Córeczko, podaj mi choć ćwierć bochenka chleba, a jutro oddam ci pieniądze. Kręci mi się w głowie z głodu…

newskey24.com 1 tydzień temu

Córeczko, daj mi chociaż ćwiartkę bochenka, a jutro oddam ci pieniądze. Kręci mi się w głowie z głodu

Jak to tak usłyszałam w odpowiedzi to przecież sklep z pieczywem. Nie przyjmujemy butelek, widzisz napis? Butelki trzeba oddać w punkcie skupu, wtedy dostaniesz pieniądze na chleb. Czego chcesz?

A ja nie wiedziałam, iż punkt skupu czynny jest tylko do południa. Spóźniłam się. Nigdy wcześniej nie zbierałam butelek. Ogarnęła mnie rozpacz i poszłam dalej, nie wiedząc, skąd wziąć grosz.

No widzisz, trzeba było wstać wcześniej. Jutro rano oddaj butelki i przyjdź rzucił ktoś mimochodem.

Córeczko, daj mi ćwiartkę chleba, a jutro oddam pieniądze. Kręci mi się w głowie z głodu.

Widziałam po twarzy starszej pani, jak trudno jej prosić, ale trzymała głowę wysoko.

Nie, odpowiadam, dobroczynnością się nie zajmuję. Sama z trudem wiążę koniec z końcem. Tu dużo biednych nie zatrzymuj kolejki.

Dzień dobry sprzedawczyni zwróciła się do mężczyzny właśnie podchodzącego do stoiska. Pana ulubiony chleb właśnie dowieźli. Są świeże drożdżówki z morelą, a z wiśnią wczorajsze.

Dzień dobry odpowiedział roztargniony mężczyzna. Poproszę chleb z orzechami i suszonymi owocami. I sześć drożdżówek z wiśnią.

Z morelą, powtarzam, zamienić? Z morelą, dobrze.

Mężczyzna zapatrzył się gdzieś w dal, nie zauważając staruszki stojącej obok i wpatrzonej w niego.

Sprzedawczyni przez okienko podała mu zakupy. Sięgnął po gruby portfel i zapłacił dużym banknotem. Jego wzrok spoczął na twarzy starszej kobiety i dużej broszce, przypiętej do jej marynarki.

Stara pani wcale nie wyglądała na żebraczkę. Sprawiała wrażenie osoby wykształconej i dumnej. Miała na sobie stary, ale schludny płaszcz.

Paweł wsiadł do swojego samochodu, położył zakupy na siedzeniu i odjechał.

Nieopodal znajdował się biurowiec jego firmy.

Gdy wszedł do środka, przywitała go sekretarka Maryla.

Panie Pawle, żona prosiła, żeby pan oddzwonił.

Oj, Marylo, stało się coś? zaniepokoił się.

Paweł Sobieski prowadził firmę sprzętu AGD, którą założył zaraz po 1989 roku. Dzięki zaradności i talentowi interesy gwałtownie rozkwitły.

Jego biuro znajdowało się na obrzeżach Warszawy. Mógł wynająć coś w centrum, ale nie chciał niepotrzebnie przepłacać.

Wybudował już dla rodziny ładny dom i mieszkał tam z żoną oraz dwoma synami.

Za dwa tygodnie miał zostać ojcem po raz trzeci, więc telefon od żony nieco go zaniepokoił.

Jadzinko, co się stało? zapytał.

Pawle, wezwali nas do szkoły. Arek znowu pobił się z kolegą.

Kochanie, nie wiem czy dam radę iść. Mam mnóstwo pracy, próbuję dogadać się z dużym dostawcą.

Pawle, wiesz, iż nie będzie mi łatwo iść samej.

Nie, nic się nie martw. Zostaw to mnie. Znajdę czas, obiecuję.

Arek w końcu dostanie lanie, jeżeli nie zrozumie słów. Wybacz, kochanie, muszę już pracować. Nie czekaj dziś z kolacją.

Ach, kochany, prawie cię nie ma w domu. Dzieci cię nie widują, wychodzisz zanim wstaną, wracasz, kiedy już śpią. Martwię się o ciebie, odpocznij trochę.

Taki już urok pracy. Mam nadzieję, iż tak nie będzie dłużej niż tydzień, potem sytuacja się ustabilizuje. A kiedy będziesz w szpitalu, z kim zostaną dzieci?

