Część III. Przygotowania na wypadek W. Rozdz III. Wojna wojną, ale obiad po rozpisaniu / Wypracow

publixo.com 3 godzin temu

Pamiętam, iż moja babcia, która wyrosła w przedwojennej prawdziwej biedzie i miała nieprzyjemność przeżyć powstanie warszawskie w mało ważnej roli cywila, zawsze karmiła mnie, kiedy ją odwiedzałem, „pod korek”. Momentami bywało to choćby dość krępujące, bo jak wyjaśnić babci, iż trzeci kotlecik schabowy (malutki) pod rząd to zanadto choćby „dla rosnącego wciąż” dwudziestopięcioletniego studenta? Babcia obrażała się, kiedy talerz nie był wylizany do czysta, a bulkający nosem z przejedzenia wnuczek wspominał coś półgębkiem o babcinym „kompleksie żywienia”, kiedy wszystko jest na wyciągnięcie ręki w sklepie.
Babcia jednak swoje wiedziała. Ona zaznała w życiu prawdziwego głodu i wszelkie próby dyskutowania z nią na temat kalorii, zapotrzebowania energetycznego oraz tuczenia, kwitowała słowami: „jedz, jedz – zanim gruby schudnie, to chudy zdechnie”. Dziś wiem, iż były to święte słowa. Dlatego ten rozdział będzie nudny dla kogoś, kto nigdy nie był głodny. Bo syty głodnego nie zrozumie. Ale zanim gruby schudnie, to chudy zdechnie. Miej to gdzieś z tyłu głowy, kiedy stojąc na wadze będziesz zżymać się na dodatkowe kilogramy, których w żaden sposób nie możesz zbić. Ja w ciągu dwóch pierwszych tygodni wojny, przebywając pod okupacją i jedząc do syta, schudłem 12 kilogramów. Z 82 na 70 kg. Nie trzeba było głodu, sam stres zrobił swoje. A gdybym jeszcze nie miał co jeść?
Nie wiem, na ile to jest oczywiste, ale w pierwszych godzinach i dniach czasu W zdobywanie i przygotowanie pożywienia wychodzi na plan pierwszy spośród codziennych zajęć. Co więcej, zadanie to może dość gwałtownie zacząć przerastać siły i możliwości jednej osoby. Zatem – rodzina w szeregu zbiórka! I przydzielamy zadania. Biorąc pod uwagę zmieniające się oczywiście jak w kalejdoskopie okoliczności.
Zwróć uwagę, iż rozmaite przerwy w łańcuchach dostaw i mediów, bardzo gwałtownie rozłożą catering i wszelkie służby dostarczające posiłki czy produkty ze sklepów pod drzwi. Elementarne braki – brak paliwa bądź prądu – rozłożą sektor cateringowo-restauracyjny w kilka godzin. Dodatkowo, catering będzie miał pełne ręce roboty z zapewnieniem pożywienia dla fali uchodźców i podróżnych. Więc nie licz na to, iż bezpośrednio po wybuchu W skorzystasz z dostawy potraw ze swojej ulubionej restauracji.
Przede wszystkim, musisz śledzić, co dzieje się w sklepach w twojej okolicy. Modlitwa pańska mówi „chleba powszedniego daj nam dzisiaj”. I chyba od chleba trzeba zacząć. Bo nie przypadkiem wspomina się o nim w „Ojcze nasz”. Istnieje sporo szans na to, iż chleb w sklepach skończy się jako jeden pierwszych produktów. Panika, masowe wykupywanie czy trzeba, czy nie trzeba, problemy z prądem, paliwem i dostawami – to wszystko opustoszy półki z pieczywem w ciągu kilku godzin od pierwszych wystrzałów.
