Do przyszłego lata

twojacena.pl 1 dzień temu

Za oknem wczesne lato długi dzień, zielone liście przylegają do szyby, jakby celowo zasłaniając pokój przed nadmiarem światła. Okna w mieszkaniu są otwarte na oścież; w ciszy słychać ptaki i rzadkie głosy dzieci z podwórka. W tym mieszkaniu, gdzie każdy przedmiot od dawna ma swoje miejsce, mieszkają dwoje czterdziestopięcioletnia Krystyna i jej syn, siedemnastoletni Marek. W tym czerwcu wszystko wydaje się trochę inne: w powietrzu nie tyle świeżość, ile napięcie, które nie znika choćby przy przeciągu.

Ranek, gdy przyszły wyniki matury, Krystyna zapamięta na długo. Marek siedział przy kuchennym stole, wpatrzony w telefon, jego ramiona były spięte. Milczał, a ona stała przy kuchence, nie wiedząc, co powiedzieć. Mamo, nie wyszło w końcu wydukał. Głos miał spokojny, ale słychać w nim było zmęczenie. Przez ten rok zmęczenie stało się dla obojga codziennością. Po szkole Marek prawie nie wychodził sam przygotowywał się do egzaminów, chodził na darmowe korepetycje w liceum. Starała się nie naciskać: przynosiła herbatę z miętą, czasem siadała obok po prostu, by być. Teraz wszystko zaczynało się od nowa.

Dla Krystyny ta wiadomość była jak zimny prysznic. Wiedziała: poprawka możliwa jest tylko przez szkołę, trzeba będzie znów przechodzić przez formalności. Pieniędzy na płatne kursy nie ma. Ojciec Marka od dawna mieszka osobno i nie angażuje się. Wieczorem jedli kolację w milczeniu każdy myślał o swoim. Przewijała w głowie opcje: gdzie znaleźć taniego korepetytora, jak przekonać Marka, by spróbował jeszcze raz, czy starczy jej siły, by go wspierać.

Marek w tamtych dniach działał jak na autopilocie. W pokoju sterta zeszytów obok laptopa. Znów przerabiał testy z matematyki i polskiego te same, które robił wiosną. Czasem patrzył w okno tak długo, iż można było pomyśleć, iż zaraz wyjdzie. Na pytania odpowiadał krótko. Widziała: bolało go wracanie do tego samego materiału. Ale wyboru nie było. Na studia bez matury się nie dostanie. Trzeba więc zaczynać od początku.

Następnego wieczoru omawiali plan. Krystyna otworzyła laptopa i zaproponowała poszukanie korepetytorów.

Może spróbujemy kogoś nowego? zapytała ostrożnie.
Poradzę sobie sam mruknął Marek.

Westchnęła. Wiedziała: wstydzi się prosić o pomoc. Ale już raz próbował sam i oto efekt. W tej chwili chciała go po prostu przytulić, ale się powstrzymała. Zamiast tego delikatnie popchnęła rozmowę w stronę planu: ile godzin dziennie chce poświęcić na naukę, czy zmienić metodę, co było najtrudniejsze wiosną. Stopniowo rozmowa złagodniała oboje wiedzieli: powrotu nie ma.

Po kilku dniach Krystyna dzwoniła do znajomych i szukała kontaktów do nauczycieli. W klasowym czacie znalazła kobietę Bożenę Nowak, która prowadziła korepetycje z matematyki. Umówili się na próbne zajęcia. Marek słuchał niechętnie; wciąż był pełen obaw. Ale gdy wieczorem matka przyniosła mu listę potencjalnych korepetytorów z polskiego i WOS-u, niechętnie zgodził się przejrzeć profile razem.

Pierwsze tygodnie lata minęły w nowej rutynie. Rano śniadanie przy wspólnym stole: owsianka, herbata z cytryną lub miętą; czasem na talerzu lądowały wczesne truskawki z bazaru. Potem korepetycje z matematyki: online lub u nauczyciela zależnie od grafiku. Po obiedzie krótka przerwa i samodzielna praca nad testami. Wieczorem omawianie błędów lub telefony do korepetytorów z innych przedmiotów.

Z każdym dniem rosło zmęczenie u obojga. Pod koniec drugiego tygodnia napięcie było widoczne choćby w drobiazgach: ktoś zapomniał kupić chleb, ktoś się irytował z byle powodu. Pewnego wieczoru przy kolacji Marek cisnął widelec na talerz:

Po co mnie kontrolujesz? Jestem dorosły!

Próbowała wytłumaczyć: chce wiedzieć, jak rozplanował dzień, by pomóc. Ale on tylko milczał i patrzył przez okno.

W połowie lata stało się jasne: stary sposób nie działa. Korepetytorzy byli różni jedni kazali wkuwać, inni rzucali trudne zadania bez wyjaśnień; czasem po zajęciach syn wyglądał na wykończonego. Widziała to i złościła się na siebie: może za bardzo naciskała? W domu robiło się duszno; okna otwarte na oścież, ale ani ciału, ani duszy nie było lżej.

Kilka razy próbowała rozmawiać o odpoczynku lub wspólnym spacerze by choć na chwilę zmienić atmosferę. Ale często rozmowa schodziła na kłótnie: albo on uważał, iż szkoda czasu w wyjście, albo ona zaczynała wyliczać braki w wiedzy i plany nauki na cały tydzień.

Pewnego wieczoru napięcie sięgnęło zenitu. Dzień był wyjątkowo ciężki: korepetytor dał Markowi trudny próbny test z matematyki, a wyniki były gorsze, niż się spodziewał. Wrócił do domu ponury i od razu zamknął się w pokoju. Później matka usłyszała ciche pukanie i ostrożnie weszła.

Mogę? zapytała.
Co?
Pogadajmy

Milczał długo. W końcu powiedział:

Boję się, iż znów zawalę.

Przysiadła na brzegu łóżka.

Ja też się o ciebie boję Ale widzę, jak bardzo się starasz.

Spojrzał jej prosto w oczy:

A jeżeli znów nie wyjdzie?
Wtedy wspólnie wymyślimy, co dalej

Gadali prawie godzinę: o strachu przed byciem gorszym, o tym, iż oboje są zmęczeni, o bezsilności wobec systemu egzaminów i wiecznej pogoni za punktami. Postanowili szczerze przyznać: czekanie na idealny wynik to głupota trzeba realnie ocenić ich możliwości.

Późnym wieczorem wspólnie ustalili nowy grafik: zmniejszyli liczbę godzin nauki, zostawili czas na odpoczynek i spacery przynajmniej dwa razy w tygodniu, obiecali rozmawiać o trudnościach od razu by nie kumulować frustracji.

W pokoju Marka okno było teraz częściej otwarte: wieczorny chłód wypierał dzienną duchotę. Po tej trudnej rozmowie i zmianie planu w domu zapanował spokój kruchy, ale prawdziwy. Marek sam przyczepił do ściany nowy harmonogram zakreślił dni wolne markerem, by pamiętać o umowie.

Z początku obojgu było dziwnie trzymać się nowego rytmu. Czasem ręka sama sięgała, by sprawdzić,

Idź do oryginalnego materiału