Ciocia Róża

newsempire24.com 11 godzin temu

31 grudnia 2025

Mam czterdzieści siedem lat. Jestem zwykłym mężczyzną, można mnie nazwać szarym myszem nieurodziwy, bez wymarzonej sylwetki, samotny. Nigdy nie byłem żonaty i nie zamierzam się ożenić, bo uważam, iż mężczyźni są w większości podobni: jedzą, leżą na kanapie i nie myślą o niczym innym. Poza tym nikt mi nigdy nie proponował małżeństwa ani związku. Rodzice są już w podeszłym wieku i mieszkają w Gdańsku. Jestem jedynakiem, nie mam rodzeństwa; kuzynostwo istnieje, ale nie utrzymuję z nimi kontaktu, po co.

Od piętnastu lat pracuję w Warszawie, w jednej z korporacji, a moje życie to codzienny cykl pracadom. Mieszkam w zwykłym bloku na kamienicznej dzielnicy. Jestem zgorzkniały, cyniczny i nikogo nie kocham. Dzieciom nie darzę sympatią. Co roku na Nowy Rok jadę do Gdańska, by zobaczyć rodziców raz w roku. W tym roku pojechałem znowu, wróciłem, postanowiłem wyczyścić lodówkę i wyrzucić stare zamrożonki pierogi, kotlety, które kiedyś kupiłem, a potem leżały niewyprane. Spakowałem wszystko w karton i poszedłem do klatki schodowej, by wyrzucić śmieci.

W windzie spotkałem siedmioletniego chłopca, Kacprusia, którego widywałem kilka razy z matką i noworodkiem. Zatrzymał się przy kartonie i spojrzał na niego, jakby coś wyczuł. Gdy wyszliśmy, podszedł nieśmiało i zapytał: Czy mogę wziąć coś?. Odpowiedziałem, iż to stare, ale potem pomyślałem, iż niech sobie zabierze nie jest zepsute. Gdy odszedłem w stronę kosza, chłopiec starannie pakował resztki w małe woreczki, przyciskając je do siebie. Zapytałem: Gdzie jest twoja mama?. Powiedział, iż jest chora, a siostra nie może wstać. Odpowiedział krótko i odszedł. Wróciłem do mieszkania i postawiłem na kuchence obiad.

Usiadłem przy stole, myśląc nad tym, co się stało. Chłopiec nie przestał krążyć w mojej głowie. Nigdy nie byłem człowiekiem wrażliwym, ale coś we mnie pchnęło do działania. Zabrałem to, co było w lodówce kiełbasę, ser, mleko, ciastka, ziemniaki, cebulę i kawałek mięsa z zamrażarki. Wyszedłem i podszedłem do windy, nie mając pojęcia, na którym piętrze mieszka Kacper. Wiedziałem tylko, iż jest wyżej niż ja. Wchodząc piętro po piętrze, po dwóch piętrach drzwi otworzył ten sam chłopiec. Spojrzał na mnie, chwilę się zastanowił, a potem milcząco wpuścił mnie do środka. Mieszkanie było skromne, ale schludne.

Na łóżku leżała kobieta, zgarbiona, obok małego dziecka. Na stole stał wiadro z wodą i stare szmatki gorączka biła w jej czoło. Dziewczynka spała, a w jej piersi coś bulgotało. Zapytałem chłopca o leki. Pokazał mi przeterminowane tabletki, które powinno się już wyrzucić. Dotknąłem głowy kobiety była gorąca. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem, potem nagle podniosła się i krzyknęła: Gdzie jest Antoni?. Wytłumaczyłem, iż jestem sąsiadką (choć w rzeczywistości jestem sąsiadem) i wezwałem pogotowie. W drodze na szpital podałem jej herbatę z kiełbasą, bo nie przerywała jedzenia była wyraźnie głodna. Dopytałem, czy karmi piersią. Odpowiedziała, iż tak.