Jeśli lokalne piekarnie będą nadążały z dostawami, to adekwatnie nie ma problemu. Problem zacznie się jednak wtedy, kiedy do najbliższej lokalnej piekarni jest 20 albo 40 kilometrów, a po drogach z różnych przyczyn nie można się przemieszczać. Ja miałem pecha znajdować się w pierwszych dniach wojny w 12-tysięcznym miasteczku, które nie miało własnej piekarni, a chleb był dowożony między innymi z Kijowa (to ponad 100 km drogi). W czasach pokoju – wszystko ok. Tniemy koszty, a kijowskie piekarnie zawsze przebiją ceną małe, lokalne wytwórnie. Ale kiedy przychodzi wojna, miejscowość bez własnej piekarni jest jak żołnierz bez karabinu.
U nas chleb skończył się czwartego dnia wojny. Ze względu na odcięte szlaki komunikacyjne, nie było go w sklepach praktycznie 3 tygodnie. Potem zaczął pojawiać się podłej jakości chleb tostowy, dowożony gdzieś polami przez odważnych handlowców ryzykujących spotkanie z wrogiem podczas niebezpiecznej podróży. Przyznać trzeba, iż nie było spekulacji. Dostawy były sprawiedliwie dzielone – dwa bochenki na rodzinę. Choć, rzecz jasna, nie brakowało dramatycznych scen, kiedy w danym dniu kończyły się bochenki, a kolejka oczekujących na przydział była jeszcze długa.
Co robić, by nie być zdanym na łaskę i niełaskę logistyki? Ano – prosta sprawa. Musisz nauczyć się piec chleb w domu i mieć odpowiednie do tego zapasy oraz środki techniczne. Chleb można piec na wiele sposobów – w automacie, w piekarniku, ba, kiedy już naprawdę jest bardzo źle, można smażyć na patelni podpłomyki. Mała podpowiedź: zestaw składający się z automatu do pieczenia chleba, inwertera i akumulatora 100 Ah jest w stanie przygotować co najmniej dwa 750 gramowe bochenki na jednym ładowaniu. Rozumiesz, czemu jest takie ważne odpowiednio przygotować się technicznie? Mając sprzęt, wsypujesz tylko mąkę (czy gotową mieszankę), dolewasz wodę, dosypujesz drożdże, podłączasz się do inwertera i naciskasz przycisk „START”. Reszta robi się sama, a ty masz czas na inne aktywności.
Czy ja napisałem w poprzednim akapicie „drożdże”? No to zapamiętaj to sobie bardzo dobrze. W czasie, kiedy wojna wisi w powietrzu, ale pozostało stosunkowo odległa, zaopatrz się w zapas suchych drożdży co najmniej na rok. Suche drożdże to podstawa wypieku chleba, ciast i Bóg wie, czego jeszcze. Suche drożdże były dla mnie w czasie życia pod okupacją, wręcz walutą wymienną. Za suche drożdże ludzie byli w stanie oddać naprawdę wiele. Droższe były może tylko papierosy. Bo sama mąka bez drożdży to tylko połowa sukcesu. I to mniejsza połowa, jeżeli można tak powiedzieć. Przy czym moje doświadczenia pokazują, iż znacznie prościej jest skombinować mąkę, olej, słoninę, mięso niż suche drożdże. A chleba naszego powszedniego chce się każdego dnia. O zakwasie nie będę wspominał. Do chleba wystarcza woda, mąka i drożdże. No, jeszcze można kapnąć oleju. I nie zapominaj o soli!

Wspominałem o tym, iż ten rozdział może być nudny? Tak, sam łapię się na tym, iż strasznie przynudzam. Ale, uwierz mi, minęły już prawie cztery lata, a ja wciąż pamiętam ten podły, ziemisty, wilgotny smak tostowego chleba, często sprasowanego tak, jakby ktoś po nim chodził (co jak najbardziej było możliwe, zważywszy na to, jak przeładowane były dostawczaki lokalnych handlowców). Smak gównianego i zaciuchanego chleba tostowego, pewnie trzydniowej dawności, po który ludzie ustawiali się w 6-godzinnych kolejkach. Nudne? Tak, cholernie nudne, jak stoisz w takiej kolejce i choćby nie masz pewności, co, czy i kiedy przywiozą do sklepu.
