Pracuję jako pielęgniarka w domu opieki na obrzeżach Wrocławia od jedenastu lat i wiem jedno: najgorsze nie są zastrzyki ani nocne dyżury. Najgorsze jest to, kiedy ktoś stoi na korytarzu i płacze, bo nie wie, które z tych dwudziestu jednakowych drzwi są jego.
Pana Ryszarda przywieziono do nas w marcu, prosto ze szpitala przy ulicy Borowskiej, po udarze. Miał siedemdziesiąt dziewięć lat i przez czterdzieści trzy lata mieszkał w domu przy ulicy Klonowej, w Sępolnie – takim charakterystycznym, przedwojennym, z zielonymi drzwiami wejściowymi i mosiężną klamką w kształcie liścia. Córka mówiła, iż sąsiedzi nazywali ten dom „zielonym u Ryśka".
U nas dostał pokój numer 14, drzwi jak wszystkie inne – biała płyta, mosiężna klamka fabryczna, numerek z plastiku. Pierwszego wieczoru zastałam go pod drzwiami numer 9, tłukącego pięścią w framugę, bo tam mieszkał ktoś inny, a on był przekonany, iż to jego dom i iż ktoś mu go zabrał. Krzyczał, iż zadzwoni po syna, po prawnika, po policję. Trzymałam go za ramię, mówiłam spokojnym głosem, iż zaraz to wyjaśnimy, a on patrzył na mnie tak, jakby te słowa w ogóle do niego nie docierały.
Tydzień później przyszła do nas dziewczyna z firmy, która robi naklejki imitujące drzwi wejściowe – usłyszały o nas przez fundację, która współpracuje z kilkoma placówkami w Polsce po tym, jak podobny projekt zaczął działać w Holandii. Poprosiła rodziny o zdjęcia. Córka pana Ryszarda przyniosła fotografię sprzed lat – on sam, młodszy, stoi przy tych zielonych drzwiach z rowerem, w ręku trzyma siatkę z zakupami z warzywniaka. Firma zrobiła folię w tym samym odcieniu zieleni, z tą samą klamką w kształcie liścia, choćby z rysą przy zawiasach, bo na zdjęciu było widać, iż farba tam się łuszczyła.
Nakleili to w piątek, kiedy pan Ryszard spał po obiedzie. Obudził się, wyszedł na korytarz w kapciach, stanął i patrzył długo, nie mówiąc nic. Potem podszedł bliżej, dotknął klamki – tej plastikowej imitacji liścia – i powiedział do mnie, iż musi wejść, bo zostawił okno w kuchni otwarte. Nie poprawiałam go. Otworzyłam mu drzwi.
Od tamtej pory już nigdy nie szukał pokoju numer 9. Wracał prosto pod swoje drzwi, czasem gładził framugę, jakby sprawdzał, czy farba nie odpada, dokładnie tak jak kiedyś na Klonowej.
W tym samym korytarzu mieszka pani Danuta, sto dwadzieścia lat historii na dwadzieścia metrach kwadratowych, jak sama mówi żartem. Jej drzwi na Ołbinie były czerwone, z wizjerem umieszczonym nietypowo nisko, bo jej mąż był niski i sam go montował. Kiedy dostała swoją naklejkę, pierwsze co zrobiła, to schyliła się i zajrzała przez ten fałszywy wizjer, chociaż wiedziała doskonale, iż po drugiej stronie jest tylko korytarz i wózek z lekami. Roześmiała się i powiedziała, iż Zenek zawsze robił wszystko na miarę, choćby jak nie trzeba było.
Nie każdy tak reaguje. Pan Edward, który miał drzwi w bloku na Krzykach, zwyczajne, szare, bez żadnych ozdób, popatrzył na swoją naklejkę i wzruszył ramionami. Powiedział, iż to i tak nie jego dom, bo dom sprzedali dzieci, żeby opłacić jego pobyt u nas. Nie skomentowałam tego. Podałam mu tylko szklankę wody i usiadłam obok na chwilę, bo akurat miałam pięć minut przerwy, a on wyglądał, jakby ktoś chciał, żeby ktoś przy nim posiedział.
Rodzina pana Ryszarda przyjeżdża teraz co niedzielę, zawsze koło piętnastej, z termosem kawy i ciastem drożdżowym od piekarza z Sępolna, tego samego, u którego kupował od lat. W zeszłą niedzielę widziałam, jak córka stoi przy tych naklejonych zielonych drzwiach, dotyka framugi tam, gdzie firma odtworzyła rysę, i nic nie mówi, tylko stoi. Ojciec siedział w fotelu, oglądał mecz żużlowy, i choćby nie zauważył, iż ona płacze pod jego drzwiami.
Nikt jej nie pytał, dlaczego stoi. Ja też nie pytałam. Wróciłam do dyżurki, dolałam sobie kawy z ekspresu, który głośno bulgocze o tej porze, i zapisałam w karcie pana Ryszarda, iż tego dnia nie było epizodu dezorientacji. To jedyna rzecz, którą naprawdę mogłam dla niego zrobić – zanotować, iż dzień był spokojny.











