Danutka wróciła do domu trzy dni wcześniej, z walizkami wypełnionymi smakołykami od rodziców z Łomży. Chciała sprawić mężowi niespodziankę, ale Janusz zamiast ciepłego powitania, wysłał ją na zakupy. Skutki tego wszystkiego były dziwnie nieoczekiwane.
Walizka szarpała ją za ramię, aż Danutce wymsknął się cichy jęk, który rozbrzmiał jak dźwięk kropel deszczu spadających na starą blachę. Ból w krzyżu jej stały towarzysz ostatnich tygodni przemawiał do niej szeptem zza sceny. Ostrożnie odstawiła siatki na wyszczerbiony, krzywy chodnik przystanku.
Oddech stał się głęboki i nierówny. Pod skórą brzucha jej dziecko leniwie przeciągało się, jakby sprawdzało, czy w snach też można być niewygodnie ułożonym. Szósty miesiąc ciąży żadne tam przelewki, zwłaszcza kiedy wpada się wcześniej, by zrobić Januszowi niespodziankę, po trzech dniach rozłąki z rodzicami na Podlasiu. Tak bardzo tęskniła, iż przez ostatnie sto kilometrów w autobusie liczyła słupy telegraficzne, jeden po drugim, jakby każdy z nich miał sekretne imię.
Czy Janusz teraz śni, czy czuwa? Może choćby nie podejrzewa, iż ona już jest, tylko dziesięć minut drogi od domu, w tym dziwacznym warszawskim półmroku. Droga do klatki schodowej wydawała się prowadzić przez krzywe korytarze niekończącego się snu. Siatki, wypełnione swojszczyzną: słoikiem truskawkowego dżemu, kawałkiem domowego boczku, jabłkami z sadu ważyły chyba tonę.
Po pięćdziesięciu metrach Danutka zrozumiała, iż już nie da rady. Ból pleców pulsował w rytmie starej polki.
Wyjęła telefon i wykręciła numer męża.
Janku, kochanie wyszeptała do słuchawki, kiedy odpowiedział.
Danusiu? jego głos był zaniepokojony. Co się stało?
Nic się nie stało Wróciłam. Stoję na przystanku pod blokiem. Wyjdź po mnie, sumki ledwie dźwigam. Mama napchała wszystkiego…
W słuchawce zawisło coś pomiędzy ciszą a pęknięciem stłuczonego talerza.
Jesteś na przystanku? Teraz? Czemu nie dałaś znać? Miałaś być w czwartek!
Niespodzianka miała być Danutka zmarszczyła brwi. Janku, nie cieszysz się? Jestem zmęczona. Wyjdź po mnie
Poczekaj! jego głos podskoczył, jakby był piłeczką pingpongową. Nie idź jeszcze. To znaczy, idź, ale Danutko, w domu pusto, jak po przeprowadzce. Wszystko zjadłem. Zrób tak: idź do tego całodobowego na rogu. Kup kawałek wołowiny, dobrej, świeżej. Wziąłem dziś wolne. Chcę przygotować obiad jak w filmach. Zrobić prawdziwe powitanie!
Jaką wołowinę, Janku?! Danutka mrugnęła, zagubiona. Słyszysz mnie? Noszę dziecko, ledwo stoję, dwie torby targam, a ty na zakupy?
Mam dość! Ziemniaki w domu są, jajka też. Chodź po mnie, bo marznę.
Nie rozumiesz przerywał jej coraz szybciej, jak szum starego radia. Musi być idealnie. Skocz po mięso, ziemniaków siatkę, bo nasze zwiędły. Poproś kogoś o pomoc. Proszę, dla nas
Danutka patrzyła na swoje czerwone dłonie. W sercu bulgotała gorzka zupa.
Janusz, ty przy zdrowych zmysłach? głos jej pękł. Mięso ci się śni, a ja stoję tu z walichami, w ciąży! Nie możesz zejść?
Zaczynam przygotowania! Jak zejdę, wszystko zrujnuję. Danusiu, kup mięsa, osiemset gram. I ziemniaków małą siatkę. Czekam!
Rozłączył się.
Danutka stała patrząc na ciemny ekran, jakby miała się z niego wylać odpowiedź. Chciało się płakać pod bladym światłem żarówek. W miejsce uścisku i koca mięso i ziemniaki. Może naprawdę coś niesamowitego knuje? Westchnęła, podniosła siatki i ruszyła, utykając, do sklepu.
W sklepie wózek sunął po krzywych kaflach, a kasjerka patrzyła na nią z zamyśleniem, przypominającym deszcz na wietrze.
Wołowina była ciężka jak żelazny dzwon, ziemniaki jak zwaliste kamienie. Gdy wychodziła, ręce zamieniły się w kije do suszenia prania.
Telefon zadzwonił znowu.
Już masz? pytał radośnie Janusz.