Przejdźmy więc do nieco ciekawszych tematów. Pewnie tego nie wiesz, ale ukraińska wieś to zupełnie inna wieś niż polska. W Ukrainie na prowincji, wszędzie gdzie stoją jednorodzinne domki, czyli również w miasteczkach, jest całkiem naturalne, iż przy domu masz warzywny ogródek zamiast wymuskanego trawniczka. Własne pomidorki, cebulka, ogóreczki, kabaczki, papryka, arbuzy, maliny jeżyny, owocowe drzewka różnych gatunków. Zawsze ktoś przy tym ma gdzieś ule. Ktoś inny krowę. Ktoś trzyma świnkę. Po podwórkach kręcą się kurki, kaczki i różny drobny drób. Każdy ma jakąś komórkę, piwnicę czy inny „saraj”(1), gdzie trzyma dziesiątki zawekowanych słoików, worki z kartoflami i burakami, równo poustawiane na półkach flaszeczki z nalewkami i butle z samogonem.
A teraz przyjrzyj się polskiej wsi. Kiedy widziałaś na niej ostatnio pasącą się krowę? Albo wolno łążącą i grzebiącą w ziemi kurę? Zaczynasz rozumieć? Jako społeczeństwo nie jesteśmy nijak przygotowani na żywnościowe deficyty czasu wojny. Nasza wieś, z której historycznie tak jesteśmy dumni, bo „żywią y bronią”, zdechnie z głodu tak samo jak miasto, kiedy tylko w „Lidlu” i „Biedronce” skończą się produkty żywnościowe.
Byłoby dobrze, żeby pośród tych zdziwionych, iż w lokalnym spożywczaku nie ma tego, tego, tego i jeszcze tego, nie było ciebie. I twoich sąsiadów. No, bo głupio tak samemu zażerać się tuszoneczką i domowym chlebkiem, jak głodny sąsiad próbuje na balkonie obok złapać niknącą sieć komórkową, żeby wyguglić, czy jest sens jechać na zakupy do „Auchana” na drugi koniec miasta.
Żeby zatem nie było głupio, przyjrzyjmy się, co ty i twoi sąsiedzi powinni mieć w domowych spiżarniach, żeby przetrwać pierwszy miesiąc czasu W.
Dlaczego pierwszy miesiąc, kiedy eksperci od zarządzania kryzysowego podkreślają, iż trzeba być przygotowanym na kilka dni samowystarczalności? Hmm… Ilu z tych ekspertów przeżyło prawdziwą wojnę? Ja przeżyłem (no dobra, jeszcze nie przeżyłem, ona wciąż trwa). Szykuj się na miesiąc. jeżeli po trzech dniach zdecydujesz się opuścić dom, w którym mieszkasz, bądź pewna, iż ci, którzy zamieszkają w nim po tobie, docenią twoją zapobiegliwość. Ale jak to?! Ano, tak to. Opuszczając swój dom po wybuchu wojny, bierz pod uwagę to, iż nigdy już do niego nie wrócisz. Jakoś w naszych szerokościach geograficznych tak to już działa. Więc zapasów szykuj na miesiąc, a jeżeli chodzi o niektóre „długogrające” produkty zgromadź ich jeszcze więcej. Uwierz mi, w wypadku wojny naprawdę nic z tego się nie zmarnuje, a mogą przyjść chwile, iż te zapasy będą cenniejsze niż pieniądze, złoto i klejnoty.
