Dar ratującego światła: jak spotkanie na przystanku autobusowym przywróciło moją córkę do życia

twojacena.pl 7 godzin temu

Dom uzdrowienia: jak spotkanie na przystanku autobusowym przywróciło życie mojej córce
Gdy urodziłam naszą córeczkę z Ionen, cały personel szpitalny nie mógł przestać się nią zachwycać. Była niczym anioł maleńka twarz o delikatnych rysach, nos jak groszek, uszy niczym wyrzeźbione, a oczy te były wyjątkowe niebieskie jak niebo, przejrzyste, przenikliwe, zdawały się rozumieć wszystko, co dzieje się w tym świecie.
Na początku wszystko układało się pomyślnie. Dziewczynka podtrzymała głowę po dwóch miesiącach, a przy czterech potrafiła już stać na nogach. Cieszyliśmy się każdym jej krokiem, snuliśmy plany, nieświadomi nadchodzącego cierpienia. Gdy skończyła sześć miesięcy, na szyi pojawił się dziwny, duży obrzęk. Lekarze wzruszali ramionami nikt nie miał pojęcia, co to może być. Próbowałyśmy kompresy, maści, biegaliśmy po przychodniach bez skutku. Dziecko stało się drażliwe, nie jadło, płakało nieustannie, nocą nie spało. Trzymałam je w ramionach aż do świtu. A lekarze wszystko w porządku. Badania były bez zarzutu.
Zwróciłam się do czarownic na nic. Rozpacz już mnie przygniatała.
Kiedy miała półtora roku, wydarzyło się to, co nazywam cudem. Tamtego dnia jedliśmy do mojej matki. Długo czekaliśmy na przystanku autobus się spóźniał. Dziecko siedziało w wózku, blado i smutne. Nagle podeszła do nas kobieta. Silna, włosy związane w kok, w prostej sukni, niebieskie oczy i ciepły wzrok, który przebił serce.
Spojrzała na córeczkę i powiedziała z żalem:
Twoja biedaczka. A ty, mamo, ile już cierpisz Nie je, nie śpi, cierpi?
Skinęłam głową. A ona, niespodziewanie:
Tak leczę ich. jeżeli nic nie zrobisz, umrą. Chcesz ją uratować? Przynieś mi świeże jajka przed zachodem słońca.
Potem odszła, stojąc plecami, jakby wyczuwała moje wahanie. I wahałam się. Kolejna dziwka chcąca pieniądze? Ale coś mnie przebiło wiedziałam, iż jeżeli nie pójdę, nigdy się nie wybaczę.
Mama, słysząc to, powiedziała po prostu:
Idź. jeżeli za dużo zażąda, odejdź.
Poszłam. Kupiłam jajka i dotarłam do niej. Mały dom z zielonymi roletami, kwiatami przy oknach i cielęciem bawiącym się na podwórku.
Przyszłaś rzekła kobieta. Myślałam, iż się rozmyśliłaś. Nie mam nic przeciwko, ale serce nie pozwoliło mi przejść obok was. Oto Madalina przyjechała z Iasi, prawie martwa, a teraz biegnie jak wiatr.
Madalina, słysząc pochwały, zaczęła klasnąć w dłonie, próbując wstać. Dziewczynka pełna życia.
Chodź do kuchni zawołała. Zapytałam:
Ile kosztuje?
Nic odrzekła, otwierając ręce. Bierzcie, co możecie. Nie zarabiam na cierpieniu. Dzieci są niewinne.
Usiadłam w kuchni. Wzięła jajko i zaczęła je toczyć po dziecku od stóp w górę, po nadgarstki, po głowę. Szepnęła: Wypłyń, ból, z niewinnego ciała, z białych kości, z czystej krwi Dziewczynka patrzyła zdumiona, próbując chwycić jajko.
Potem rozbiła je w szklankę wody. W świetle słońca żółtko ukazało wyraźny krzyż, a w białku bąbelki tryskały niczym źródła.
Widzisz? zapytała. To czarna magia. Ludzie nie boją się Boga. Ale nie martw się, uleczymy to.
Kto to zrobił? zapytałam.
Nie mówię. Za każdym razem, gdy mówiłam, spotykały mnie kłopoty. Niech Bóg ich osądzi. Moim zadaniem jest ratować.
Przeprowadziłyśmy trzy serie zabiegów po dziesięć dni, z przerwami. Najpierw zniknęły krzyże, potem bąbelki. Dziewczynka się zmieniła. Spała, jadła, śmiała się. Jej policzki zaróżowiły się.
Czy wy spożywacie te jajka? zapytałam pewnego dnia.
Boże, nie! rozbawiła się. Daję je świnom. One się nie boją.
Potem opowiedziała, jak otrzymała dar. Od swojej matki, która dostała go od babci. Miała złą siostrę, chcącą władzy, ale matka dała dar jej, bo wiedziała, iż dobroć przewyższa czary. Siostra próbowała ukraść modlitwę, ale nie udało się. Dar nie jest słowem jest sercem.
Podczas naszych terapii Madalina nauczyła się chodzić. Jej oczy lśniły. Potem odjechała zabrał ją ojciec, przynosząc dziesięć skrzyń z wiśniami, serem i miodem.
Patrz, jak dziękuje westchnęła kobieta. Ale dziewczynka pozostanie w moim sercu.
I pewnego dnia wszystko było gotowe. Po ostatnim jajku nie pojawił się żaden zły znak. Dziecko było zdrowe.
Teraz ma dziewiętnaście lat. Jest mądra, piękna. Uczy się języków obcych, maluje, marzy o wyjeździe do Bukaresztu. Gdy na nią patrzę, nie mogę uwierzyć, iż mogłam ją stracić. Że to nie był koszmar. A za każdym razem, gdy mijam ten przystanek, wspominam tamtą kobietę i szepczę: Dziękuję.
Bo wtedy nie tylko uratowała moje dziecko. Uratowała także moje życie.

Idź do oryginalnego materiału