Moja żona, Agnieszka, zawsze była osobą bardzo zamkniętą w sobie. W gronie naszych znajomych zachowywała się skromnie, nie zabierała głosu bez wyraźnej potrzeby, najczęściej słuchała i uśmiechała się delikatnie tylko wtedy, gdy ktoś się do niej zwrócił. Nigdy nie robiła scen, nie urządzała awantur ani nie wybuchała zazdrością. Po prostu cieszyła się każdą wspólną chwilą, nigdy nie żądała niczego więcej, a wszystkie podarunki ode mnie przyjmowała z ogromną wdzięcznością.
Nasze małżeństwo mogło uchodzić za wzorowe. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic, potrafiliśmy rozmawiać o wszystkim i rozwiązywać codzienne problemy razem. Gdy wracałem po pracy do naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie, zawsze czekał na mnie dom pachnący obiadem, pachnące jeszcze świeżym praniem pościele i żona witająca mnie radosnym uśmiechem. Czego mógłbym pragnąć więcej?
Jednak, jak to często bywa… Z czasem poczułem, iż czegoś mi brakuje. Zamiast docenić to, co miałem, ciągnęło mnie do nowych wrażeń i przygód, bo nasze życie intymne praktycznie nie istniało. To mnie frustrowało, zacząłem szukać szczęścia gdzie indziej i niedługo związałem się z inną kobietą.
Agnieszka dowiedziała się o wszystkim i nasze małżeństwo rozpadło się. Spakowałem rzeczy i przeprowadziłem się do tej kobiety. Dopiero wtedy przekonałem się, jak bardzo się myliłem. W nowym mieszkaniu panował nieustanny chaos, po pracy nie czekał na mnie aromat pierogów czy rosołu, tylko zimne ściany i puste rozmowy. choćby nie potrafiliśmy znaleźć wspólnych tematów.
Zrozumiałem, co straciłem, i chciałem wrócić do Agnieszki. Niestety, było już za późno ona zdążyła rozpocząć nowy rozdział życia z kimś innym.
Nigdy nie wybaczę sobie tej głupoty. Przez własną zachłanność straciłem kobietę idealną, której już nigdy nie odzyskam.








