Nazywam się Robert, mam pięćdziesiąt dziewięć lat i mieszkam z teściową, Wandą, od jedenastu lat. Tak, dobrze przeczytaliście — nie z żoną, bo Krystyna zmarła cztery lata temu, tylko z jej matką. Zostaliśmy sami w tym mieszkaniu na Bemowie, trzy piętra, winda, która jęczy jak stary pies, i balkon, z którego widać komin elektrociepłowni. Wanda ma osiemdziesiąt trzy lata. Ja mam pięćdziesiąt dziewięć i czasem, kiedy golę się rano przed lustrem w łazience, zastanawiam się, w którym dokładnie momencie moje życie zamieniło się w to, czym jest teraz.
Ludzie, kiedy się dowiadują, robią takie miny. Teść z teściową pod jednym dachem po śmierci żony — to niecodzienne, wiem. Sąsiad z czwartego piętra, pan Zenon, zapytał wprost: „a nie lepiej by było, żeby ona poszła do córki, do tej drugiej, do Krakowa?". Powiedziałem mu, iż Wanda nie ma innej córki. Miała jedną, moją żonę. I nie ma dokąd iść.
W zeszły piątek skończyłem pięćdziesiąt dziewięć lat. Obudziłem się o szóstej trzydzieści, jak zawsze, bo Wanda wstaje wcześnie i trzeba jej zrobić owsiankę — inaczej sama zacznie grzebać przy kuchence, a ręce jej się już trzęsą. Wyszedłem do kuchni, a ona już siedziała przy stole, w tym swoim szlafroku w kwiatki, i na blacie stał kubek z napisem „Sto lat" — kupiła go chyba jeszcze za życia Krystyny, ze dwadzieścia lat temu. Nalała mi kawy, postawiła talerzyk z drożdżówką z Piotra i Pawła, tej piekarni na rogu. Powiedziała: „No, Robercik, pięćdziesiąt dziewiąty rok". I tyle. Żadnej piosenki, żadnego tortu ze świeczkami. Za oknem październikowe słońce leniwie wchodziło przez firankę, w radiu leciał serwis informacyjny o korkach na Trasie Toruńskiej, a ja siedziałem i myślałem — no i tak to wygląda teraz moje życie.
Kiedyś miałem kolegów. Był Marek, znaliśmy się jeszcze z zasadniczej zawodowej, razem uczyliśmy się na tokarzy. Był Grzesiek, z którym pracowałem szesnaście lat w warsztacie samochodowym przy Górczewskiej. Marek wyjechał do syna do Anglii, do Coventry, siedzi tam już siódmy rok i pilnuje wnuków. Grzesiek ożenił się drugi raz, ma nową rodzinę, nowe zmartwienia, dzwoni raz na Wielkanoc i tyle. Rozumiem ich. Też bym pewnie tak zrobił, gdybym mógł.
Bo ja nie mogę. Nie mam gdzie iść i, co gorsza, nie chcę. To akurat najtrudniej wytłumaczyć ludziom z zewnątrz. Kiedy Krystyna umierała w szpitalu na Banacha, trzymała mnie za rękę i powiedziała tylko jedno zdanie: „Zaopiekuj się mamą". Nie powiedziała „sprzedaj mieszkanie", nie powiedziała „ożeń się jeszcze raz, jesteś młody". Powiedziała dokładnie to jedno zdanie, i ja je pamiętam każdego dnia, kiedy wieczorem zamykam drzwi na klucz i słyszę, jak Wanda w swoim pokoju szura kapciami po podłodze, szukając pilota do telewizora.
Ludzie myślą, iż to poświęcenie. Że ja tu cierpię, iż życie mi ucieka. Może i ucieka. Ale prawda jest taka, iż kiedy wracam z pracy — jestem teraz na pół etatu w hurtowni części samochodowych, bo pełen etat już bym nie uciągnął przez opiekę — i widzę, iż Wanda sama, bez trzymania się poręczy, doszła do sklepu spożywczego na rogu i wróciła, to czuję coś, czego nie umiem nazwać żadnym ładnym słowem. Ulgę. Wdzięczność. Coś takiego. Boję się jednego dnia, tego konkretnego, w którym jej zabraknie. Nie boję się starości, nie boję się własnych chorób, choć cukrzycę już mam od trzech lat. Boję się dokładnie tego jednego dnia.
Żyjemy skromnie. Renta Wandy to jakieś tysiąc siedemset złotych, moja pensja z hurtowni kilka więcej. Warzywa kupujemy na targowisku na Wolskiej, bo tam pomidory są o połowę tańsze niż w Biedronce. Ubrania — z ciucholandu przy Kasprzaka, i wcale się tego nie wstydzimy. Po co? Można wyglądać porządnie, nie przepłacając. Wieczorami siadamy razem w salonie, ona robi na drutach — sweter dla wnuczki Grześka, chociaż on i tak pewnie choćby nie powie dziecku, od kogo jest — a ja czytam gazetę albo oglądam mecz. Czasem oglądamy razem stare polskie seriale, te z lat siedemdziesiątych, które ona uwielbia, bo pamięta jeszcze premierę. Milczymy dużo. To milczenie już dawno przestało boleć. Jest jak koc, którym się oboje przykrywamy w chłodne wieczory.
