Moja żona, Zosia Kowalczyk, zawsze była niezwykle cicha i nieśmiała. Gdy spotykaliśmy się z naszymi znajomymi w kawiarence w Krakowie, Zosia siedziała z boku, z wzrokiem utkwionym za oknem, nigdy nie odzywając się pierwsza. jeżeli ktoś zwracał się do niej, odpowiadała łagodnym głosem, jakby śniła na jawie. Nigdy nie urządzała scen, nie była zazdrosna ani nie żądała mojej uwagi. Akceptowała wszystkie upominki broszkę z bursztynu z Gdańska, czekoladki z Wedla z wdzięcznym skinieniem głowy.
Nasze małżeństwo rozmywało się w swej codziennej doskonałości jak cienie kasztanowców na plantach. Nie kryliśmy przed sobą niczego. Kiedy wracałem z pracy tramwajem numer 8 przez Rynek, wiedziałem, iż w domu czeka na mnie gorący rosół, uśmiech Zosi i błysk w świeżo wypolerowanych podłogach. Noc szeptała przez otwarte okna zapachami świeżego chleba i piwonii.
Lecz jak w snach, pojawiło się pragnienie czegoś nieznanego. Zaczęła mnie dręczyć tęsknota, której nie umiałem nazwać. Nasze życie intymne było jak niemy film niemal nie istniało. Nie potrafiłem tego zaakceptować, więc pewnej wilgotnej, listopadowej nocy spotkałem się z inną kobietą.
Wszystko wyszło na jaw, jakby samo miasto szeptało o tym do Zosi. Odeszła beze słowa, zostawiając po sobie tylko delikatny zapach fiołków i list nie do końca podpisany.
Zamieszkałem z nową partnerką na osiedlu, gdzie bloki są szare choćby w słońcu, a kubek z resztkami herbaty nigdy nie znikał z kuchennego stołu. Po pracy zastawałem puste ściany, a rozmowy były jak tłuczone szkło pełne zgrzytów i niezręczności. Było mi obco i zimno, jakbym mieszkał w mieście, którego języka nie znam.
Zrozumiałem, iż chcę wrócić do Zosi, do porannej kawy parzonej w szklance, do jej milczącego ciepła. Ale los już rozegrał swój dziwaczny taniec Zosia pokochała kogoś innego.
Nigdy sobie tego nie wybaczę. Straciłem kobietę jak z bajki swoją Zosię przez własne głupie marzenie o czymś, czego choćby nie potrafiłem nazwać. Wszystko rozmyło się jak mgła nad Wisłą o świcie.








