Jadwiga odmierzyła dwie łyżki lipowego miodu i postawiła kubek na parapecie, żeby chwilę odstał. Zza firanki widać było dąb na Plantach — ten sam, pod którym dwadzieścia lat temu Maćek zakopał żołędzia. Wtedy jeszcze wierzyli, iż z każdego nasiona coś wyrośnie.
Dzwonek u drzwi zabrzmiał tak, jakby ktoś naciskał go łokciem podczas rozwiązywania sznurówki. Jadwiga nie zdążyła wytrzeć łyżeczki. Na progu stał Maćek. Dorosły, ogolony, w płaszczu z podniesionym kołnierzem. Obok niego kobieta w beżowych rękawiczkach.
— Ciociu, wpadliśmy przejazdem — powiedział. — Clara chciała zobaczyć Toruń.
Clara choćby nie zdjęła rękawiczek. Minęła Jadwigę, jakby weszła do hotelu, i otworzyła pierwsze drzwi po lewej. Sypialnia. Zajrzała do środka, ale nie powiedziała nic. Za to Maćek od razu usiadł przy kuchennym stole i wyjął z teczki koszulkę z dokumentami.
— Musimy porozmawiać o mieszkaniu — rzekł.
W tej samej kuchni Jadwiga uczyła go lepić kluski, kiedy miał dziewięć lat. Matka Maćka, Irena, zginęła w wypadku na trasie Toruń—Bydgoszcz. Chłopiec trafił do niej z torbą, w której było o jedno jabłko więcej niż skarpetek. Przez tydzień nie jadł prawie nic. Jadwiga gotowała mu ryż z cynamonem, bo akurat taki zapach pamiętał z domu. Któregoś wieczoru podszedł do stołu, wziął łyżkę i powiedział: «Ciotka, a ty to wszystko zjadłaś?» To były pierwsze słowa, jakie od niego usłyszała po pogrzebie.
Teraz przed nią siedział mężczyzna, który nie zadzwonił, gdy w styczniu znalazła się w szpitalu z ciśnieniem 220 na 130. Karetkę wezwała sąsiadka z dołu, Ania, bo Jadwiga osunęła się przy wyjmowaniu prania. Maćek wysłał wtedy SMS-a: «Trzymaj się». Nie przyjechał, bo miał w pracy kwartalne rozliczenie.
— To mieszkanie i tak mi się należy — mówił dalej Maćek. — Jesteś w wieku, w którym lepiej wszystko uporządkować. A ja jestem jedyną rodziną.
Clara stanęła przy kuchennych szafkach i przesuwała palcem po drzwiczkach, jakby sprawdzała kurz.
— Poza tym — dodała — nie ma pani komu zostawić, a Maćek ma kredyt we frankach. Możecie to załatwić w dwa tygodnie u notariusza.
Jadwiga zdjęła z pieca czajnik, bo woda zaczęła bulgotać. Nalała sobie do kubka. Dwie łyżki miodu zawirowały i opadły.
— Dajcie mi tydzień — powiedziała opanowanym tonem, który w tamtej chwili był jedyną rzeczą, jaką mogła kontrolować.
W tramwaju nr 5, jadącym w stronę Plant, Jadwiga trzymała na kolanach reklamówkę z suchym chlebem. W parku miała swoje zwyczaje: karmić kaczki w środy, w soboty wysypywać orzechy przy ławce pod starym dębem. Znała tu wszystkie wiewiórki. Niektóre brały orzechy z palców.
Podeszła do dębu. Na pniu wisiała zardzewiała tabliczka — pamiątka po akcji sadzenia z 2001 roku. Wtedy sadzili tu drzewa z całą szkołą. Maćek miał dziewięć lat i nienawidził tej akcji, bo spodnie ubrudził żywicą. Ale żołądź wsadził w ziemię sam, patrząc na Jadwigę, jakby czekał na pochwałę.
Przy sąsiedniej ławce pan Staszek, emerytowany leśnik, grabił liście. Jadwiga podeszła do niego.
— Panie Staszku, wie pan, ile wiewiórka zapomina ze swoich zapasów?
Leśnik oparł grabie o pień.
— Mówi się, iż połowę. Zakopie i nie odnajdzie. A potem z tego rosną dęby, orzechy, leszczyna. Las sam się naprawia.
Jadwiga wyjęła z torby garść orzechów laskowych i wysypała na ziemię. Nie czekała, aż wiewiórka podejdzie. Odwróciła się i ruszyła w stronę przystanku.
