Stanęli we trzech, w płaszczach, wczesnym popołudniem, na schodach pod wejściem do obserwatorium, zdziwieni tym miejscem. Samochód zostawili na drodze i podeszli na wzgórze piechotą, jeżeli więc któryś z nich obrócił się za siebie, musiał westchnąć na widok rozciągającego się aż do jeziora lasu i najzieleńszej trawy, jaką można sobie wyobrazić. Musiało wydać mu się przez moment, iż znalazł się w pradawnej puszczy, poza którą nic już nie ma, nieskażonej (to bardzo mylne wrażenie) cywilizacją, nie tego spodziewał się po doktorze. Dzień był pogodny.

Aktualności „Pisma”
W każdy piątek polecimy Ci jeden tekst, który warto przeczytać w weekend.
Zapukali. Nie byliśmy zaskoczeni. Wilhelm przewidział, iż przyjdą: oni albo tacy jak oni, w płaszczach, a jeżeli będzie za ciepło na płaszcze, to w ciemnych garniturach. Pierwsza będzie jednak rzucała się w oczy ich sztywność, kręgosłupy jak pale wbite w ziemię i twarde brzuchy, stała płytkość ich oddechów. Wszyscy oni albo tacy jak oni na to cierpią. To wielka ironia, iż moglibyśmy im z tym pomóc, gdyby tylko nie spiskowali przeciwko nam.
Powiedział też, iż nie mamy się czym martwić i w ostateczności prezydent zainterweniuje. (Ale to już naprawdę w ostateczności i najpierw Wilhelm będzie musiał przejść mękę, dramat i próbę charakteru, niezłomnie wystać przy swojej racji, uprzeć się, a się nie wyprzeć, aż dobry ojciec Eisenhower zszybuje siłami powietrznymi i zabierze go do siebie).
Tego dnia, kiedy przyszli, wszystko przebiegło dokładnie tak, jak powiedział Wilhelm.
Stoimy wszyscy w drzwiach, oni wciąż na zewnątrz. Ten w kapeluszu zasłania słońce. Drugi, wysoki i najsztywniejszy, obrócił się bokiem i z rękami za plecami przygląda się kamiennym ścianom obserwatorium, podziwia architekturę. Najmłodszy z nich, który czuje się jeszcze niekomfortowo w roli straszydła w płaszczu i w tej sytuacji, wyjmuje zapisane na maszynie kartki. To jest zakaz (…) przez linie stanowe, nakaz (cośtam, cośtam) Agencja Żywności i Leków, podejrzenia, łamania, z datą.
Od czasu Eksperymentu często kręci nam się w głowach i nie słyszymy dobrze.
W trybie, podpisano. Tu jest pieczęć. Chcielibyśmy zobaczyć się z doktorem. (Próbuje się choćby do nas uśmiechnąć, jednak nie starcza mu determinacji i kończy w smutnej połowie).
Wilhelma nie ma. Niepotrzebnie się fatygowaliście, trzeba było najpierw zadzwonić.
Zapada niezręczna cisza, w trakcie której oni starają się porozumieć bez słów co do dalszych kroków, a nam wieje po nogach. Ten w kapeluszu, albo ktoś bardzo podobny do niego, kiedyś już nas odwiedził. Wypytywał Wilhelma o różne rzeczy, a potem dostaliśmy oficjalne pismo. Wiemy, co się stało z wynalazcą spektrochromu, który też był, w pewnym sensie, wizjonerem, i cokolwiek by myśleć o chromoterapii, nie powinno się tak traktować ludzi.
W końcu mówią, iż chcą się rozejrzeć. Pytamy za czym, a oni, iż chcą zobaczyć akumulatory.
Nie ma problemu, pacjenci korzystają z nich cały czas. Tylko na miejscu, dodajemy, bo ten najwyższy już pomyślał, iż przyłapał nas na wyznaniu winy.
A co ze zwrotami?
Stoją w magazynie.
Są wadliwe.
Nie, wszystko z nimi w porządku.
Ale zostały zwrócone?
Wydaje nam się, iż udzielamy odpowiedzi na inne pytanie niż zadali, a oni nie zadali pytania, które powinni. Ten w kapeluszu zauważył dziury po kulach w drewnianym szyldzie przy wjeździe na posesję, odnotował to sobie w notesie, ale nie wspomina o tym teraz ani słowem.
Odzywa się głos z głębi domu: kto przyszedł?
FDA po Wilhelma.
Co? FBI?
FDA, odkrzykuje ten najmłodszy, wydobywając z siebie gruby głos, jakby faktycznie był z FBI.
Proszę na nas poczekać, założymy tylko buty, obiecujemy i zatrzaskujemy im drzwi przed nosem.
Chodzimy trochę w kółko, bo chociaż Wilhelm uspokajał nas, iż wszystko będzie dobrze, to Wilhelm jest teraz ponad dwa i pół tysiąca mil stąd, a to tylko ciałem. Głową pozostało dalej. Wyżej. O to chodzi, iż podczas gdy on patrzy coraz bardziej w niebo, my musimy podejmować decyzje przy samej trawie i uważać na słowa w jego imieniu. Przed wyjazdem Wilhelm schował pistolet w szafce na buty.
