chrząknięcie.
— No obiecałem. Ale oni dali gotówkę od razu, a ty mówiłaś, iż musisz poczekać do emerytury. Co miałem zrobić.
— Wiesz co, Tadziu — powiedziała Krystyna cicho. — Ojciec by się ciebie wstydził.
Odłożyła telefon, zanim zdążył odpowiedzieć, i długo patrzyła na słoiki, które zostały jej z tegorocznej konfitury — cztery sztuki, bo resztę zabrał Bartek. Na etykietkach, które sama pisała flamastrem, było napisane: „Morele, Grójec, lipiec". Nagle te słoiki wydały jej się śmieszne. Cztery lata z rzędu robiła dżem dla ludzi, którzy w tym samym czasie kupowali za jej plecami ziemię, którą uważała za swoją przyszłość — miejsce, gdzie planowała postawić domek letniskowy, kiedy pójdzie na emeryturę z przychodni, w której pracowała jako pielęgniarka od trzydziestu jeden lat.
Przez tydzień nie odzywała się do córki. Agata dzwoniła dwa razy, zostawiała wiadomości głosowe pełne wyjaśnień — iż to była okazja, iż cena była dobra, iż przecież będą blisko, iż mogą razem uprawiać ogród. Krystyna słuchała tych nagrań w kuchni, mieszając zupę, i nie oddzwaniała. Tadeusz zadzwonił jeszcze raz, dwa dni później — nie odebrała. Zadzwonił trzeci raz w niedzielę wieczorem. Zobaczyła jego numer na ekranie i odłożyła telefon ekranem do blatu.
W sobotę, dziesięć dni po tamtej rozmowie, Agata i Bartek przyjechali na działkę bez zapowiedzi. Krystyna siedziała pod jabłonią, obierała ziemniaki do garnka. Bartek wysiadł pierwszy, w tej samej koszulce co zawsze, z tym samym wyrazem twarzy człowieka, który przyszedł po coś, co mu się należy.
— Mamo, chcieliśmy pokazać ci plany na tę działkę. Będzie tam altana, może basen dla dzieci, jak już się pojawią.
Krystyna odłożyła nóż do ziemniaków na miskę.
— Nie jestem waszą mamą od dziesięciu dni, Bartku. Jestem matką Agaty, a ty jesteś człowiekiem, który zabrał moją ziemię i choćby mi o tym nie powiedział.
— No przecież to nie twoja była ziemia, tylko Tadeusza.
— Tadeusz obiecał ją mnie. Przy świadkach. Wy o tym wiedzieliście, bo Agata siedziała przy tym samym stole.
Agata spuściła oczy, ale nic nie powiedziała. To milczenie bolało bardziej niż cokolwiek, co mogłaby powiedzieć.
Krystyna wstała, otrzepała fartuch z ziemi i weszła do domku letniskowego. Wróciła po chwili z teczką — starą, brązową, z resorkami, w której trzymała wszystkie dokumenty dotyczące działki, w tym umowę użyczenia, którą jeszcze w zeszłym roku podpisała z Tadeuszem na piśmie. Umowa dotyczyła pasa gruntu Krystyny, przez który biegła jedyna rura doprowadzająca wodę z jej studni na tamtą, teraz sprzedaną działkę — bo studnia stała tuż przy miedzy, na terenie Krystyny, jeszcze od czasów jej ojca, a rura poprowadzona była tylko w jedną stronę, do pola Tadeusza. Inni sąsiedzi mieli własne ujęcia, dalej od granicy.
— Ta umowa wygasa z końcem miesiąca — powiedziała, kładąc teczkę na stole ogrodowym. — Nie przedłużę jej na waszą działkę. Rura idzie przez mój grunt. Beze mnie nie płynie stamtąd ani kropla.
Bartek zbladł.
— Mamo, to jakiś żart. Bez wody tam nic nie postawimy.
— To nie ja kupowałam ziemię bez studni. To wy.
Agata w końcu podniosła oczy.
— Mamo, ja nie wiedziałam, iż to aż tak cię zaboli. Myślałam, iż ty i tak masz dość ziemi.
— Nie chodzi o ziemię, Agato. Chodzi o to, iż przez dwadzieścia lat gotowałam wam dżem, mroziłam warzywa na zimę, siedziałam z twoimi dziećmi, kiedy wy jeździliście na wczasy — a wy w tym czasie potrafiliście umówić się z moim bratem za moimi plecami i choćby mi o tym nie powiedzieć wcześniej niż esemesem.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko brzęczenie os krążących nad miską ze skórkami po ziemniakach.
Krystyna wróciła do domku i wyniosła jeszcze jedną rzecz — telefon. Wybrała numer swojego prawnika, tego samego, który prowadził jej sprawy spadkowe po ojcu, i poprosiła o umówienie spotkania w poniedziałek, żeby sporządzić pismo formalnie kończące umowę użyczenia gruntu i dostępu do studni od pierwszego dnia następnego miesiąca. Zrobiła to na oczach zięcia i córki, nie podnosząc głosu, trzymając telefon tak, żeby oboje widzieli ekran z aktywnym połączeniem.
Bartek próbował jeszcze coś powiedzieć o rodzinie, o tym, iż przesadza, iż to tylko woda. Krystyna odłożyła telefon i popatrzyła na niego znad okularów.
— Kupiliście działkę za sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych bez sprawdzenia, skąd weźmiecie wodę. To wasz problem, nie mój. Ja swoje dwadzieścia lat konfitur już odrobiłam.
Odjechali tego samego dnia, nie kończąc rozmowy o altanie i basenie. Przez kolejne dwa tygodnie Agata dzwoniła jeszcze kilka razy. Za trzecim razem Krystyna odebrała i wysłuchała w milczeniu, jak córka tłumaczy, iż może jednak dałoby się dogadać, iż przecież rodzina. Odpowiedziała tylko: „Umowę już podpisałam, Agato. Rozmawiajcie z prawnikiem, jeżeli chcecie coś zmienić" — i odłożyła słuchawkę pierwsza. Kolejny telefon od córki zostawiła bez odbioru, patrząc, jak ekran gaśnie sam.
W poniedziałek pojechała do kancelarii, podpisała pismo i wysłała je listem poleconym na adres nowej działki.
Tego lata, po raz pierwszy od dwudziestu lat, ugotowała dżem morelowy tylko dla siebie — trzy słoiki, mniej cukru niż zwykle, bo nie musiała już liczyć na dwie rodziny. Kiedy zdjęła garnek z gazu, nabrała odrobinę na łyżkę i spróbowała, wciąż gorącą, aż palił język. Telefon na stole zawibrował — Agata. Krystyna odstawiła łyżkę na spodek, poczekała, aż ekran zgaśnie, i zaczęła przelewać dżem do czystych słoików, jeden po drugim, bez pośpiechu.