Coś wymyślę, może opiekunkę wynajmiemy.

Nie chcę zostawiać dzieci cały dzień z obcą osobą.

Jadzinko, porozmawiamy póżniej, oboje mamy mnóstwo spraw.

Czuję czasem jakby nic ci na nas nie zależało…

Nie mów tak. Wszystko co robię, robię dla ciebie, Arka, Kuby… i córeczki, która za chwilę się urodzi.

Przepraszam, nie powinnam była tego mówić. Bardzo za tobą tęsknię i chcę cię częściej widzieć.

Paweł siedział w biurze do późnej nocy. Dzieci już spały, żona czekała na niego w salonie.

Przepraszam za dzisiaj, kochany, powiedziałam za dużo.

Nic się nie stało, musisz się oszczędzać. Chodź, podgrzeję ci kolację.

Dziękuję, nie jestem głodna. Jadłam w pracy, poza tym przywiozłam drożdżówki z morelą. Takich nigdzie nie ma, jak w tej małej piekarni. Chleb z orzechami i suszonymi owocami…

Drożdżówki świetne, ale chleb nam z chłopcami w ogóle nie smakował.

Paweł zamyślił się, przypominając sobie starszą panią z piekarni.

Kochanie, idź już spać, bo jutro znowu świtaniem do biura ruszysz. Pawle, co z tobą, powiedz szczerze, w firmie kłopoty?

Nie, jeżeli uda się podpisać kontrakt, będzie doskonale.

Widać, iż chodzisz i śpisz jednocześnie.

Próbuję sobie przypomnieć. Wiesz, dzisiaj widziałem starszą panią koło piekarni. Byłem zamyślony, nie słyszałem rozmowy jej z ekspedientką. Dopiero teraz wraca mi w pamięci ale to nie to najważniejsze. Zastanawia mnie, bo jej twarz wydała mi się znajoma. I ta wielka broszka…

Paweł zawsze był człowiekiem o złotym sercu, gotowym pomagać.

Starsza pani, którą zobaczył przy piekarni, nie dawała mu spokoju. Miał wyrzuty sumienia, iż jej wtedy nie wsparł. Najbardziej niepokoiło go wrażenie, iż ją zna, a nie potrafi umiejscowić, skąd.

Następnego dnia pojawił się w pracy bardzo wcześnie i zabrał za rachunki, chcąc rozwiązać kilka prostych zadań.

Może po prostu się nie wyspałem albo matma już nie taka jak kiedyś uśmiechnął się sam do siebie.

Nagle wykrzyknął: Czy to może pani Tamara Zawadzka? Przypomniał sobie broszka, marynarka Ostatni raz widział ją siedemnaście lat temu i od tego czasu bardzo się zmieniła.

Tamara Zawadzka była nauczycielką matematyki, do której wszyscy uczniowie i rodzice odnosili się z szacunkiem.

Wyszła za mąż późno, w wieku trzydziestu ośmiu lat. Została matką dziewczynki, ale córka była chorowita i zmarła, zanim skończyła trzy lata.

Po śmierci córki pani Tamara rozstała się z mężem. Całą swą czułość poświęciła uczniom.

Paweł miał ciężkie dzieciństwo wychowała go babcia, rodzice zginęli w wypadku jadąc do pracy na wieś.

Był bystrym, pracowitym chłopakiem, dobrze wiedział, iż żeby coś osiągnąć, musi ciężko pracować. Nauczyciele go chwalili, a pani Tamara szczególnie go wspierała.

Bywał u niej w domu, pomagał drobno przy gospodarstwie. Wiedziała, iż Paweł mieszka z babcią i żyją bardzo biednie. Parę razy zapraszała go na obiad, ale on się wzbraniał z zakłopotania.

Postanowiła zaradzić i dać mu płatną pracę prosta pomoc, a po wszystkim zawsze czekał syty posiłek.

Pani Tamara sama piekła chleb odziedziczyła formę po swojej babci. Pachniało w całym domu, a chleb był miękki i lekki niczym obłoczek. Paweł twierdził, iż w życiu nic tak dobrego nie jadł.

Jak mówisz, iż lepszego nie ma, musisz przynieść babci, śmiała się Tamara, odkrajała mu połowę bochenka.

Paweł tak pogrążył się we wspomnieniach, iż nie zauważył, jak pracownicy weszli do biura.