W weekendy czasem wpada sąsiadka, pani Halina, z mężem, z tego samego piętra. Siadamy, pijemy kawę, gadamy o cenach, o tym, co w telewizorze pokazywali, kto z bloku wyjechał, kto wrócił. Zwyczajne rozmowy. Ale po takich wizytach robi się jakoś cieplej na duszy, dłużej niż zwykle.
Czasem myślę — na co ja adekwatnie zmarnowałem te wszystkie lata. Mogłem być odważniejszy. Mogłem wybrać nie ten spokój i tę pewność, tylko prawdziwe życie, z całym ryzykiem, jakie ono niesie. Ale co teraz z tym zrobię. Tamten czas już nie wróci. Zostaje tylko to, co mam dzisiaj: ten poranek, ta kawa, głos Wandy dochodzący z kuchni.
W listopadzie zeszłego roku zadzwoniła do mnie ta druga córka Wandy — nie, przepraszam, pomyliłem się, bo Wanda miała tylko Krystynę. Zadzwoniła jej siostrzenica, Dorota, z Krakowa, córka nieżyjącego brata Wandy. Powiedziała wprost, bez owijania w bawełnę: mieszkanie po cioci powinno przypaść jej, bo ja przecież „nie jestem żadną rodziną", tylko zięciem, a żona umarła, więc formalnie nici mnie łączące z Wandą się urwały. Powiedziała to spokojnym, urzędowym tonem, jakby czytała z kartki. Zapytała, czy Wanda już spisała testament, bo ona, Dorota, chętnie „pomoże cioci to załatwić u notariusza".
Nie krzyczałem. Odłożyłem słuchawkę, poszedłem do kuchni, zrobiłem herbatę. Wanda siedziała przy stole i od razu zapytała, kto dzwonił. Powiedziałem jej wprost, bo nigdy nie miałem zwyczaju kłamać w tym domu. Wanda posłuchała, popatrzyła przez chwilę na parujący kubek, a potem powiedziała: „Dorota choćby na pogrzebie Krysi nie była. Wymówka jakaś o pracy". I nic więcej nie dodała tego wieczoru.
Trzy tygodnie później, w sobotę, Dorota przyjechała do nas osobiście, autem, jakimś srebrnym passatem, zaparkowała pod blokiem na Bemowie i weszła bez zapowiedzi, tylko z SMS-em pół godziny wcześniej. Usiadła w naszym salonie, w tym samym fotelu, w którym zwykle siedzi pani Halina, i zaczęła od razu mówić o tym, iż mieszkanie jest za duże dla dwóch osób, iż lepiej by było, gdyby Wanda przeniosła się do domu opieki w Wołominie, „nowoczesnego, z pielęgniarkami", a mieszkanie sprzedać i podzielić się pieniędzmi „sprawiedliwie, po rodzinnemu". Powiedziała to, patrząc na mnie, nie na Wandę, jakby to była moja decyzja do podjęcia.
Wanda odstawiła robótkę na kolana, poprawiła okulary i powiedziała cicho, ale wyraźnie: „Dorotko, to jest moje mieszkanie. Ja tu mieszkam z Robertem jedenaście lat. On mnie karmi, on ze mną chodzi do przychodni na Górczewskiej, on mnie myje, kiedy mam gorszy dzień po chemioterapii". Bo tak, zapomniałem powiedzieć — Wanda przeszła leczenie onkologiczne dwa lata temu, i to ja woziłem ją na Wawelską do szpitala, ja siedziałem na korytarzu, kiedy dostawała kroplówkę. Dorota o tym nie wiedziała, bo nigdy nie zapytała.
Dorota próbowała jeszcze coś powiedzieć o „obiektywnej ocenie sytuacji rodzinnej", ale Wanda jej przerwała, co zdarza jej się rzadko. Wstała, poszła do sypialni i wróciła z szarą teczką z dokumentami. Położyła ją na stole między filiżankami. W środku był akt notarialny — darowizna mieszkania na moje nazwisko, sporządzona jeszcze w marcu, u notariusza przy placu Bankowym, o której choćby ja nie do końca wiedziałem, iż jest już gotowa i podpisana, bo Wanda załatwiała to sama, po cichu, z pomocą pani Haliny, która ją zawoziła.
„To jest już załatwione od pół roku", powiedziała Wanda. „Robert jest właścicielem. Nie ma czego dzielić, Dorotko. I nie ma o czym rozmawiać z notariuszem, bo już byłam".
Dorota wzięła teczkę, przekartkowała dwie strony, odłożyła ją na stół, jakby parzyła jej palce. Nic już nie powiedziała, tylko wstała, zapięła kurtkę i wyszła, nie dopiwszy kawy. Słyszałem, jak silnik passata zapalił pod oknem, a potem cisza.
Wanda usiadła z powrotem, wzięła robótkę na kolana i po chwili powiedziała, patrząc nie na mnie, tylko na druty w swoich rękach: „Krysia by tego chciała. Ty jesteś moim synem od jedenastu lat, nie zięciem od czterech miesięcy formalności po ślubie". Nalałem sobie jeszcze herbaty. Za oknem ktoś wyprowadzał psa, ten sam co zawsze, jamnik od sąsiadów z parteru, i szczekał na gołębie na trzepaku. Wanda dokończyła rządek na drutach, odłożyła je na chwilę i powiedziała jeszcze jedno: iż w przyszłym tygodniu chce pójść na cmentarz Wolski, na grób Krysi, i żebym ją zawiózł, bo autobusem już jej ciężko.
Powiedziałem, iż oczywiście zawiozę.















