Zosieńko, ty to już chyba zupełnie przestałaś odkurzać? Od tego kurzu aż oczy mi łzawią. Popatrz, dywan się już pod nim schował…
Zofia zacisnęła pięści pod stołem, obserwując, jak pani Wanda po raz kolejny odbywa inspekcję mieszkania z miną inspektorki sanepidu. Teściowa zatrzymywała się przy każdym kącie, krytycznie przypatrując się półkom, marszczyła czoło na widok nieistniejącego kurzu na parapecie i kręciła głową, dostrzegając porozrzucane zabawki dzieci. Trzy lata takich wizyt zamieniły każde odwiedziny Wandy w autentyczną torturę dla Zofii.
Przecież wczoraj sprzątałam, odkurzałam, kurze wytarłam Zofia starała się mówić spokojnie. Dzieci rano się bawiły.
Sprzątać trzeba wtedy, kiedy potrzeba, a nie kiedy ci wygodnie. Ja w twoim wieku…
Wanda osiadła w fotelu z miną królowej zniżającej się do rozmowy z poddanym. Jej palce machinalnie przejechały po podłokietniku, sprawdzając, czy nie ma kurzu.
Za moich czasów podłogi tak lśniły, iż mogłam się w nich przejrzeć i szminkę poprawić. Dzieci zawsze ubrane jak spod igły, ani jednej fałdki na sukience. A porządek jaki był! Mój teść, niech mu ziemia lekką będzie, mógł w każdej chwili skontrolować i nigdy choćby drobinki kurzu nie znalazł. O, tak!
Zofia znosiła to milcząc, zaciśniętymi zębami. Tę opowieść o błyszczących podłogach słyszała już z pięćdziesiąt albo i sześćdziesiąt razy, kto by zliczył.
A co dziś gotowałaś dzieciom na obiad?
Zupę jarzynową.
Stoi w lodówce? Wanda już podnosiła się z fotela, kierując na kuchnię. Daj, zobaczę.
Teściowa wyjęła garnek, powąchała, zanurzyła łyżkę i spróbowała z taką miną, jakby degustowała truciznę.
Przesolona. I marchewki za dużo. Przecież dzieci to nie króliki, po co im tyle marchewki? Ja Tomkowi w dzieciństwie zupełnie inaczej gotowałam. Zjadał do ostatniej łyżki i jeszcze prosił o dokładkę.
Zofia milczała. Dyskutowanie nie miało sensu.
A na śniadanie co dajesz? Pewnie znowu te sklepowe płatki? Przecież mówiłam tylko kasza, naturalna, żadnych płatków! A właśnie Karolina, żona Wojtka, zawsze kaszę nocą moczy, a potem o poranku gotuje świeżą. Dzieci jej nigdy nie chorują.
I wiecznie ta Karolina. Idealna Karolina z idealnymi dziećmi i idealnie wymoczoną kaszą.
Pani Wando, płatki owsiane to też naturalny produkt.
Ojej, nie rozśmieszaj mnie! Te wasze gotowce… Za moich czasów nikt nie znał słowa fast food. Wszystko swoje, manualnie, z sercem, trzy godziny przy garnkach.
Teściowa krytycznie lustrowała pokój dzieci.
A spać o której chodzicie? Dzwoniłam wczoraj o dziewiątej, Klaudynka jeszcze nie spała.
Najczęściej o wpół do dziesiątej.
Za późno! W dzieciństwie rytm i dyscyplina to podstawa. Tomek o ósmej już leżał w łóżku. Nigdy nie płakał, nie marudził. Była dyscyplina, a u was… ciagle głaskacie i pobłażacie…
Zofia ugryzła się w wargę. Miała ochotę odpowiedzieć, iż czasy się zmieniły, psychologowie radzą inaczej, a jej dzieci to nie Tomek sprzed trzydziestu lat. Ale po co? Wanda słyszała tylko siebie.
I te wasze nowoczesne zajęcia… ciągnęła teściowa, przypatrując się rysunkom dzieci. Lepienie, malowanie… Same fanaberie. Tomka na pływanie woziłam i na szachy. To było rozwijające! A rysować to w domu można, czemu pieniądze wyrzucać?
Klaudynka lubi rysować. Ma do tego talent.
