Czy chcesz, żebym wyciągnęła ci walizkę? zaproponowała żona.
Weź! odpowiedział zaskoczony mężczyzna, który właśnie szykował się do długiego odpoczynku.
Co? zdziwiła się dziewczyna, której myślami była już podróż w nieznane
No właśnie, wyciągnij mi walizkę! dodała Zofia, uśmiechając się szeroko.
Jaką walizkę? Sami nosicie swoje! pomyślała Jadzia Kowalska, po czym potknęła się o dywan w przedpokoju i wyszła, czując, iż przyjemna rozmowa zakończyła się nieco kwaśnym posmakiem.
Wieczorem w domu rozległo się oświadczenie:
Będziesz mamą! Będziemy mieli dziecko! oznajmiła z dumą Jadzia, spoglądając na Leopolda Kwiatkowskiego, licząc na roześmianie się.
Nie jesteś szczęśliwy, kochanie? dodała, oczekując efektu.
Jadzia pojawiła się na trzecim roku medycznego kolegium w Warszawie. Razem z Wojciechem Rzyszkowskim przenieśli się z innego miasta, gdzie ojciec Wojciecha, służbowy żołnierz, został przeniesiony do nowego posterunku, a rodzina musiała się przeprowadzić. Dziewczyna, z którą Wojciech był w związku, szła za ukochanym Jadzia okazała się prawdziwą wojowniczą przyjaciółką.
Wojciech jednak nie wrócił. Kiedy po przeprowadzce Jadzia odkryła, iż niedługo zostanie mamą, jej partner po prostu zniknął z radaru. Zniknął z domu rodziców, zabrał dokumenty z ostatniego roku studiów i stał się niedostępny pod telefonem.
Wtedy Jadzia zauważyła, iż sympatię budzi w niej przystojny wykładowca anatomii, Leonard Kwiatkowski. Jadzia była bystrą dziewczyną kręcone włosy zawsze wiedziały, co robić. A wrócić do domu z brzuchem pełnym nowego życia nie wchodziło w grę: nie było to ani bezpieczne, ani przyjemne.
Dziecko było jedyną nadzieją rodziców, a za nie można było dostać upomnienia wprost w czoło. Bo oprócz tego, iż Jadzia wróciła, przywiozła jeszcze jedną buzię a w wielodzietnej rodzinie nie przyjmowano kolejnych plusów.
Wtedy pojawiła się opcja: trzydziestoletni, ustabilizowany mężczyzna, którego nikt nie kwestionował, bo w rodzinie Kwiatkowskich nie było jeszcze potomków. I tak Jadzia wdała się w romans z zamężnym Leonardem. Z euforią zauważyła, iż nie przywiązuje wielkiej wagi do antykoncepcji znaczy, chce zostać ojcem, nie inaczej!
No to, Leonardzie pomyślała piękna Jadzia spełnię twoje marzenie, będziesz szczęśliwym tatą! i ruszyła do dzieła.
Po półtora miesiąca mogła przekazać kochankowi dobrą nowinę: dziecko urodzi się w terminie siedmiu miesięcy kto będzie je pilnował? Mądry nie powie, a głupi nie zauważy.
Wszystko odbyło się w wielkim stylu: najpierw lekka kolacja w uroczystym otoczeniu. Jadzia wynajmowała pokój od samotnej babci na ul. Marszałkowskiej za symboliczną opłatę. Starsza pani, choć już w podeszłym wieku, nie sprzeciwiała się spotkaniom Jadzi z kochankiem, wystarczyło, iż płaciła czynsz i od czasu do czasu przynosiła ciastko. Życie seniora nie jest łatwe trzeba iść do lekarza, kupować leki, a ceny w aptekach były jak zawsze nieprzystępne.
Kiedy Leonard wypił kieliszek wina, a Jadzia jedynie przygryzła, podsunęła mu pozytywny test ciążowy, jak w serialach, i wykrzyknęła: Będziesz ojcem! Będziemy mieli dziecko! Czy nie jesteś szczęśliwy, kochanie?.
Mężczyzna zareagował nieco inaczej niż się spodziewano: nie wziął jej w ramiona, nie zaproponował małżeństwa, a po krótkiej przerwie rzekł:
Nie jestem gotowy!
Na co nie jesteś gotowy? zdziwiła się Jadzia. Zawsze byłeś gotowy, jak harcerz!
Na dziecko!
Czy więc jesteś gotowy na dzieci, a potem odmawiasz? uśmiechnęła się ironicznie, pytając: czy to kolejny odrzucony pomysł?
Leonard po prostu wyszedł, a Jadzia wykrzyknęła:
No i pierdolę tego wykładowcę! w jej rodzinie nie liczyło się zachowanie języka, tylko szczerość.
Nie myślcie, iż mężczyzna był okrutny i podły po prostu Leonard był bezpłodny! Dlatego dziecko nie mogło być jego. Jadzia przypomniała sobie, iż kiedyś była z Wojciechem, który zniknął. Układ się składał!
Bezpłodność Leonarda sięgała dzieciństwa, kiedy to w wyniku choroby typu świnka, stracił sprawność reprodukcyjną. Po trzech latach małżeństwa, kiedy ciąża w żonie nie wchodziła w życie, w spermie mężczyzny było bardzo mało ruchliwych plemników.
Tylko jeden zwinny plemnik był potrzebny, by złapać a gdy przychodziło co innego, nie było go już w pobliżu. To wiedzieli tylko Jadzia i Leonard, trzymając w tajemnicy, iż intensywnie pracują nad rozwiązaniem.
W przyszłości planowali ewentualnie adoptować dziecko ze schroniska. A póki co żyli sobie spokojnie, co też nie było złe.