Mam przez zaciśnięte zęby wysyczała Danutka. Jestem pod klatką. Otwieraj!
Stój! niemal zawył Janusz. Nie wchodź! Poczekaj na ławce, dziesięć minut. Proszę.
Serio? Danutka już krzyczała, nie bacząc na cienie przemykające za plecami. Dziesięć minut? Nogi mi spuchły, nie mogę już stać!
Siedź spokojnie! powtarzał swoje. Siedz pięć minut, przysięgam! Zaraz!
Opadła na ławkę jak upuszczony szalik. Torby z hukiem osunęły się obok. Marzyła, by wyrzucić mięso przez okno na trzecim piętrze.
Mijało dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Danutka czuła gotującą się złość. Wyobrażała sobie, co ją czeka morze róż? Śniadanie przy świecach? Akordeonista w szafie? Nic by tego nie wynagrodziło.
W trzydziestej piątej minucie wyłonił się Janusz: wyzywający, w koszulce na lewej stronie, z kroplami potu na czole.
Siedzisz mnie, hej! sztucznie się uśmiechnął, chwytając siatki. Po co taka mina? Zobacz, jaka pogoda
Czemu mokry i pachniesz Domestosem? Danutka ledwie podniosła się z ławki, wspierając się na poręczy.
Zaraz zobaczysz! skakał do windy.
W środku Janusz teatralnie otworzył drzwi. Danutka poczuła trujący zapach chloru i odświeżacza o aromacie Bałtycki Sztorm.
Przeszła do pokoju, potem do kuchni. Zerknęła do łazienki. Mieszkanie czyste, dziwnie puste. Rzeczy zniknęły jakby ktoś je wyniósł do innego snu. Dywan jeszcze wilgotny po odkurzaczu. Na półkach świeciło się, aż oczy bolały. Jej figurki tłoczyły się w kącie.
I co? Janusz promieniał jak nowa złotówka. Fajny surprise?
Danutka odwróciła się powoli.
To wszystko? wyszeptała.
Jak to wszystko?! Janusz usiadł z oburzenia. Trzy godziny harowałem! Wszędzie myłem podłogę, choćby pod wersalką! Wszystkie garnki wymyte, kibelek lśni jak bar mleczny we Wrocławiu! Chciałem, żebyś od razu poczuła się dobrze. Musiałem cię zatrzymać, bo bałem się, iż nie zdążę. A ty taka niewdzięczna
Guliła jej kula w gardle.
Więc przez mycie podłóg wysłałeś mnie do sklepu? Nie mogłeś zejść po swoje dziecko i żonę?
Jasne! wybuchnął Janusz. Chciałem dobrze! Wiecznie jęczysz, iż nie pomagam. Chciałem pokazać, iż jednak potrafię. Nie zdążyłem, bo wpadłaś za wcześnie.
Janusz! Ja czekam dziecka! Potrzebowałam twojej ręki, nie czystego zlewu! łzy rwały się do oczu. Dźwigałam sumki po nocach, a ty z mopem biegniesz!
Janusz poczerwieniał. Rzucił ścierkę do zlewu.
Zawsze ci źle! Przez pół nocy nie spałem, myślałem surprise robię A ty krzyk! Ktoś inna by się cieszył!
Po co mi ta czystość takim kosztem? Danutka łkała. Siedziałam w chłodzie pół godziny! Nogi mi drętwieją, a ty dla czystej podłogi?
Przestań! krzyczał Janusz. Zepsułaś niespodziankę! Miałaś być w czwartek! Ja się starałem!
Wybiegł z kuchni, drzwi trzasnęły.
Dziecko w brzuchu znowu kopnęło. Danutka opadła bez sił na krzesło i patrzyła w siatkę z mięsem, którą Janusz zostawił byle gdzie. Mdłości krążyły pod żebrami.
Po dziesięciu minutach drzwi otworzyły się z jękiem.
Więc robię mięso? mruknął Janusz. Czy już po obrazie?
Nic nie rób, Janusz. Zostaw mnie. Potrzebuję snu.
Dobra! znów trzask drzwiami.
Odeszła do łazienki. W lustrze: blada twarz, podkrążone oczy, włosy jakby po burzy.
Przypomniała sobie autobus, snem utkane nadzieje Janusz przytuli, szepnie: Na zdrowie, jesteś już u siebie. Przytulenie? Akurat. Kiedy wyszła, kłótnia trwała nadal. Znów coś jej wygarnął, choćby nie pamiętała co.
Wyszła więc, jak stała, i wróciła na Podlasie.
Z każdej strony odradzali rozwód: teściowa, szwagierka, wszystkie ciotki. Janusz dzwonił, prosił, iż zrozumiał. Ale Danutka wiedziała ona już wszystko postanowiła: takiego męża już nie chce. Rozwód? Musi być. Po co jej taki, który stawia czysty pokój wyżej niż zdrowie swojego dziecka?