Lekarze przyjechali, zbadali dziecko, wypisali mnóstwo leków i zastrzyki. Poszedłem do apteki, kupiłem wszystko, a potem do sklepu po mleko i inne produkty dla niemowląt. Dla przyjemności kupiłem też zabawkę żółtą, kwaśną małpkę, którą nigdy nie kupowałam dzieciom.

Kobietę nazywała Jola, miała dwadzieścia sześć lat. Mieszkała w Podkowie Leśnej, na obrzeżach miasta. Jej matka i babcia były Moskwiczankami, ale matka poślubiła mężczyznę z Podkowy i przeprowadzili się tam, pracując w fabryce i jako technik. Gdy Jola przyszła na świat, ojca poraził prąd w pracy. Matka została sama, bez pieniędzy i pracy. Trzy lata później przyjaciele pomogli im przetrwać, ale niedługo po trzech latach wszystko się rozpadło. Sąsiedzi jakoś odnaleźli babcię w Warszawie, która przygarnęła Jolkę. W wieku piętnastu dowiedziała się, iż matka zmarła na gruźlicę. Babcia była skąpa, skąpo mówiąca i bardzo zapalona w papierosy.

W wieku szesnastu Jola podjęła pracę w najbliższym sklepie, najpierw jako pakowaczka, potem kasjerka. Rok po tym zmarła babcia i Jola została sama. W osiemnastym roku spotkała chłopaka, który obiecał wziąć ją za żonę, ale po zajściu w ciążę zniknął. Pracowała tak długo, jak mogła, zbierając pieniądze, bo nie miała kogoś, kto by pomógł. Gdy urodziła dziecko, po miesiącu zostawiała je same w mieszkaniu i sprzątała klatkę. Po pewnym czasie właściciel sklepu, w którym wróciła pracować, gwałcił ją, grożąc zwolnieniem. Kiedy dowiedział się, iż jest w ciąży, dał jej 10 000 zł i kazał, by już nie wracała.

To właśnie Jola opowiedziała mi tę historię tego wieczoru. Podziękowała za pomoc i powiedziała, iż odwdzięczy się sprzątaniem i gotowaniem. Zatrzymałem ją przy drzwiach i odszedłem. Całą noc nie mogłem spać, rozmyślając, po co żyję i co mnie napędza. Zastanawiałem się, dlaczego nie dzwonię do rodziców, dlaczego nie kocham nikogo. Gromadziłem pieniądze, ale nie miałem komu je wydać. A tu nagle los wystawił przed mnie cudzą rodzinę, której brakowało jedzenia i lekarstw.

Rano przyszedł Antoni, położył talerz z plackami i zniknął. Stałam na progu z tą tacą w rękach i ciepło gorących placków rozpaliło mnie od wewnątrz, jakby ktoś stopniowo rozmarzał lód w sercu. Jednocześnie chciało mi się płakać, śmiać i jeść.

Niedaleko od naszego bloku znajduje się małe centrum handlowe. Właścicielka sklepu z zabawkami, nie wiedząc, jakiego rozmiaru potrzebuję, zaproponowała się, iż pójście ze mną na zakupy to dla niej przyjemność. Po godzinie wróciły z czterema dużymi torbami ubrań dla chłopca i dziewczynki, a ja kupiłem kołdrę, poduszki, pościel, jedzenie i witaminy. Czułem się potrzebny.

Minęło już dziesięć dni. Nazywają mnie już wujek Marek. Jola jest świetną rękodzielniczką, a moje mieszkanie stało się przytulniejsze. Zacząłem dzwonić do rodziców i wysyłać SMS-y z życzeniami zdrowia chorym dzieciom. Nie mogę uwierzyć, jak żyłem dotąd. Po pracy codziennie biegnę do domu, bo wiem, iż ktoś na mnie czeka. Wiosną jedziemy razem do Gdańska już mamy bilety kolejowe.

**Lekcja:** życzliwość nie kosztuje złota, ale potrafi zamienić samotność w sens i dać sens własnemu życiu.

Idź do oryginalnego materiału