„Danusiu, to zmieniło moje życie. Płacę za parę godzin, a odzyskuję własne zdrowie i spokój.”

newsempire24.com 19 godzin temu

Mieszkam w Krakowie, na starym Krowodrzu, w mieszkaniu z wysokimi sufitami i pięknym parkietem, który pamięta jeszcze czasy mojego dzieciństwa. Moje lokum ma trzy pokoje, osobną kuchnię, dwie łazienki i spory balkon, na którym zawsze gromadzi się miejski pył. Mieszkam tu sama od sześciu lat, odkąd mój mąż Janusz odszedł po długiej chorobie.

Przez całe życie byłam nauczytelką geografii. Nauczono mnie, iż dom musi być zadbany, obiad ugotowany na czas, a koszule wyprasowane w kant. Przez dekady robiłam to wszystko automatycznie. Sprzątanie nie było dla mnie ani pasją, ani ciężarem – było po prostu naturalnym elementem codzienności, tak samo oczywistym jak mycie zębów czy poranna herbata.

Chcę powiedzieć coś bardzo wyraźnie: ja przez cały czas POTRAFIĘ posprzątać swoje mieszkanie. Zależy mi na tym dopowiedzeniu, bo to właśnie od tego słowa „potrafię” zaczęła się cała ta historia.

Nadal potrafię wyciągnąć ciężki odkurzacz, umyć kafelki w łazience i zmienić pościel w sypialni. Potrafię choćby stanąć na małej drabince, żeby przetrzeć górne szafki w kuchni, choć muszę przyznać, iż kręci mi się wtedy w głowie, a serce bije szybciej niż kiedyś. Robię to. Ale po takim sobotnim maratonie ze ścierką i mopem kończę z tak potwornym bólem kręgosłupa, iż muszę leżeć przez pół dnia i brać tabletki przeciwbólowe.

Parę miesięcy temu spotkałam się na kawie z moją przyjaciółką Basią. Basia ma 75 lat i niesamowity dystans do świata. Miedzy jednym łykiem kawy a drugim wspomniała, iż od jakiegoś czasu przychodzi do niej pani Halinka – dwa razy w miesiącu na cztery godziny. Basia powiedziała mi wtedy słowa, które długo dźwięczały mi w uszach: „Danusiu, to zmieniło moje życie. Płacę za parę godzin, a odzyskuję własne zdrowie i spokój.”

Dawała mi numer do tej pani, ale ja przez prawie miesiąc trzymałam go w portfelu. Wydało mi się to absolutnie niedorzeczne. Płacić komuś za sprzątanie? Mnie? Przecież jestem zdrowa, mam dwie ręce i potrafię to zrobić najlepiej na świecie. Co pomyślałaby rodzina? Że leniuchuję albo iż już całkiem opadłam z sił?

Aż nadeszła pewna sobota. Od ósemki rano szorowałam kabinę prysznicową, myłam podłogi i ścierałam kurze. Na piątą popołudniu byłam umówiona z Basią i dwoma innymi koleżankami na wystawę i małe spotkanie w kawiarni. Tak bardzo się cieszyłam na to wyjście! Ale kiedy o czwartej skończyłam sprzątać, byłam tak wykończona, iż trzęsły mi się dłonie, a plecy wręcz paliły żywym ogniem. Chciałam tylko położyć się do łóżka.

Zadzwoniłam do Basi i skłamałam: „Basiu, przepraszam cię najmocniej, ale tak strasznie boli mnie głowa, iż muszę zostać w domu.”

Kiedy odłożyłam słuchawkę i położyłam się w cichym pokoju, poczułam głęboki żal. Zrezygnowałam z pięknego popołudnia, ze spotkania z ludźmi, z kultury i śmiechu tylko po to, żeby udowodnić samej sobie, iż w wieku 73 lat wciąż potrafię sama umyć kafelki w łazience! Mam emeryturę, mam pewne oszczędności, a sprzedaję swój czas i zdrowie za czysty brodzik?

Jeszcze tego samego wieczoru wyciągnęłam z portfela kartkę z numerem i zadzwoniłam.

Pani Halina przychodzi do mnie dwa razy w miesiącu. Jest niezwykle ciepłą, dokładną kobietą. Mydli progi, myje okna, szoruje łazienki i podłogi. Ja w międzyczasie robię tylko drobne rzeczy – zmyję talerz, ścieram blat w kuchni. Płacę jej mniej, niż wydaję czasem na obiad z dziećmi w restauracji. A w zamian odzyskałam dwa pełne dni w miesiącu, które wcześniej spędzałam na bólach i męczarniach.