W nocy spisała na kartce wszystko, co przez ostatnie cztery lata zrobiła dla Maćka. Wyglądało to jak rachunek z restauracji, więc kartkę podarła. Potem wyjęła z szuflady wyciągi bankowe. Suma, którą odłożyła z nauczycielskiej pensji i po rodzicach, wynosiła 312 tysięcy złotych. Maćek wiedział o tym, bo któregoś razu pomagał jej założyć aplikację w telefonie i rzucił okiem na saldo. Stąd brała się jego pewność.
Tydzień później Jadwiga poszła do notariusza przy ulicy Chełmińskiej. Nie brała ze sobą Maćka. Wzięła za to segregator z aktem własności, dowód osobisty i wypis z banku. Kazała przygotować dwie umowy: darowiznę mieszkania na rzecz Anny Zając, która mieszkała piętro niżej, oraz przelew na 312 tysięcy — w trzech ratach rocznych — na konto Fundacji «Leśna Przystań», prowadzącej dom dla dzieci, które straciły rodziców.
Notariusz zapytał, czy nie konsultowała decyzji z rodziną.
— Nie mam rodziny — odparła Jadwiga. — Mam tylko jednego chłopca, który przestał przychodzić, gdy wyrósł z klusek.
Miesiąc później Maćek zjawił się w Toruniu z nową teczką, na której widniały wyblakłe litery «SPADKOWE». Zaparkował pod blokiem na Podgórnej. Na klatce schodowej pachniało gotowaną kapustą, a spod schodów dobiegało miauczenie sąsiadki. Wszedł na drugie piętro i przycisnął dzwonek. Nikt nie otwierał. Nacisnął drugi raz, potem trzeci. W końcu usłyszał zza drzwi kroki.
Otworzyła Ania. Miała na sobie różowy polar i skarpetki w pszczoły.
— Pan do kogo? — zapytała.
— Do ciotki — powiedział Maćek, patrząc ponad jej ramieniem.
— Jadwiga u notariusza? Nie wiem. A pan to syn? — dopytała Ania.
— Nie. Ale po co pani to wiedzieć?
— Bo to ja mieszkam w tym mieszkaniu. Od trzech tygodni.
Maćek cofnął stopę, jakby dostał w pierś.
— To niemożliwe.
Wtedy z korytarza dobiegł suchy dźwięk — to Jadwiga wysypywała coś z metalowej puszki do papierowej torby. Podeszła do drzwi, minęła Anię i podała Maćkowi dużą białą kopertę.
— Otwórz na dole — powiedziała.
Nie drżały jej palce. choćby nie próbowała zatrzymać go na korytarzu. Ania stała z boku, trzymając klucz z niebieską zawieszką — nowy, bo stary Maćek miał w kieszeni.
Maćek chwycił kopertę i zszedł pół piętra. Rozdarł papier. W środku była kopia aktu darowizny na nazwisko Anny Zając oraz potwierdzenie pierwszego przelewu na fundację. Kwota: 312 tysięcy złotych.
Maćek wpadł z powrotem po schodach. Na twarzy miał wypieki, a żyła na skroni zrobiła się cienka jak ołówek.
— Ty chytra staruszko! — wrzasnął. — Przez czterdzieści lat znosiłaś moje kartki na święta, a teraz to? Ja to zaskarżę!
Jadwiga wciąż stała w progu. Zsunęła z ramion sweter i powiesiła go na poręczy.
— Zaskarżyć? — powtórzyła. — To twoje prawo. Tylko bramę na dole zamknij, bo hula.
I sięgnęła do klamki. Ania weszła za nią do środka. Zamek szczęknął raz, potem drugi.
Maćek został na klatce. Z dołu, z piętra niżej, wyjrzała sąsiadka z kotem na rękach.
— Pan otworzyć okno? — zapytała. — Bo przeciąg.
Odszedł. Winda nie działała, więc zbiegł po schodach. Na dworze pachniało deszczem. Wsiadł do auta, rzucił teczkę na siedzenie pasażera i siedział tak z dziesięć minut, wpatrując się w wycieraczki. Potem zapalił silnik i wyjechał z ulicy Podgórnej, nie gasząc świateł.
Jadwiga na górze otworzyła okno w kuchni. Wiatr wpadł między firankę a parapet, wywiał z kubka suszone liście dębu, które od lat trzymała w kuchennej puszce. Jeden z liści przeleciał nad balustradą balkonu i zawisł na gałęzi starego dębu po drugiej stronie ulicy.
Ania stanęła w drzwiach kuchni, obracając w palcach klucz z niebieską zawieszką.
— Już zamknięte — powiedziała. — Na dwa spusty.
Jadwiga nie odpowiedziała. Wzięła z parapetu kubek z lipą, dopiła jednym łykiem i postawiła go z powrotem. Na dnie zostały tylko maleńkie fragmenty liści.