No, dobrze. Przejdźmy do remanentu. I tak, masz mieć na czteroosobową rodzinę:

- mąka (różnych rodzajów, jakie uznasz za stosowne, jakie znasz i masz dostępne) – 20 kg,
- makarony, kasze, krupy – 20 kg,
- suche drożdże – dużo,
- konserwy (mięsne, warzywne, puszkowane owoce) – bardzo dużo, one leżą latami i można je zawsze wziąć ze sobą,
- herbata i kawa (najlepiej w ziarnach, podaruj sobie odrobinę luksusu każdego dnia: świeżo mieloną kawę) – 3-5 kg łącznie,
- cukier – 10-20 kg (zależy, na ile twoja kuchnia jest „słodka”, czyli jak często pieczesz ciasta),
- miód – 3-5 kg (jest słodki, prawdopodobnie zdrowy i wieczny, nie przypadkiem służył w starożytności do przechowywania odciętych głów wrogów w celach dowodowych – iż się pacjenta zdekapitowało a nie puściło wolno za łapówkę),
- olej i oliwa do smażenia – 3-6 litrów (w zależności, jaki masz ich rozchód),
- czekolada i czekoladowe snacki (batoniki) – dużo. Nie traktuj tego jak słodyczy, ale szybki strzał z pustych kalorii, który pozwala podziałać jeszcze godzinę czy dwie, kiedy nie ma już opcji na normalny posiłek. No i łatwo je brać ze sobą (podobnie jak konserwy),
- sucha kiełbasa, kabanosy, mięsne snacki – parę kilogramów. Sucha kiełbasa (jeśli nie zapleśnieje i przechowywana jest w chłodzie) działa miesiące po upływie terminu „best before”.

Zwróciłaś uwagę, iż niemal wszystkie produkty z tego spisu można przechowywać poza lodówką? Możliwość przechowywania zapasów na czas W w temperaturze pokojowej to podstawa organizowania spiżarni na czas wojny. Lodówka bowiem z przyczyn oczywistych to nie urządzenie, na którym podczas wojny można polegać.
Oczywiście, możesz ten spis dowolnie modyfikować wedle własnego uznania (choćby worek kartofli, jeżeli jesteś kartoflożercą). Spis jednak daje pojęcie, ile czego trzeba mieć, by w miarę spokojnie patrzeć w przyszłość w perspektywie miesiąca braków w zaopatrzeniu. Nie znaczy, iż na wymienionych w spisie produktach twoja czteroosobowa rodzina wyżywi się miesiąc bez uzupełniania zapasów. Ta podręczna spiżarnia ma dać wam pewien komfort, kiedy ciężko będzie kupić wszystko, co się zamarzy. A codzienne zdobywanie świeżego jedzenia musi być, obok posiadania tych zapasów, priorytetem.
No i posiadając taką spiżarnię, trzeba się nią zajmować. Mąka, makarony i kasze muszą być przechowywane poza zasięgiem szkodników i trzeba kontrolować periodycznie ich stan (fabryczne opakowania też mogą być zainfekowane robalami, które w sobie tylko znanym czasie wyjdą na zewnątrz). Wszystkie produkty z tego składu muszą rotować, by się nie psuły. Sporo z tym roboty. Moim skromnym zdaniem, zbyt dużo jak na barki jednej osoby. Pamiętasz rozdział :„Twoja rodzina to twoja drużyna”? Dziel zadania i kontroluj ich wykonanie. Inaczej zarobisz się po pachy. A przecież podczas W to ty jesteś głową waszej codzienności. Mąż to rezerwista/poborowy.
Co się tyczy takich drobiazgów jak żywieniowe preferencje (weganizm, wegetarianizm „mamo, ja tego nie jem!”), to sprawa jest prosta: MAG – maszeruj albo giń. jeżeli ktoś z twoich bliskich czegoś nie je, bo mu przekonania na to nie pozwalają, to pozwól mu przez jakiś czas pochodzić głodnym. Kontroluj (bo nikt nie może być głodny za długo – zdrowie i dobra kondycja są najważniejsze), ale nie rozpieszczaj. Sorry, dobre czasy się skończyły. Na długo.