Talent! prychnęła Wanda. Tak mówią w tym waszym studiu, żeby kasę ściągnąć. Jaki talent w wieku czterech lat?
Znowu opadła na fotel, splatając ręce na kolanach.
Powiem ci jedno, Zosiu. Rozpuściłyście się, współczesne matki. Tylko te swoje telefony i internety znacie. Dom zapuszczony, dzieci niegrzeczne, mężowie chodzą głodni. Karolina, żona Wojtka i pracuje, i w domu porządek, i troje dzieci wychowała. A ty dwójki nie ogarniasz.
I znów Karolina. Święta Karolina z aureolą wykrochmalonych prześcieradeł.
Ja też pracuję, pani Wando.
Wiem, wiem. Siedzisz za komputerem, papiery przekładasz. To ma być praca? Ja w twoim wieku… teściowa przymknęła oczy z błogą miną troje dzieci, ogródek, gospodarstwo, ze wszystkim dawałam radę. I teściowej swojej, a uwierz, szacunek zawsze okazywałam. Nigdy jej nie podpadłam.
Zofia próbowała tłumaczyć, iż jej praca wymaga skupienia, iż prowadzi ważne projekty, ale każde słowo rozbijało się o pobłażliwy uśmiech Wandy. Kiwała głową jak surowa nauczycielka, zmęczona brakiem postępów u niesfornej uczennicy.
Każda wizyta stawała się egzaminem, który Zofia z góry była skazana oblać. Teściowa odkrywała braki wszędzie: źle złożone ręczniki, herbata zbyt gorąca, kwiaty na parapecie więdnące, firanki do prania. Trzy lata takich docinków wyczerpały Zofię do cna, ale wciąż milczała. Dla Tomka. Dla spokoju rodziny.
Tego dnia Wanda ewidentnie była w złym humorze. Od razu ruszyła do kuchni, cmoknęła z dezaprobatą na widok niedomytej patelni w zlewie.
Staś, czteroletni syn Zofii, marudził przy stole, dziubiąc zupę łyżką.
Nie chcę! Niedobre!
Widzisz! triumfalnie oznajmiła Wanda. Mówiłam! Dziecko nie je zupy, bo nie umiesz gotować. Pokażę ci, jak robi się prawdziwą dziecięcą zupę. Bierzesz kurę, koniecznie swojską, nie tę gumę sklepową…
Coś pękło. Cicho, bezgłośnie, ale Zofia poczuła, jakby wewnątrz zerwała się napięta struna.
Lata przykrości, poniżeń, ciągłych porównań z wiecznie idealną Karoliną, sugestii o własnej nieudolności, złośliwych westchnień i potakujących gestów wszystko wrzało naraz, nieodwracalnie.
Zofia powoli wstała od stołu. Spojrzała na teściową zupełnie nowym wzrokiem chłodnym, twardym.
Pani Wando. Czy pani przyszła tu do swojego domu, czy gości pani u syna?
Teściowa zastygła z podniesioną łyżką. Przez chwilę wydawało się, iż zapomniała, jak się oddycha.
Słucham?..
Pytam: jak pani brała ślub, to do kogo się pani wprowadziła? Mąż panią zabrał do siebie czy pani jego?
Do męża, oczywiście… Wanda zamrugała, zdezorientowana. Ale co to za różnica
A ja Tomka tu sprowadziłam. Do tego mieszkania. Trzypokojowe, własne, kupione za moje pieniądze. Zarobione, dodam, właśnie tym przekładaniem papierów przy komputerze.
Twarz teściowej stopniowo bledła.
Więc to ja decyduję, jaką zupę tu gotuję, o której dzieci idą spać i na jakie zajęcia je zapisuję podsumowała Zofia spokojnym, równym tonem. interesująca jestem, ile pani w życiu zarabiała? Czy całe życie tylko na karku męża, gospodarstwo prowadząc?
Wanda poczerwieniała.
Jak śmiesz mnie obrażać?
Nie obrażam, tylko pytam. Dla ścisłości: moja pensja to dziewięć tysięcy złotych. Dwa razy więcej niż Tomek. Więc zanim zacznie mnie pani pouczać, proszę o tym pamiętać.
W kuchni zapadła gęsta cisza. choćby Staś przestał grzebać w zupie, wpatrując się to w mamę, to w babcię.