Pierwszą osobą z rodziny, której o tym powiedziałam, był mój syn Paweł. Paweł uśmiechnął się, ucałował mnie w policzek i powiedział: „Brawo, mamo! jeżeli ma ci być lżej, to najlepsza decyzja.” Nie robił z tego żadnego problemu.

Problem pojawił się niedługo później. Paweł przyjechał do mnie na niedzielny obiad ze swoją żoną Anetą i dziećmi. Siedzieliśmy przy kawie i serniku, kiedy na moim telefonie pojawiła się wiadomość od pani Haliny w sprawie przesunięcia terminu.

Aneta zauważyła powiadomienie i spytała z ciekawością: „Kto do ciebie pisze, mamo?”

Wyjaśniłam jej spokojnie, iż to pani, która pomaga mi w sprzątaniu.

Aneta spojrzała na mnie ze szczerym zdumieniem, rozejrzała się po pokoju i wypowiedziała zdanie, które nie dawało mi spokoju przez całą noc: „Zatrudniłaś kogoś do sprzątania? Ależ mamo… przecież ty JESZCZE dajesz radę robić to sama!”

Wiem, iż nie chciała mnie skrzywdzić. Jestem pewna, iż w jej głowie był to rodzaj komplementu. Chciała mi powiedzieć, iż widzi mnie jako kobietę sprawną, silną i samodzielną.

Ale to jedno słowo – JESZCZE – ugodziło mnie wyjątkowo mocno.

Ty jeszcze sama prowadzisz samochód. Ty jeszcze sama gotujesz obiad na święta. Ty jeszcze sama robisz zakupy. Ty jeszcze dajesz radę posprzątać dom.

Jakby od pewnego wieku całe nasze życie było opatrzone niewidzialną datą ważności. Jakby bliscy nie patrzyli na to, co robimy z radości, ale liczyli dni do momentu, kiedy wreszcie się rozpadniemy.

W tamtą niedzielę nic nie powiedziała. Ale parę dni później Aneta wpadła do mnie po jakieś rzeczy. Zrobiłam herbatę i powiedziała jej wprost: „Anetko, tamto twoje zdanie o sprzątaniu bardzo dało mi do myślenia.”

Zaskoczona odłożyła kubek: „Mamo, przepraszam! Ja naprawdę nie chciałam cię urazić! Po prostu myślałam, iż to zbędny wydatek, skoro jesteś w tak świetnej formie i tego nie potrzebujesz.”

Spojrzałam na nią ciepło i odpowiedziałam: „Ja nie potrzebuję, żeby ktoś za mnie sprzątał, Aneto. Ja CHCĘ, żeby ktoś to robił.”

I w tym tkwiła cała różnica.

Przez niemal pięćdziesiąt lat robiłam mnóstwo rzeczy, bo MUSIAŁAM. Pracowałam, wychowywałam dzieci, opiekowałam się schorowanymi rodzicami, gotowałam i sprzątałam. Teraz mam 73 lata. Odpracowałam swoje. Mam prawo decydować, na co przeznaczę swoje siły.

Kiedy Aneta znów zaczęła mówić o oszczędnościach, spytałam ją z uśmiechem: „Anetko, a ile płacisz co miesiąc za hybrydy i fryzjera?”

Zaśmiała się, bo od razu zrozumiała, do czego zmierzam.

„Potrzebujesz tego do przeżycia?” – spytałam.

„No nie…” – przyznała.

„Ja też nie potrzebuję pani Halinki. Ale obie płacimy za coś, co robi nasz żywot przyjemniejszym.”

Skończyło się na wspólnym śmiechu i przytuleniu. Ale ta rozmowa utwierdziła mnie w przekonaniu, jak bardzo musimy walczyć o swoją wolność na starość.

Na lato zatrudniłam też młodego chłopaka, żeby umył duże markizy na moim balkonie. Kiedyś męczyłam się z tym pół dnia. Tym razem podziękowałam mu, zamknęłam drzwi i poszłam z Basią na kawę i szarlotkę. Kiedy wróciłam, wszystko lśniło.

I tak – mogłabym to zrobić sama.

Mogłabym też prać frędzle w rękach i wnosić węgiel na trzecie piętro. Ale to, iż jestem w stanie coś zrobić, nie oznacza, iż mam obowiązek robić to do ostatniego tchu!

Mając 73 lata, nie muszę już niczego nikomu udowadniać. Moja sprawność nie mierzy się ilością umytych okien, ale umiejętnością cieszenia się życiem

Idź do oryginalnego materiału