Postanawiamy zabrać ich do laboratorium, gdzie stoją jeszcze dwa akumulatory, których nikt nie używa od czasu Eksperymentu. Wychodzimy więc przed dom i pokazujemy na drzewa: tamtędy, chodźmy. Idziemy przodem, ten w kapeluszu tuż za nami, a dwaj pozostali rozpraszają się na ścieżce. Ten najmłodszy ogląda się jeszcze na budynek obserwatorium, jakby spodziewał się dostrzec Wilhelma ukrytego za firanką albo z lornetką na tarasie na dachu. Tymczasem ten najwyższy przystaje przy krzakach borówek. Nie powinien ich jeść, ale nie będziemy przestrzegać agenta żywności, w dodatku na służbie, przed opłakanymi skutkami promieniowania.
Chyba nie połyka.
Zaraz obwieszcza: tu była ruszana ziemia. Pozostali dwaj podchodzą i razem oglądają spulchniony skrawek ziemi za krzakami borówek, ledwo przysypany liśćmi. Zmieściłoby się tam co najwyżej blaszane pudełko z kolorową pokrywką. Coś tu było zakopane. Wyraźnie chcieliby rozgrzebać. Jeden z nich podnosi choćby patyk i dźga miękki grunt: od samego początku dochodzenia nic innego nie robią. Mamy ochotę przynieść im szpadel, żeby zmarnowali czas i uwalali sobie spodnie, ale nauczeni doświadczeniem wiemy, iż choćby szpadel może im się wydać podejrzany, choćby w zakopanych skarbach w puszce mogą dostrzec obciążające dowody. Przypominamy im, iż ich władza sięga naszych książek i urządzeń, ale nie sięga ziemi. Chodźmy dalej.
Przeczytaj też:opowiadanie Lauren Groff Sunland
Laboratorium jest zamknięte na klucz i nie wchodzimy tam, jeżeli nie musimy, ze względu na promieniowanie. Przed drzwiami leży metalowa krata, na której kiedyś opłukiwaliśmy podeszwy przed wejściem i po wyjściu. Zarosła ją trawa, a na samym środku pędy wypuścił biały aster. Staramy się nie nadepnąć na niego, otwierając drzwi. Wpuszczamy agentów przodem. W środku jest dosyć ciemno: budynek ma duże okna, ale jest otoczony drzewami. Podłogę i metalowe stoły pokrywa kurz. Ten najwyższy dotyka oscyloskopu, po czym gwałtownie cofa rękę, rozcierając w palcach lepką warstwę.
Ten najmłodszy zatrzymuje się przed pantostatem, ale nie dotyka. Pyta: co to jest? Ten w kapeluszu rzuca mu karcące spojrzenie.
Stoimy w progu, przed nami rozciąga się powidok po laboratorium. Chociaż następstwa Eksperymentu są przede wszystkim niewidzialne, to poczucie niepowodzenia niemal wisi tu w powietrzu.
A to?
Fluorofotometr.
Wolelibyśmy, żeby żaden z nich nie zainteresował się stojącym w kącie licznikiem Geigera.
W końcu stają przed akumulatorami. Obmacują i opukują ścianki, jakby mogli jeszcze dowiedzieć się czegoś nowego, czego nie dowiedzieli się przez lata dochodzeń, inwestygacji, prób, testów, wywiadów i eksperymentów przeprowadzanych na własną rękę. Tak jakby w ogóle mogli się czegoś dowiedzieć. Wilhelm od początku przewidywał, iż zaślepią ich uprzedzenia i żaden agent nie dostrzeże prawdy, choćby prawda sama się do niego łasiła. Nasze badania wymagają odpowiedniej wrażliwości na pewne fenomeny. Osądzać je można jedynie ze środka, mierzyć naszymi metodami.
Pytamy ich, czy sami kiedykolwiek korzystali z akumulatora. Gdyby chcieli, możemy przeprowadzić demonstrację. Ten najwyższy wzrusza ramionami. Wchodzi do akumulatora, ale nie zamyka drzwi. Proszę. Powinienem teraz dostąpić uzdrowienia? Nic nie mówimy. Oni wiedzą równie dobrze jak my, iż to tak nie działa: dostali od Wilhelma szczegółowe instrukcje i opis działania. Tymczasem ten w kapeluszu domyka drzwi i w okienku widać tylko wykrzywioną nagle twarz najwyższego agenta. Hej, halo, tu jest ciemno.
Poczekaj, aż zaczniesz się świecić.
Przecież możesz w każdej chwili wyjść, zauważa ten najmłodszy, uchylając drzwi, a najwyższy wytacza się ze środka, hiperwentylując z dłońmi opartymi o kolana. (Boi się ciemności).
Nikomu z nas nie wydaje się to zabawne.
Drewniana rama, po trzy naprzemienne warstwy wełny stalowej i włókna szklanego. Z zewnątrz płyta izolacyjna, od środka stal. Na spodzie dodatkowe warstwy sklejki, żeby umocnić podłogę. Mieści krzesło do siedzenia. W …

