jeżeli natomiast chodzi o takie fundamenty jak specjalne diety z powodów zdrowotnych (diabet, przewlekłe choroby, zalecenia pooperacyjne), to musisz mieć to opanowane na długo, zanim napięcie wskazujące na potencjalny wybuch wojny sięgnie zenitu. To raczej oczywiste, nie? Powyższa zasada odnosi się i do specjalistycznych leków przyjmowanych stale. Gromadź ich zapasy. Nie pomogę ci, jak to zrobić, bo tu przechodziłem słabe szkolenie: po prostu skamlałem w aptekach do skutku, jeżeli musiałem gdzieś coś dowieźć na cito. Obawiam się, iż ta metoda w czasach pokoju w Polsce nie zadziała z przyczyn czysto technicznych (recepty i ich ewidencjonowanie).
jeżeli chodzi o sprawy techniczne, to czego ja cię będę uczył? Uniwersytet of You Tube pełen jest life hacków. Ze swej strony mogę tylko powiedzieć, iż dwie cegły (mogą być duże kamienie, choć cegły są the best)i trochę patyków (takich z gatunku patyk grubszy) oraz patelnia bądź garnek robią robotę w każdych warunkach. Na balkonie, na chodniku, na trawniku, od biedy i w piwnicy, jeżeli jest dobra wentylacja. Resztę niech ci podpowiada wyobraźnia. A ja podrzucę jeszcze jeden life hack, o którym You Tube pewnie milczy. jeżeli odpowiednio gwałtownie zakręcisz się wokół gromadzenia i rozdawania pomocy humanitarnej, na pewno nie będziesz głodować. No, tak to działa. Przedstawiciele organizacji humanitarnych nie głodują choćby w ogarniętymi głodem miejscami w Afryce.
Natomiast zdobywaniu pożywienia na bieżąco trzeba poświęcić kilka osobnych słów. Nie możesz wszak bezrefleksyjnie przeżerać swoich zapasów, bo najlepiej zaopatrzona spiżarnia ma swoje dno. Poszukiwanie źródeł jedzenia powinno stać się rutyną twoją i twoich domowników, zwłaszcza w pierwszych dniach po wybuchu W, kiedy jeszcze wszystko dalekie jest od osiągnięcia stanu jakiejkolwiek, choćby chwiejnej, równowagi.
W tym celu należy po prostu chodzić po okolicznych sklepach, obserwować, co w nich jest, a czego nie ma i – co najważniejsze – wchodzić w kontakty z ludźmi. Rozmowy w kolejkach to bezcenne źródło plotek i informacji. Co więcej, w kolejkach można zawrzeć nowe, cenne przyjaźnie. Można dogadać się z nowymi kolejkowymi znajomymi, iż dadzą „cynk”, jak pojawi się jakiś poszukiwany produkt, można poustalać dyżury stania w kolejkach, można dogadać się na jakiś handelek wymienny (wszak masz sporo do zaoferowania, a o czymś mogłaś po prostu zapomnieć).
Gromadzenie zapasów po wybuchu wojny i przygotowywanie posiłków to kolejna sfera aktywności, która przekonuje, iż w ciężkich czasach trzeba dobrze żyć z otaczającymi nas ludźmi. Sytuacje kryzysowe preferują zachowania społeczne i piętnują postawy indywidualistyczne. Wojna to nie czas, kiedy można żyć i działać tylko dla siebie, na siebie i pod siebie. Jak to nauczał Piotr Skarga w swoich kazaniach? „Gdy okręt tonie, a wiatry go przewracają, głupi tłumoczki i skrzynki swoje opatruje i na nich leży a do obrony okrętu nie idzie. I mniema, iż się sam ratuje. A on się sam gubi.” I nie dotyczy to bynajmniej tylko działań propaństwowych mających na celu ochronę ojczyzny. Dziś ty pomożesz komuś, jutro ktoś poda tobie pomocną dłoń. A jeżeli choćby nikt nie poda, nie będziesz mogła sobie mieć za złe, iż czegoś zaniechałaś. Tak to działa. A jeść trzeba. I spać też.


Przypisy

(1) Saraj (pers.) – dom, pałac, siedziba. W Ukrainie to słowo perskiego pochodzenia (i spopularyzowane wśród Kozaków przez Turków) oznacza w tej chwili budynek gospodarczy, stodołę, komórkę.
Idź do oryginalnego materiału