Trzasnęły drzwi wejściowe. Tomek wrócił z pracy i zamarł w progu, czując dziwną atmosferę.
Tomusiu! Wanda rzuciła się do syna. Tomusiu, twoja żona mnie obraziła! Upokorzyła! Mnie!
Stop Tomek podniósł rękę. Poczekaj. Zosiu, co się dzieje?
Zofia odezwała się cicho, zmęczonym głosem. Opowiedziała o trzech latach. O wiecznym porównywaniu. Krytykowaniu każdego jej ruchu. O ciągłych sugestiach, iż jest złą matką i gospodynią. O nieustannym wtrącaniu się do wychowania dzieci.
Tomek słuchał bez słowa. Zofia widziała, jak wyraz jego twarzy stopniowo się zmienia z niezrozumienia przez zrozumienie do czegoś przypominającego wstyd. Żuchwa mu drżała, przetarł dłonią czoło i nos, jakby odkrył coś bolesnego o sobie samym.
Tomusiu, nie możesz wierzyć… tej… jej Wanda szukała słów. Jestem twoją matką! Wychowałam cię, nocami nie spałam!
Mamo Tomek podniósł na nią oczy, a Zofia ze zdziwieniem zauważyła w nich chłód. Naprawdę przez trzy lata trułaś Zosię?
Ja?! Ja tylko radziłam! A ona
Raz za razem potwierdził Tomek. O zupie. O zabawkach. O porządku. O godzinach spania. Każdym razem, zgadza się?
Wanda otworzyła usta, ale syn nie pozwolił jej dokończyć.
Wiedziałem, iż Zosia po twoich wizytach chodzi przybita. Myślałem, iż po prostu jest zmęczona. A ona to wszystko znosiła. W milczeniu. Dla nas. Żebyśmy się nie kłócili.
Tomek!
Mamo, jeżeli jeszcze raz przyczepisz się do mojej żony drzwi do tego domu będą dla ciebie zamknięte.
Wanda zastygła. Jej palce zacisnęły się na brzegu stołu tak, iż pobielały knykcie.
Ty… ty mnie wyganiacz przez nią? Przez tę?..
Przez moją żonę poprawił Tomek. Matkę moich dzieci. Kobietę, która ten dom kupiła. I przez trzy lata milczała, by mnie nie martwić. Tak, mamo. Jestem bardzo poważny.
Przez kilka sekund Wanda patrzyła na syna, jakby go pierwszy raz widziała. Potem z impetem zerwała torebkę z wieszaka i ruszyła do wyjścia. Na progu obejrzała się, wargi jej drżały od gniewu i żalu, ale coś w twarzy Tomka kazało jej milczeć. Ręką machnęła czy to pożegnanie, czy odcięcie się po czym wybiegła z mieszkania.
W powstałej ciszy było słychać tykanie zegara w kuchni i jak Staś bawi się zapomnianą w zupie łyżką.
Tomek objął żonę i przytulił do siebie. Zofia schowała czoło w jego klatkę piersiową i dopiero teraz poczuła, jak bardzo zesztywniały jej ramiona jakby przez te trzy lata niosła na nich coś niewyobrażalnie ciężkiego.
Dlaczego tyle milczałaś? Tomek mówił jej w czubek głowy, głaszcząc plecy Trzy lata, Zosiu. Trzy lata to trzymałaś?
Nie chciałam was kłócić. To przecież twoja mama.
Ty głuptasie przytulił ją mocniej, a Zofia poczuła suche usta na swoim skroniu. Ty i dzieci jesteście moją rodziną. Mama… będzie musiała się z tym pogodzić. Albo nie zobaczy wnuków.
Zofia popatrzyła na Tomka. Miała ochotę śmiać się do łez. Po raz pierwszy od trzech lat nie ściskało jej w piersi, po raz pierwszy od trzech lat mogła oddychać lekko.
Mamusiu, mamusiu! zawołał Staś. A babcia już poszła? Czy mogę nie jeść tej zupy?
Tomek i Zofia spojrzeli na siebie i wybuchli śmiechem. Jednocześnie, głośno, tak jak dawno już razem nie śmiali się w tym domu.
Zupę powiedziała Zofia dziś jeszcze zjemy. A jutro ugotuję inną. Twoją ulubioną.