Wiedział, iż dom pani Tamary już nie istnieje, w tym miejscu stoją blokowiska. Skorzystał z pomocy znajomego policjanta i niedługo poznał jej nowy adres.

Odwiedziny musiał jednak przełożyć praca go przytłoczyła.

Wieczorem opowiedział wszystko Jadwidze.

Pomyślałem sobie pani Tamara jest kobietą porządną i mądrą, a ty martwiłaś się, z kim zostają chłopcy, gdy będziesz w szpitalu. Może ją zaprosimy, mogłaby u nas zamieszkać. Tak dużo jej zawdzięczam. Nie mogę jej zostawić w biedzie.

Jasne, kochany, zaproś ją. interesująca jestem, czy zdoła poskromić Arka, żeby nie wdawał się w bójki uśmiechnęła się żona.

Nie znasz pani Tamary ona wszystko potrafi powiedzieć tak, iż każdy słucha. Paweł rozchmurzył się nieco.

W tej rodzinie panowało pełne porozumienie.

Paweł znalazł wreszcie chwilę wolnego w niedzielę. Kupił bukiet tulipanów i pojechał do swej dawnej nauczycielki.

Drżącą ręką zadzwonił do drzwi. Otworzyła pani Tamara. Poznać ją można było tylko po oczach i brożce.

Dzień dobry pani Tamaro, Pawel Sobieski, jestem chyba mnie pani nie pamięta, szkołę skończyłem już dawno.

Pawle! Jak mogłabym cię nie pamiętać? Od razu cię poznałam przy piekarni.

Przepraszam, nie poznałem pani, myślami byłem gdzie indziej czy pomyślała pani, iż mi niezręcznie?

Nauczycielka rozpłakała się.

Szukałem pani, cieszę się, iż znalazłem dodał speszony, wręczając kwiaty.

Dziękuję. Ostatni raz dostałam kwiaty na rozpoczęcie roku, cztery lata temu. Pracowałam ostatni rok potem mi podziękowano.

Przepraszam, nie mam czym poczęstować. Emeryturę wypłacają dopiero za dwa dni.

Przyjechałem, by zabrać panią do siebie. Mamy duży dom, żona, dwóch synów i niedługo córeczka.

Och, Pawle, nie chcę być dla was ciężarem

Ależ nie! Mówiłem z żoną bardzo się cieszy, a dzieciom przyda się mądry opiekun i nauczyciel. Kto, jak nie pani?

Arek, mój starszy, ciągle zaczepia kolegów. Wezwano nas do szkoły

Poradzi sobie pani z nim?

W przyszłym roku siedemdziesiątka, ale poradzę sobie odpowiedziała z uśmiechem.

Proszę się pakować, jedziemy do domu.

Od tej pory pani Tamara zamieszkała z rodziną Sobieskich, zapomniawszy o problemach.

Jadwiga nie miała dość rozmów z tą cichą, pogodną kobietą nauczycielką z dawnych czasów. Stała się prawdziwym skarbem domu.

Po półtora tygodniach przyszedł na świat wyczekiwany maluszek dziewczynka, którą nazwali Danusia. Podczas nieobecności mamy chłopcy byli zachwyceni panią Tamarą; gotowała im smacznie, pomagała odrabiać lekcje.

Paweł i Jadwiga byli spokojni, wiedząc, iż dzieci są przy niej bezpieczne.

Arek, słynący z charakteru, przy pani Tamarze spoważniał, choć nigdy nie podniosła na niego głosu. Widocznie wiedziała, jak do niego trafić Arek o szkolnych bitwach przestał choćby wspominać.

Wreszcie nadszedł dzień, gdy Paweł pojechał po żonę i córeczkę do szpitala.

Tak bardzo za wami tęskniłam, kochane moje! rzuciła się im w ramiona Jadwiga.

U nas wszystko świetnie! zapewniał Kuba.

Mamusiu! Piekliśmy dziś z panią Tamarą chleb! zawołał Arek.

Pyszny, ale pani Tamara mówi, iż w piekarniku to nie to samo, co z prawdziwego pieca, bo z pieca był najsmaczniejszy dodał.

I tak wtedy nasz dom naprawdę stał się miejscem, gdzie nie brakło już ani chleba, ani serca, ani ciepła.

Idź do oryginalnego materiału