Znamiona Zosi zaczęły się pojawiać, kiedy miała pięć lat. Najpierw jedno, na łopatce, wielkości monety pięciozłotowej. Potem drugie, na przedramieniu. W wieku szesnastu lat miała ich już siedem — duże, ciemnobrązowe, jedno przechodzące na szyję tuż nad kołnierzykiem. Dermatolog w przychodni na Wildzie powtarzał od lat to samo: nieszkodliwe, obserwować, nic nie robić. Dzieciom w szkole to nie przeszkadzało tłumaczyć na swój sposób.
Nazywali ją "plamiasta". W siódmej klasie ktoś przykleił jej do pleców karteczkę z napisem "mapa świata". Zosia przestała chodzić na basen szkolny, przestała zakładać krótkie rękawy choćby w lipcu, kiedy w mieszkaniu na Ratajach termometr pokazywał trzydzieści stopni. Miała cały rytuał: bluza z długim rękawem, chusta na szyję, jeżeli trzeba — choćby latem. Nigdy nie stawała bokiem do zdjęć. Nigdy się nie przebierała przy innych.
Byłam jej matką i patrzyłam na to bezradnie osiem lat. Terapeutka, do której chodziłyśmy przez rok, mówiła, iż presja musi zejść od środka, iż nie da się tego przegadać. I miała rację — dopóki nie pojechałyśmy nad Bałtyk.
Wynajęłam domek w Jastrzębiej Górze na dziesięć dni, pierwszy raz od rozwodu z jej ojcem pozwoliłam sobie na taki wydatek — dwa i pół tysiąca złotych za cały pobyt, plus bilety. Zabrałam Zosię i jej młodszego brata Kubę. Trzeciego dnia, kiedy słońce akurat wyszło zza chmur nad molo, Zosia zeszła na plażę w stroju dwuczęściowym. Stanęła twarzą do fal.
Zamarłam z ręcznikiem w rękach.
Podeszła i powiedziała cicho, nie patrząc na mnie, tylko na wodę: — Mamo, mam dość chowania się. To są moje znamiona. I tak jestem ładna.
Objęłam ją, czując, jak drży, i przez chwilę byłam pewna, iż ten dzień zapamiętamy jako punkt zwrotny naszego życia rodzinnego. Kuba biegał wokół niej z jednorazowym aparatem, który dostał na urodziny, i robił zdjęcia — jej stopy w piasku, muszelka w dłoni, ona śmiejąca się z odrzuconą do tyłu głową.
Wróciłyśmy do Poznania opalone i lekkie. A wtedy zadzwoniła moja siostra Wanda.
Wanda sama zaprosiła się na kolację powitalną — twierdziła, iż "musi zobaczyć zdjęcia z wakacji", bo akurat rozstała się ze swoim partnerem i "potrzebuje pozytywnych wrażeń". Przyjechała z Wrocławia w piątek, z butelką prosecco i telefonem, który nie schodził jej z ręki przez cały wieczór.
Zaczęło się niewinnie. Pokaż jeszcze raz to zdjęcie z molo. Zosiu, odsuń się trochę, zasłaniasz światło. Nie, to usuń, wyglądam tam okropnie. Przez kolejne dwa dni, zanim wróciła do siebie, zdążyła przerobić naszą wspólną galerię na swój prywatny katalog. Zdjęć, na których była Zosia sama, w kostiumie, zostało w telefonie Wandy może trzy.
Tydzień później zaprosiłam rodzinę na kolację z okazji urodzin mojej matki. Zosia zeszła w żółtej sukience na cienkich ramiączkach — sama ją wybrała w sklepie na Starym Rynku, pierwszy raz od lat kupiła coś bez rękawów. Uśmiechała się inaczej niż zwykle. Nie tym niepewnym, przepraszającym uśmiechem, tylko takim, jakby naprawdę było jej dobrze we własnej skórze.
Wanda wyjęła telefon przy deserze.
— Muszę skasować połowę tych zdjęć z Bałtyku — powiedziała, przesuwając palcem po ekranie, aż trafiła na fotografię Zosi na plaży, roześmianej, z wodą sięgającą do kolan. — Popatrzcie tylko. Wszyscy od razu zwrócą uwagę na te plamy.
Twarz Zosi się zmieniła w ułamku sekundy.
Wanda powiększyła zdjęcie dwoma palcami, jakby prezentowała dowód w sądzie. — Tego jest tyle, iż ludzie zaczną pytać. Dlaczego w ogóle pozwoliłaś jej wyjść na plażę w czymś takim?
— Wanda, wystarczy — powiedziałam, czując, jak gardło mi się zaciska.
Nie przestała. — Ja tylko mówię prawdę. Niech wie, jak ją widzą inni. Mogła się zakryć, jak zawsze. — Odłożyła widelec. — Szczerze, przez nią całe zdjęcia rodzinne wyglądają gorzej.
Przy stole zrobiło się cicho tak, iż słychać było lodówkę w kuchni. Oczy Zosi zaszkliły się, wbiła wzrok w talerz z niedojedzonym sernikiem.
I wtedy odezwał się Kuba.
Przez całą kolację siedział cicho, bawiąc się swoim jednorazowym aparatem z wakacji, którego jeszcze nie oddał do wywołania. Odłożył go teraz na obrus, powoli, tak iż wszyscy usłyszeli stuknięcie plastiku o drewno. Spojrzał na ciotkę i powiedział jedno zdanie:
— Ciociu, na wszystkich zdjęciach, które zrobiłem na plaży, to ty masz zamknięte oczy albo otwartą buzię, ale ja żadnego nie skasowałem, bo nie oceniam, jak wyglądasz.
Wanda otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nic z nich nie wyszło. Odsunęła krzesło, wzięła torebkę i wyszła, zanim ktokolwiek zdążył wstać od stołu. Trzasnęły drzwi na klatce schodowej.
Tej nocy nie spałam. Rano zadzwoniłam do fotolabu przy ulicy Głogowskiej i odebrałam wywołane zdjęcia Kuby — trzydzieści sześć klatek, głównie nieostre, przypadkowe, jak to u dziesięciolatka. Ale było wśród nich jedno dobre: Zosia na tle zachodzącego słońca, w stroju kąpielowym, śmiejąca się do obiektywu bez cienia wahania.
Zaniosłam je do zakładu na Głogowskiej i zamówiłam powiększenie na płótnie, sto dwadzieścia na osiemdziesiąt centymetrów, za trzysta osiemdziesiąt złotych. Powiesiłam je w salonie, dokładnie tam, gdzie wcześniej wisiał zegar po babci. Zosia zobaczyła je dopiero wieczorem, kiedy wróciła ze szkoły, i stała przed nim długo, nie mówiąc nic.
Wandzie nie oddzwoniłam przez trzy tygodnie. Kiedy w końcu napisała — krótko, iż "przesadziła", iż "chce przyjechać na Boże Narodzenie jak zawsze" — odpisałam jedno zdanie: iż drzwi do naszego domu są otwarte dla niej dopiero wtedy, gdy przeprosi Zosię wprost, patrząc jej w oczy, a nie mnie przez telefon. Do dziś czekamy. Zdjęcie na płótnie wisi tam, gdzie je powiesiłam.