Ojciec Leonarda, Józef Kwiatkowski, miał nowotwór. Otoczyli go współczuciem, nie chcąc go martwić, bo on miał nadzieję, iż niedługo dostanie wnuka. Choroba postępowała, więc Leonard i Zofia uznali, iż ojciec powinien odejść w spokoju wiedzą, iż dodatkowe informacje tylko zwiększają ból.
U pary wszystko było w porządku: Leonard kochał Zofię i ufał jej całym sercem. Mała zdrada tylko wzmocniła ich związek, bo przecież co się nie zdarzy, nie zdarzy.
Po tym, jak Jadzia ogłosiła swoją ciążę, zainteresowanie ze strony wykładowcy zgasło. Leonard przestał jej odpowiadać, a ona postanowiła przyjść do niego pod dom. Oczywiście, w jego nieobecności, by wyznać żonie prawdę o ich wielkiej miłości. Zofia, zachowując spokój, odpowiedziała krótko i bez emocji:
Zabieraj!
Co? zdziwiła się dziewczyna, przygotowująca się do długiego wyjazdu, coś zbyt szybko
No właśnie! Co z tym walizką? zapytała Zofia.
Jaka walizka? Sam nosicie własne! pomyślała Jadzia, stukając w dywan przy wejściu, i wyszła, czując, iż rozmowa nieco się potknęła.
Wieczorem w domu rozległo się pytanie:
Kogo wierzysz, Zosiu? zapytał z rozczarowaniem Leonard. Nie ma tu miejsca na próbki! Czy nie znasz mnie? Jestem przecież przykładem rodzinnego męża!
Leonard rzeczywiście był wzorowym mężem, nie mającym żadnych skandali. Zofia mu wierzyła i w tę chwilę uznała sprawę za zamkniętą. Nikt nie przygarnął walizki.
Studentka Stefania Kowalska, nie czekając na miłość, nie poszła do dziekanatu, by oskarżać wykładowcę o molestowanie. Wiedziała, iż czasy partyjnych zjazdów już minęły. Pójdziemy inną drogą! mawiał kiedyś wielki Ilich. I ona postanowiła skorzystać ze słów przywódcy.
Zaczęła więc szukać kontaktu do Jana Szymańskiego potencjalnego teścia, ojca Leonarda. Adres znalazła w internecie. Ojciec, będąc w stanie lekkim od leków, przyjął radosną wiadomość o przyszłym wnuku. Nie zastanawiając się długo, zaoferował Jadzi 30000 zł miesięcznie na wsparcie. Niech decyduje, kiedy zechce pomyślał, a jako dziadek nie zostawił jej samej.
Jadzia, z podniesionym duchem, wzięła akademik, bo mogła dostać stypendium, a 30000 zł co miesiąc pozwoliło jej żyć godnie. Ciężki ciąg dalszy nie był potrzebny po prostu przyjęła pieniądze.
Ciąża przebiegała bez większych dolegliwości, a Jadzia kupowała różowe rzeczy dla maleństwa. USG pokazało, iż to dziewczynka. Czasem odwiedzała dziadka Jana, który z euforią podawał jej soczyste owoce, których nie stać było Jadzi na własną rękę.
Kiedy nadszedł termin porodu, dziadek przyjechał po nią z wózkiem, choć sam potrzebował opiekunki. Na pewno mnie nie zostawi! myślała Jadzia, gryząc wiśniowy placek.
Po sześciu miesiącach od narodzin dziewczynki, Jan Szymański zmarł na chorobę, jak to niestety bywa. Jadzia przybyła na pogrzeb, a sąsiadka zgodziła się opiekować maluchem, mówiąc: Zabiorę ją z kołyski, nie będę jej podnosiła, ale przyjrzę się.
Dlaczego Jadzia wpadła na pogrzeb? Nie wiadomo może myślała, iż wtedy ujawnią testament, w którym zostanie wymieniona wnuczka Jana. Ale testamentu nie było, a obietnica taty pozostała niespełniona.
Na pogrzebie opiekunka wyjawiła całą prawdę, którą ukrywał Jan na prośbę Leonarda. Kiedy Jadzia próbowała wsiąść do autobusu z pogrzebowym obiadem, kierowca, na polecenie rodziców, zamknął przed nią drzwi. Autobus ruszył, a Jadzia biegła, stukając pięścią w drzwi.
Mimo to Jadzia miałaby trochę oszczędności: z tych 30000 zł udało jej się odłożyć część, a do tego dostała matrymonialny kapitał i zasiłek jako samotna matka. Zdecydowała się pracować w centrum medycznym, przyjmując telefony. Dzięki wykształceniu medycznemu dało jej to radę.
Siedmiomiesięczna córeczka trafiła do żłobka. Rok po pogrzebie Zofia, żona Leonarda, zaszła w ciążę ponownie aktywne plemniki Leonarda w końcu dały efekt.
Tak się dzieje, kiedy wiosna przynosi nowe życie: ludzie szaleją z podniecenia! A plemniki? One też mają swoje humory.
Para doczekała się wspaniałego chłopca, a ich euforia nie znała granic. Czasem Zofia wspominała przybycie Jadzi, która zdawała się być w ciąży od jej męża. Czy naprawdę kłamała? Nie miała już siły trzymać tych nieprzyjemnych myśli. Co już, nie ma co drążyć pomyślała, widząc, iż Leonard jest wspaniałym, troskliwym i kochającym ojcem, takim samym jak jej mąż.
I tak po prostu żyli dalej, bo czasem nie ma się co oglądać.










